Opinie
Grzegorz Kaliszuk Nowa Europa Wschodnia

„Niewidzialna ręka” rynku energetycznego szkodzi Rosji

Turecki Potok miał zastąpić South Stream. Relacje Moskwy i Ankary się jednak komplikują, a projekt może zakończyć się ogromnym fiaskiem.

Projekt South Stream upadł już jakiś czas temu – jego deklarowanym celem było odcięcie Ukrainy od źródeł dwóch trzecich dochodu z tytułu tranzytu gazu. Kropkę nad „i” postawiła Komisja Europejska, która nie wyraziła zgody na odstąpienie od obowiązującego od marca 2011 roku III Pakietu Energetycznego. Orędownikami South Stream w Unii Europejskiej były Austria i Bułgaria, które domagały się od KE pokrycia kosztów poniesionych w związku z rozpoczęciem inwestycji gazowych. Komisja jednak co do zasady nie wypłaca takich „odszkodowań” za niedokończone projekty, w których udział biorą strony trzecie – w tym przypadku Rosja.

W związku ze stale malejącymi cenami surowców energetycznych, w tragicznej sytuacji znalazła się sama Moskwa, która za wszelką cenę chce dokończyć swój projekt – zamierza uczynić to zanim Bruksela reaktywuje Nabucco lub uruchomi inne tego rodzaju przedsięwzięcie.

Putin grozi palcem

Po South Stream kolejnym energetycznym projektem Rosji w regionie stał się Turecki Potok – w grudniu 2014 roku Moskwa porozumiała się w tej sprawie z Ankarą. Turecki Potok miał biec po dnie Morza Czarnego, następnie przez terytorium Turcji, aż do granicy z Grecją, gdzie w miejscowości Epsila miałby powstać hub i interkonektor do innych krajów, jak Macedonia, Serbia, Węgry oraz Austria.

Prace nabierały tempa, a liczba spotkań ministrów energetyki Rosji i Turcji rosła z każdym miesiącem. Gazociąg miał ruszyć w miejscowości Russkaja w Kraju Krasnodarskim (miejsce to dało nazwę powołanej w Petersburgu spółce Gazprom-Russkaja). Koszt budowy infrastruktury przesyłowej po dnie Morza Czarnego do granic wód terytorialnych Turcji miał finansować wyłącznie Kreml, zaś koszty dalszych etapów budowy (planowano, że zrealizuje je turecka firma Botas) według projektu byłyby podzielone na dwie równe części. Przepustowość Tureckiego Potoku miała wynieść 63 miliardy metrów sześciennych, a pierwszą nitkę planowano uruchomić już w grudniu 2016 roku (przepustowość tej nitki miała wynieść niecałe 16 miliardów metrów sześciennych, czyli tyle, ile potrzebuje Turcja, aby zaspokoić swój roczny popyt). Należy przypomnieć, że tureckie państwo jest drugim po Niemczech rynkiem zbytu dla Gazpromu.

Pomimo wielkiej determinacji Rosji, Kreml nagle zapowiedział, że wstrzymuje realizację projektu. Oficjalnie decyzja ta nie ma nic wspólnego z sytuacją w Syrii i zaangażowaniem dwóch krajów po przeciwnych stronach konfliktu. W rzeczywistości oczywistym jest, że mocarstwowe aspiracje Kremla zagłuszają zdrowy rozsądek. Zresztą, to raczej Turcja ma konkretne powody do zerwania rozmów z Kremlem: szczególnie po tym, jak rosyjskie MIGi-29 trzykrotnie naruszyły jej przestrzeń powietrzną (przy czym raz rosyjski myśliwiec przygotowywał się do otwarcia ognia w kierunku tureckiego F-16). W typowy dla siebie sposób Władimir Putin pokazał tureckiemu prezydentowi Recepowi Tayyipowi Erdoğanowi, kto ustala reguły w Syrii. Dał mu jednocześnie do zrozumienia, że Ankara powinna się do tych reguł stosować, aby uniknąć konfliktu.

Co zamiast szantażu

Można wymienić co najmniej sześć powodów, dla których Rosja posiada dzisiaj gorszą od Turcji pozycję negocjacyjną.

Po pierwsze, stan rosyjskiego budżetu jest fatalny, a kolejne lata nie zapowiadają polepszenia sytuacji. Deficyt budżetowy może wynieść nawet 3,7 procent w 2015 roku, zaś PKB skurczy się w roku bieżącym o 3,3 procent. Ponad połowa dochodów budżetu federalnego pochodzi ze sprzedaży surowców energetycznych, których ceny są dziś historycznie niskie.

Po drugie, Chiny zrezygnowały z kontraktu stulecia z Rosją na budowę gazociągu Ałtaj (zwany inaczej Siła Syberii 2). Pekin od dawna wykazuje się pragmatyzmem w polityce zagranicznej, czego dowodem były chociażby ostatnie dwie dewaluacje juana w stosunku do dolara amerykańskiego – zdecydowano się na nie tylko po to, aby poprawić konkurencyjność swojego eksportu. Państwo Środka nie potrzebuje tak dużo, tak drogiego surowca. Wartość trzydziestoletniego kontraktu była szacowana ostrożnie na 300 miliardów dolarów.

Po trzecie, Rosja nie może szantażować Turcji tak, jak szantażuje Ukrainę. W przypadku Gazpromu brak tego instrumentu może znacząco utrudnić prowadzenie dalszych rozmów i egzekwowanie potencjalnego kontraktu – jest to bowiem jedno z podstawowych narzędzi prowadzenia biznesu przez rosyjskiego monopolistę. W razie szantażu, Turcja może kupować gaz z Iranu lub z Azerbejdżanu. Poza tym Ankara – w przeciwieństwie do Ukrainy – jest członkiem NATO i silnym sojusznikiem USA w tej części świata.

Po czwarte, Moskwa po fiasku South Stream jest zmuszona jak najszybciej uruchomić projekt zastępczy. Ponosi bowiem gigantyczne koszty wynajmu dwóch włoskich statków specjalistycznych do budowy gazociągu po dnie morza. Nawet bezczynny postój tych statków w bułgarskiej Warnie kosztuje Gazprom 25 milionów euro miesięcznie.

Po piąte, aby przyśpieszyć realizację projektu, nie mając jeszcze podpisanych porozumień międzyrządowych, Rosja musi „na ślepo” rozpocząć budowę odcinka z rosyjskiego wybrzeża Morza Czarnego. W przypadku braku finalnego porozumienia Kreml zostanie z „rozgrzebaną rurą na dnie morza” – jak ocenia sytuację moskiewski opiniotwórczy dziennik „Kommiersant”.

I w końcu, po szóste, podpisanie kontraktu z Turcją znacznie pogorszyłoby stosunki Rosji z Iranem. Teheran już wyraził swój sprzeciw wobec tej inicjatywy. Rocznie Ankara odbiera bowiem 10 miliardów metrów sześciennych irańskiego gazu.

Sytuację turecko-rosyjskiego kontraktu gazowego komplikują ponadto różnice pomiędzy tymi dwoma państwami, związane zarówno bezpośrednio z Tureckim Potokiem, jak
i z szerszym kontekstem politycznym. Już sam kontrakt generuje trzy zasadnicze konflikty interesów między Ankarą i Moskwą.

Po pierwsze, Rosja chce budowy czterech nitek gazociągu, podczas gdy Turcji w zupełności wystarczy jedna.

Po drugie, Rosja chce wykorzystać pełną przepustowość Tureckiego Potoku, tzn. 63 miliardy metrów sześciennych, podczas gdy Turcja godzi się wyłącznie na 28-30 miliardów metrów sześciennych.

Po trzecie, Turcja żąda 22 procent obniżki ceny dostarczanego surowca, podczas gdy Rosja jest gotowa udzielić jedynie 6 procent rabatu.

Wciąż pod górkę

Przeszkodami są nie tylko względy gospodarcze, ale też polityczne.

Rosja wspiera reżim Baszara al-Asada, podczas gdy Turcja jest jego zadeklarowanym przeciwnikiem. Co więcej, Ankara już niejednokrotnie podejmowała nieśmiałe próby aneksji północnej części Syrii.

Również relacje z Azerbejdżanem stoją na przeszkodzie dobrym stosunkom Moskwy i Ankary. Rosja wspiera Armenię, która pozostaje z Baku w stanie niewypowiedzianej wojny, podczas gdy Ankara broni bliskiego sobie narodu azerbejdżańskiego.

Oliwy do ognia dolewa wsparcie prezydenta Recepa Erdoğana dla Państwa Islamskiego. Dla tego ostatniego Turcja jest naturalną bazą. Co więcej, Ankara udziela wsparcia niewygodnej Moskwie emigracji czeczeńskiej.

***

Rosja, chcąc za wszelką cenę upokorzyć Ukrainę i uzależnić Unię Europejską od dostaw swojego surowca, napotkała trudnego partnera, jakim jest Turcja. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle – jak mawiał były rosyjski premier Wiktor Czernomyrdin. Co więcej, również „niewidzialna ręka” rynku energetycznego nie tylko nie pomaga Rosji, ale jej szkodzi.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!