Moja czerwona linia

W języku angielskim istnieje zwrot „to cross red line”. Co oznacza: przekroczyć normę, zazwyczaj moralną, czegoś dozwolonego. Po polsku nazwalibyśmy to „przegięciem”, „przesadą”, „nadmiarem”.

Zbignev Samko
Moja czerwona linia

Fot. Archiwum

Pamiętam, że po pierwszych większych niepokojach, kiedy wojska prezydenta Bashara al Assada rozpoczęły zagładę powstańców i osób im sympatyzujących w Syrii, prezydent Barack Obama ciągle przesuwał ową „czerwoną linię” tolerancji. „Została przekroczona czerwona linia”, „a już teraz na pewno została ona przekroczona”.

Świat miał trochę z tego ubawu. Dlatego, że nic, poza stwierdzeniem faktu istnienia czerwonej linii, w tamtym momencie się nie działo.

Podobnie jest chyba w życiu każdego z nas. Wczoraj zdarzenie, które wywołało nasze mocne oburzenie, dzisiaj takie nie jest, a jutro będzie błahe.

Moja czerwona linia została przekroczona w tym tygodniu. Linia tolerancji dla rosyjskiej propagandy informacyjnej, którą uważałem dotychczas za kulawą, nieudolną i niemrawą. Próby wojny informacyjnej obecnych władz rosyjskich wzbudzały we mnie emocje co najmniej ironiczne, w większości przypominające czasy sowieckie i głównie nurt komunistyczny JPNM (Jedinstwenno Prawelnoje Naucznoje Mirowozrenije, tzn. Jedyny Poprawny Pogląd Naukowy).

Wszystkie wierutne kłamstwa o naszych ofiarach z trzynastego stycznia, o przeszłości pani prezydent, o litewskiej partyzantce w powojennych czasach sowieckich. Wszystko to z czasem poszerzało moją tolerancję, podnosiło poziom i oddalało moją „czerwoną linię”.

Informacje o konflikcie na Ukrainie, ilustrowane zdjęciami z Iraku, Syrii, Gruzji, a nawet z planu filmowego w Brześciu. Dwugodzinowa audycja „Subbotnij wieczer” w telewizji RTR (której prawa retransmisji zostały zawieszone) każdego dnia tygodnia (oprócz soboty).

Część mnie skrzypnęła i pękła.

W przestworzach internetu natknąłem się na kilka rosyjskich reportaży. Najpierw  wideo dziennikarza „Nowaja gazieta” ze Słowiańska na Ukrainie, gdzie chodził on po placu i pytał ludzi: czy widzieliście i możecie potwierdzić zajścia, pokazane ostatnio w wiadomościach ORT? Później przeszedłem do samego reportażu w wiadomościach największego rosyjskiego kanału.

Powiedzieć, że chwilowo oniemiałem, to nie powiedzieć nic. We wspomnianym newsie kobieta (zapewne z Ukrainy), matka czwórki dzieci (również zapewne) z obozu uchodźców w Rosji opowiada rosyjskiej dziennikarce o tym, jak wojska ukraińskie weszły do Słowiańska.

Scenariusz był prawie hichkockowski. Rozpoczęło się od „trzęsienia ziemi”. Owa kobieta opowiedziała, jak to zaraz po wejściu wojsk na placu centralnym miasta (Lenina. Którego w tym mieście nie ma) byli zebrani kobiety i dzieci.

Kobieta opowiada o przeżytych bestialstwach żołnierzy, którzy ukrzyżowali chłopczyka lat trzech, na tablicy honoru. Gdzie, wiadomo, w czasach sowieckich były zdjęcia przodowników pracy. Dwoje trzymało, trzeci przybijał. Po jego zgonie zrozpaczoną matkę przywiązano do BTRu liną i włóczono dookoła placu.

Dla zainteresowanych źródła: TU i TU
I mnie trafiło, tyle że z innej niżeli autorzy się spodziewali, strony. Ze strony ojcowskich uczuć. Do bestialstw maszyny propagandowej Rosji. Największej telewizji Rosji. Głównego jej wydania wiadomości.

Daleki jestem od chęci natychmiastowych zakazów. Dobrze pamiętam te czasy, gdy zakazy były porządkiem dziennym. Aczkolwiek złośliwie wymyśliłem wariant walki z takim źródłem informacji. Zwłaszcza, że ORT jest nader popularna w naszych wileńskich stronach.

Na dole ekranu, w czasie nadawania ich wiadomości, proponuję zamieścić biegnące zdanie. W rodzaju „Nadawana informacja może nie odpowiadać prawdzie”. Im częściej wyżej wspomniane informacje nie będą pokrywały się z prawdą, tym większą część ekranu będzie zajmował nadpis.

Tyle, że obawiam się, sądząc według tempa ilości łgarstw z tamtej strony, iż wkrótce będzie widoczna jedynie głowa prezentera. Jeżeli nie sam jej czubek.

PODCASTY I GALERIE