Litewski fotograf z Krymu: Wojna może wybuchnąć już jutro

„Nikt tutaj nie wierzy, że Rosja poprzestanie na Krymie” - w rozmowie z zw.lt powiedział Arvydas Šemetas, znany ukraiński fotograf, specjalny korespondent agencji Ukrinform (Gabinetu Ministrów Ukrainy) na Krymie, Litwin od ponad 30 lat mieszkający w Symferopolu.

Małgorzata Kozicz
Litewski fotograf z Krymu: Wojna może wybuchnąć już jutro

Fot. Facebook

Małgorzata Kozicz: Jakie nastroje panują obecnie na Krymie?

Arvydas Šemetas: Na Krymie są trzy główne grupy narodowościowe: Ukraińcy, Tatarzy krymscy i Rosjanie. Każda z tych grup ma właściwie inne podejście do zaistniałej sytuacji. Trzeba podkreślić, że w szczególnie dramatycznej sytuacji znaleźli się obecnie ukraińscy żołnierze. To są ludzie, którzy zostali pozostawieni sami sobie. Codziennie bywam w bazach wojskowych i znam ich sytuację. Dowództwa nie ma. Kierownictwo wzięło urlopy albo zwolnienia lekarskie. Zostali młodsi oficerowie, którzy nie mają prawa podjąć decyzji o otworzeniu ognia. Każdy ma rodzinę, wszyscy myślą o konsekwencjach. Do baz wojskowych codziennie przychodzą rosyjscy generałowie, którzy namawiają dowódcę bazy, by poddał się wraz ze swoimi podwładnymi. Gwarantują, że wszystkich pozostawią na swoich stanowiskach – od żołnierza do bibliotekarza. Zapewniają, że nie trzeba będzie składać nowej przysięgi, jedynie podpisać kontrakt na 3-5 lat, w zależności od zajmowanego stanowiska. Wojskowym przedstawia się porównanie  – ukraiński żołnierz kontraktowy zarabia około 300 dolarów miesięcznie, starszy oficer w wojsku rosyjskim może otrzymać nawet 5 tys. dolarów.

Co na to żołnierze?

Ludzie ci czują się zdradzeni przez swoją ojczyznę, czy raczej przez dowództwo w Kijowie, które pozostawiło ich samym sobie.

Takie propozycje skłonni są przyjąć ci, którzy mają tutaj mieszkania. Ci, którzy mieszkania wynajmują, nie są stąd,  nie zamierzają się poddawać. Jest jednak straszna sytuacja. Kijów co rano w rozmowach telefonicznych z ukraińskimi wojskowymi powtarza – jesteście wierni przysiędze, stójcie do końca. Ale co w tym wypadku znaczy „do końca”? Jeżeli obce wojsko wchodzi na ich teren, wojskowi powinni otworzyć ogień. Nie ma jednak rozkazu użycia broni. Jeżeli wyjadą, mogą usłyszeć, że porzucili swoje pozycje i są zdrajcami. Bywam wewnątrz baz wojskowych i widzę też, jakie wojsko stoi na zewnątrz. Są to siły nieporównywalne. Można oczywiście mówić o bojowym duchu, o wierności ojczyźnie, ale ludzie ci czują się zdradzeni przez swoją ojczyznę, czy raczej przez dowództwo w Kijowie, które pozostawiło ich samym sobie.

A jakie są nastroje wśród ludności cywilnej?

Na samym początku, kiedy weszli rosyjscy żołnierze, ludzie zaczęli wykupywać w sklepach mąkę, cukier, kasze. Po paru dniach wszystko wróciło do normy W sklepach jest wszystko, obowiązującą walutą nadal jest hrywna ukraińska. Ruble jeszcze nie zostały przywiezione, urzędnicy państwowi i emeryci otrzymują wypłaty w hrywnach. Nie ma opóźnień, Ukraina wypełnia swoje zobowiązania w tej kwestii. Wyraźne zmiany jeszcze nie dosięgły życia codziennego. Na dziś jedną z największych nowości jest to, że wprowadzony zostanie pobór do wojska. Wcześniej było u nas tylko wojsko kontraktowe, nowe władze zdążyły zaś poinformować, że młodzież będzie objęta obowiązkiem służby wojskowej i będzie służyć zgodnie z ustawodawstwem rosyjskim – w Dagestanie, Czeczenii, na Północnym Kaukazie i w całej Rosji. Sądzę że wiadomość ta otrzeźwi wielu młodych ludzi. Jest już jednak za późno.

Czy są ludzie, którzy nie zamierzają pozostać na Krymie?

Dziennikarze ostatnio są tu znienawidzeni. Sam widok kamery czy aparatu fotograficznego wzbudza bardzo negatywny stosunek.

Tak, ludzie wyjeżdżają. Na Ukrainie pracują wolontariusze, mieszkańcy Krymu otrzymują zaproszenia z Iwano-Frankowska, Lwowa, Kijowa. Wszystko ma jednak charakter tymczasowy. Wolontariusze zapraszają do swoich domów na tydzień, dwa, dopóki sytuacja na Krymie nie wróci do normy. Na razie nikt nie wie, co będzie, kiedy po ulicach chodzą uzbrojeni ludzie. W miastach wciąż są tak zwane oddziały samoobrony. Ci ludzie nie mieli wcześniej określonego zajęcia. Teraz zostali przebrani, otrzymali broń i pojawiają się z nią w miejscach publicznych. Na przykład wczoraj fotografowałem rozgrywki rugby i ci panowie z pistoletami pneumatycznymi też byli tam obecni. Ogólnie jednak jest stosunkowo spokojnie. Nikt się nie spieszy, każdy wykonuje swoją pracę. Ktoś handluje na bazarze, ktoś pracuje w fabryce, dziennikarze piszą. Co prawda dziennikarze ostatnio są tu znienawidzeni. Sam widok kamery czy aparatu fotograficznego wzbudza bardzo negatywny stosunek.

Ludzie obawiają się wojny, czy wierzą że wszystko na tym się skończy?

Wierzy w to może z pięć procent ogółu. Większość rozumie, że Rosja nie poprzestanie na Krymie. Są próby organizowania protestów w Charkowie, Doniecku, Odessie. Naddniestrze chce prosić o przyłączenie do Rosji. Tak samo wszystko zaczynało się u nas. Ludzie widzą, mówią o tym, co się dzieje. Odbywa się koncentracja wojsk, są kopane okopy, instalowane systemy rakietowe Grad. Zajęte są wszystkie lotniska wojskowe, wszędzie mnóstwo techniki artyleryjskiej. Niektórzy mówią o 30 tysiącach rosyjskich wojskowych na Krymie, inni o 50 tys.

Mówiąc o oficjalnym pretekście konfliktu – czy zdania mówiące o dyskryminacji rosyjskojęzycznych mieszkańców Krymu były uzasadnione?

Moja żona jest Ukrainką, ja Litwinem. W domu rozmawiamy po rosyjsku. W sferze publicznej w użyciu najczęściej jest język rosyjski. Na Krymie jest ponad 600 szkół, z nich 8 ukraińskich. W Symferopolu, gdzie mieszkam, szkoły są 43, z tego jedna ukraińska. Toteż nie wiadomo jeszcze, kogo tu należałoby bronić. Po ukraińsku najczęściej rozmawiają mieszkańcy wsi. To najczęściej ludzie przywiezieni tu w latach 50-tych z zachodniej Ukrainy. Ktoś musiał uprawiać ziemię pozostałą po Tatarach. W ten sposób trafiła na Krym także rodzina mojej żony z Wołynia.

A Pan, rodowity Litwin z Kowna, trafił na Krym z powodów rodzinnych?

Tak, tu się ożeniłem i mieszkam na Krymie od 1983 roku. Jestem założycielem litewskiej społeczności na Krymie. Spotykamy się regularnie. Śmiejemy się, że teraz częściej przyrządzamy szurpę i szaszłyk niż cepeliny i chłodnik. Są jednak na naszych spotkaniach litewskie potrawy, obchodzimy litewskie święta. Nie tylko święta katolickie, jak Boże Narodzenie, ale też dni niepodległości Litwy, upamiętniamy 13 stycznia i inne. W swoim gronie świętujemy urodziny, wesela. Dla mnie te spotkania są ważne między innymi dlatego, że mogę porozmawiać po litewsku. Zachowałem więź z Litwą. W telewizji satelitarnej codziennie oglądamy litewskie programy, zaczynając od „Labas rytas“, przez „Klausimėlis“ i „Triumfo arka“. Ulubiony program mojej żony to koncert życzeń, w którym codziennie śpiewa Vytautas Šiškauskas. Często rozmawiam ze swoimi przyjaciółmi w Wilnie.

Jak Litwini na Krymie przyjęli wynik referendum?

W tej kwestii powiedziałbym, że Litwini podzielili się na dwie grupy. To osobiste zdanie każdej z tych osób. Nie dyskutujemy na te tematy i nie zmieniamy stosunku do siebie. Wcześniej też było wiadomo, kto ma jaki stosunek do Ukrainy, do Rosji, do Europy, do Wschodu. Mądrzy ludzie nigdy nie konfrontowali swoich poglądów. Natomiast w świecie dziennikarskim podziały stały się bardzo wyraźne. Zwolennicy Rosji nie przepuszczą teraz okazji, by puszczać sarkastyczne docinki.

Jako korespondent Gabinetu Ministrów Ukrainy znalazł się Pan w niekomfortowej sytuacji…

Życie Krymu na zdjęciach oczami Litwina. Większość zdjęć z Krymu w gazetach krajowych i wydaniach zagranicznych pochodziła ode mnie.

Nie wiem jeszcze, co będzie z moją pracą. Jestem specjalnym korespondentem Gabinetu Ministrów Ukrainy na Krymie. Rejestrowałem wszystko, co dzieje się na Krymie, co można sfotografować, poczynając od urodzenia dziecka, kończąc na wszystkich sferach życia publicznego. Po prostu życie Krymu na zdjęciach oczami Litwina. Większość zdjęć z Krymu w gazetach krajowych i wydaniach zagranicznych pochodziła ode mnie. Na razie nie wiadomo, co będzie dalej.

Czy ta niewiadoma dotyczy Pana zdaniem nie tylko Ukrainy? Na Litwie coraz wyraźniej słychać obawy, że Rosja chce przywrócić dawne granice ZSRR…

A jak Pani sądzi, z jakiego powodu rozpoczęły się w ubiegłym tygodniu ćwiczenia wojskowe w Obwodzie Kaliningradzkim? Nic nie odbywa się bez powodu. Jak powiedział klasyk, jeżeli w pierwszym akcie sztuki na ścianie wisi broń, to w ostatnim akcie na pewno wystrzeli.

Arvydas Šemetas urodził się w Kownie. Od ponad 30 lat mieszka na Krymie. Znany fotograf, dwukrotnie uznany za najlepszego fotoreportera sportowego na Ukrainie, laureat wielu konkursów fotograficznych na Ukrainie i na świecie. Współpracownik światowych agencji prasowych, specjalny korespondent Gabinetu Ministrów Ukrainy na Krymie. 

PODCASTY I GALERIE