Opinie
Krzysztof Kolanowski Nowa Europa Wschodnia

Krzysztof Kolanowski: Granica w głowie

Choć od likwidacji polsko-litewskiej granicy minęło już wiele lat, oba narody wciąż słabo się znają i, co gorsza, nie wykazują chęci, aby poznać się lepiej.

Krzysztof Kolanowski: Granica w głowie
Fot. FB/ Krzysztof Kolanowski

Jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku granica polsko-litewska była równie mało przyjazna dla przybyszów, co granice Polski z państwami Wspólnoty Niepodległych Państw. Pomiędzy Polską a Litwą istniały wówczas tylko trzy przejścia graniczne: jedno kolejowe i dwa drogowe. Co składało się na obraz ówczesnej granicy? Kolejki ciężarówek i samochodów osobowych, przemytnicy papierosów i alkoholu, sklepy wolnocłowe, prowizoryczne budki sprzedające niedobrą kawę, różnorakie polisy ubezpieczeniowe bądź dokonujące wymiany walut, niegrzeczni celnicy nieprzepuszczający pieszych (mówili: „przecież to przejście drogowe, a nie piesze”). Same przejścia graniczne rozciągały się, zgodnie ze wzorami odziedziczonymi po ZSRS, na ogromnych połaciach terenu po obu stronach rubieży – w taki sposób, że funkcjonariusze obu państw mieli niewiele styczności ze sobą w czasie pracy, zaś ich czynności kontrolne się dublowały i znacznie wydłużały czas pobytu obywateli na granicy. Na wjazd do sąsiedniego kraju trzeba było przeznaczyć od jednej do kilku godzin.

Od cara do Schengen

Potem było już tylko lepiej i sprawniej. Wejście obu państw do Unii Europejskiej z dniem 1 maja 2004 roku, uproszczenie sprawdzania dokumentów i zniesienie kontroli celnej diametralnie ograniczyły czas oczekiwania na przejściach granicznych. Dopiero wtedy funkcjonariusze polscy i litewscy rozpoczęli wspólne odprawy, zaś Litwini przystąpili do likwidowania ogrodzenia z drutu kolczastego, które jeszcze niedawno turyści przemierzający granicę pociągiem z lubością fotografowali. Był to zresztą pierwszy przypadek likwidacji zabezpieczeń i ogrodzenia na zewnętrznej granicy byłego ZSRS (druga w kolejności była Mołdawia, która dopiero w 2010 roku zaczęła je likwidować na granicy z Rumunią). Z dniem 1 maja 2004 roku umożliwiono również przekraczanie granicy bez paszportów na podstawie dowodów osobistych. Litwini również mogli skorzystać z tego udogodnienia: w 2003 roku wprowadzono tam dowody osobiste (plastikowe karty identyfikacyjne), gdyż wcześniej jedynym dokumentem tożsamości – znów na wzór sowiecki – był paszport.

W 2006 roku otwarto nowe przejście graniczne w leśnych okolicach pomiędzy Berżnikami a Kopciowem (Kapčiamiestis), tym razem o skromnej infrastrukturze i bardzo przyjazne dla rowerzystów.

Wejście do strefy Schengen w nocy między 20 a 21 grudnia 2007 roku hucznie świętowano na granicy obu państw. Nie zabrakło prezydentów: Valdasa Adamkusa i Lecha Kaczyńskiego. Uroczystościom nie przeszkodził nawet fakt, że o północy czasu polskiego, z chwilą gdy Polska i inne państwa Europy Środkowej wchodziły do strefy Schengen, Litwa oraz pozostałe kraje nadbałtyckie już do niej należały i stosowały się do nowych reguł: wynikało to z różnicy czasu. Od tej pory wspólną granicę można przekraczać w dowolnym miejscu. Dwutygodnik mniejszości litewskiej w Polsce „Aušra” zamieścił wówczas na swych łamach rozmowę z dziewięćdziesięcioczteroletnim mieszkańcem przygranicznej wsi Buda Zawidugierska, który z rozrzewnieniem wspominał, jak to w dzieciństwie, „za cara”, pieszo chadzał polem do pobliskiej wsi Kuczuny (Kučiūnai). Za czasów II Rzeczpospolitej tę drogę przecięła granica, co mocno skomplikowało takie wyprawy; po II wojnie światowej stały się one niemożliwe.

Po 2007 roku gminy położone po obu stronach granicy polsko-litewskiej, ośmielone programami unijnymi, dołożyły starań, by choćby częściowo odtworzyć dawne szlaki. Obecnie większość dawnych dróg jest przejezdna dla rowerów i samochodów osobowych, choć w wielu przypadkach nie starczyło środków na ich wyasfaltowanie. Drogi te mają znaczenie przede wszystkim lokalne, jednak zwiększają również potencjał turystyczny pogranicza. Przykładem może być całkowicie wyasfaltowana trasa między Wiżajnami a Wisztyńcem (Vištytis), spajająca wschodnią część Mazur z okolicami Jeziora Wisztynieckiego, zaś patrząc nieco szerzej – ze Żmudzią.

Na zakupy i na Rossę

Gęstniejącej siatce transgranicznych połączeń drogowych towarzyszyła jednak zadziwiająca tendencja: coraz trudniej było przekraczać granicę za pomocą komunikacji publicznej. O ile w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku nie brakowało połączeń z litewskich Łoździejów (Lazdijai) do pobliskich miejscowości położonych po stronie polskiej, o tyle przez kilka lat po 2004 roku przez granicę kursowały wyłącznie autobusy dalekobieżne, jadące głównie z Wilna i Kowna do Warszawy. Dziś sytuacja nadal jest trudna, choć od 2008 roku pojawiło się więcej transgranicznych przewozów lokalnych, zwłaszcza w związku z pogłębiającymi się różnicami cenowymi pomiędzy Polską a Litwą. Umożliwia to mieszkańcom litewskiego pogranicza wyjazdy na zakupy do Suwałk i Białegostoku – przewoźnicy zawożą pasażerów nie do centrów tych miast, lecz do konkretnych galerii handlowych.

Po tym jak w 2005 roku zlikwidowano nocne pociągi na trasie Warszawa – Wilno, pozostało tylko jedno transgraniczne połączenie na dobę. Ów pociąg codziennie niespiesznie przemierzał trasę z Warszawy, Białegostoku i Suwałk do oddalonych kilkanaście kilometrów od granicy Szesztoków (Šeštokai), by tam dać pasażerom możliwość przesiadki do Kowna i Wilna (już po szerszych, „rosyjskich” torach) – taki przejazd trwał cały dzień. W 2014 roku całkowicie zawieszono połączenie, by trasę wyremontować. Dwa lata później uruchomiono nowe, bezprzesiadkowe połączenie z Białegostoku do Kowna po nowej trasie Rail Baltica. Jest ono dostępne jednak tylko w weekendy. Wszystko to sprawia, że do przejazdów przez granicę mieszkańcom tych okolic nadal najbardziej przydaje się własny samochód.

Skromna oferta transgranicznych połączeń transportowych bądź też jej ukierunkowanie na turystów weekendowych i zakupowych świadczy o wzajemnych relacjach. Mieszkańcy Polski jadący na Litwę najczęściej kierują się do Wilna i na Wileńszczyznę – robią to w celach turystycznych, niekiedy odwiedzają tam krewnych bądź znajomych, rzadziej podróżują służbowo. Pozostałych regionów Litwy (w tym tych, które znajdują się bliżej polskiej granicy) raczej nie znają i niezbyt, jak można sądzić, się nimi interesują. Litwini z kolei odwiedzają polskie pogranicze przede wszystkim w celach zakupowych, zaś jeśli jadą nieco dalej niż do Białegostoku, to najczęściej tranzytowo do Europy Zachodniej bądź do Warszawy.

Polacy i Litwini nadal słabo się znają, nie wykazują też chęci, aby ten rów niewiedzy zasypać. Jesteśmy jak sąsiedzi, którzy – idąc za trendem panującym w całej dzielnicy – mimo dawnych zatargów zlikwidowali ogrodzenie dzielące ich domostwa, ale nadal nie mogą się przemóc, by częściej się odwiedzać i spokojnie ze sobą rozmawiać.

Krzysztof Kolanowski zajmuje się zagadnieniami polsko-litewskiej i polsko-niemieckiej współpracy transgranicznej w ramach europejskich programów INTERREG, w latach 2009 – 2012 mieszkał w Wilnie. Autor internetowego słownika polsko-litewskiego.

Artykuł ukazał się w „Nowej Europie Wschodniej” (6/2017).