Kraj w stanie gotowości

Kreml robił to już wiele razy. Wykorzystuje zagrożenie terrorystyczne, aby zjednoczyć społeczeństwo wokół siebie i dokręcić śrubę. I dokręca.

Nowa Europa Wschodnia
Kraj w stanie gotowości

Fot. BFL/Vygintas Skaraitis

Adwokaci Kremla mówią dziś, że Rosja musi niemal sama walczyć ze światowym terroryzmem i swoją piersią bronić Europy walcząc w Syrii z „Państwem Islamskim”. Ludzie ci wzywają kraje Unii Europejskiej do utworzenia wspólnie z Rosją jednego frontu, aby pokonać islamski radykalizm. Z kolei przeciwnicy Kremla podkreślają, że rosyjskie władze współpracują z „Państwem Islamskim” kupując od niego ropę naftową – tak twierdzi na przykład Recep Tayyip Erdoğan. Podkreśla on, że dzieje się to za pośrednictwem bliżej nieokreślonych osób z otoczenia Baszara Asada. Niektórzy nawet sugerują, że do ataku w Paryżu doszło w tak sprzyjającym dla Kremla momencie, że ma to świadczyć, iż Moskwa wpływa na politykę „Państwa Islamskiego”.

I, jak to często bywa, żadna ze stron nie ma racji. Rosja w Syrii – nawet gdy rzeczywiście walczy z islamistami, a nie z innymi przeciwnikami reżimu Asada – broni nie Europy, a swoich interesów. Jaki jest jej główny interes? Zachowanie władzy w samej Rosji. A jeśli chodzi o współpracę Moskwy z „Państwem Islamskim” przy organizacji paryskich zamachów, to równie absurdalny zarzut można wysunąć pod adresem służb specjalnych USA, Izraela, Polski bądź Czech. Wszystkie te kraje mogłyby mieć agentów wśród terrorystów, przy czym jeśli chodzi o kraje postkomunistyczne – rekrutowaliby się oni zapewne spośród współpracowników Saddama Husajna, którzy trafili do islamistów. Nie powinniśmy mylić cynizmu rosyjskich władz z chorobą psychiczną.

Mobilizacja
Kreml zupełnie inaczej wykorzystuje terrorystów. Są potrzebni Władimirowi Putinowi dla umocnienia swojej władzy w samej Rosji oraz dla dalszej mobilizacji i militaryzacji rosyjskiej gospodarki. Owa mobilizacja dla otoczenia prezydenta jest synonimem monopolizacji. Wykorzystanie terroryzmu dla własnych celów było widoczne w czwartkowym orędziu Putina,.

Sygnał wysłany przez prezydenta był prosty: wojna z terroryzmem wymaga wykorzystania wszystkich sił, a aby się to powiodło, całe społeczeństwo musi zjednoczyć się wokół rządzących. Tym samym przejawy opozycji mogą być uznane za zdradę, a ci którzy tego nie rozumieją, zostaną pociągnięci do odpowiedzialności. „Aby odeprzeć terrorystów zmobilizowaliśmy nasze Siły Zbrojne, służby specjalne i organy porządkowe. Jednak zdawać sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nas spoczywa, powinniśmy wszyscy: władze, partie polityczne, społeczeństwo obywatelskie, media”. Po wygłoszeniu tych słów prezydent przeszedł do kolejnej kwestii – wyborów parlamentarnych, które czekają nas w 2016 roku.

Wykorzystanie terroryzmu jako pretekstu do wywierania nacisków na opozycję, to żadna nowość. Nie wymyślił tego Putin, jednak wykorzystuje on ten instrument począwszy od 1999 roku. Wówczas na fali strachu i nienawiści, której początek dały zamachy w Moskwie i Wołgodońsku, Putin i jego współpracownicy przejęli kontrolę nad parlamentem i Kremlem. Podobnie było po tragedii w Biesłanie. Śmierć dzieci posłużyła wówczas nie wzmożonej walce z terroryzmem, a umożliwiła przeprowadzenie reform: zrezygnowano z bezpośrednich wyborów gubernatorów. Na tyle zmieniło to relacje Moskwy z regionami, że Federacja Rosyjska pozostała federacją tylko z nazwy.

W tragicznych momentach rosyjskie społeczeństwo po prostu nie było w stanie sprzeciwić się władzom, a opozycja obawiała się, że sama zostanie oskarżona o wspieranie terrorystów. Zresztą, władze dość jasno dały to wówczas opozycjonistom do zrozumienia. Milczeli więc oni, milczeli też gubernatorzy.

Dalekosiężne plany
Dziś historia się powtarza. Kreml od lutego 2014 roku „mobilizuje” i „militaryzuje” społeczeństwo oraz gospodarkę. Napotyka jednak na sprzeciw. Zwykli Rosjanie mogą mówić, że będą wspierać swoją armię walczącą za granicą, ale – jak pokazują badania socjologiczne z ostatnich dwóch lat – 75 procent z nich zgodzi się tylko na krótką, zwycięską wojnę, która nie przyniesie Rosji żadnych strat.

„Mobilizacji” sprzeciwiają się także resztki rosyjskiego biznesu. Przedsiębiorcy również widzą (na przykładzie losu linii lotniczych Transaero i wielu innych), że kremlowska „mobilizacja” to monopolizacja. Kreml przejmuje sektor prywatny i przekazuje go bądź w ręce państwowych zarządców (przykład Rosniefti), bądź „przyjaciołom Putina” (przykład Borysa i Arkadija Rotenbergów). Dlatego też biznes wciąż stara się skłonić Kreml do choćby umiarkowanych reform. Życzliwie patrzy też na byłego ministra finansów Aleksija Kurdina, jako na człowieka, którego Władimir Putin będzie słuchał.

Prezydent nie zamierza jednak słuchać nikogo. Ma dalekosiężne plany. W 2016 roku jego drużyna musi wygrać wybory parlamentarne. W 2018 roku (a chodzą słuchy, że może i rok wcześniej) on sam musi ponownie objąć fotel prezydenta. Trzeba też modernizować armię. A „Państwo Islamskie” jest dobrym pretekstem do zmuszenia całego kraju, aby ten przyklasnął tym planom – przeciwnicy zostaną obwołani sprzymierzeńcami terrorystów. Takiej okazji Putin nie można przegapić.

PODCASTY I GALERIE