• Opinie
  • 24 stycznia, 2020 7:55

Kozicz: Czy Tomaszewski podpisałby Akt Niepodległości Litwy

Jeżeli polskiej partii politycznej na Litwie nie stać na zajęcie pryncypialnego stanowiska w sporze, w którym Polska i Rosja ewidentnie stoją po różnych stronach barykady, nie obrażajmy się potem o przypinanie nam łatki „koloradów”, wypominanie autonomii solecznickiej lub spekulacje, czy możliwe byłoby u nas powstanie „Wileńskiej Republiki Ludowej”.

Małgorzata Kozicz
Kozicz: Czy Tomaszewski podpisałby Akt Niepodległości Litwy

O wojnie informacyjnej trąbimy od lat, i do tej pory zdawać się mogło, że jesteśmy na pierwszej linii frontu tej wojny. Zdarzały się regularne próby dyskredytowania partyzantki litewskiej jako grabiącej, gwałcącej i mordującej cywilów, w mediach rozbłysło i zgasło jak kometa kilka barwnych historii o niemieckich żołnierzach stacjonujących na Litwie, którzy zgwałcili dziewczynkę, widzieliśmy systematyczne wrzutki kremlowskich trolli w portalach społecznościowych i w komentarzach. To jednak, co w ostatnich tygodniach na szczeblu państwowym i na arenie międzynarodowej rozkręca kremlowska machina propagandy, przekroczyło dotychczasowe granice cynicznego kłamstwa.

Oto prezydent Rosji Władimir Putin atakuje Polskę, zarzucając jej wywołanie II wojny światowej we współpracy z hitlerowską III Rzeszą. W jego wersji wydarzeń to Polska współpracowała z Niemcami nazistowskimi, na dodatek pchała Hitlera do zbrodni przeciwko polskim i europejskim Żydom. To rosyjska odpowiedź na wrześniową rezolucję Parlamentu Europejskiego, w której między innymi został potępiony pakt Ribbentrop-Mołotow. Putin odrzuca całkowicie odpowiedzialność Związku Sowieckiego za wybuch wojny, a wspominając o rozbiorze Czechosłowacji w 1938 roku, oskarża Polskę, że zajmując obszar Zaolzia, sama właściwie zapoczątkowała działania zbrojne w Europie. 

„Nie ma zgody na zamianę katów z ofiarami, sprawców okrutnych zbrodni z niewinną ludnością i napadniętymi państwami” – pisze w swoim oświadczeniu premier Polski Mateusz Morawiecki. „W imię pamięci o ofiarach i w imię wspólnej przyszłości musimy dbać o prawdę”.

Kolejne tygodnie to lawina wypowiedzi, opinii, wymiany zdań wśród przedstawicieli władz, polityków, dyplomatów, historyków. Stanowisko Polski jest jednoznaczne – stanowczo i w oparciu o fakty będzie dementowała kremlowskie kłamstwa na temat II wojny światowej i broniła prawdy historycznej.

Po stronie Polski zdecydowanie opowiada się Litwa. Podczas niedawnej wizyty ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza w Wilnie szef litewskiej dyplomacji Linas Linkevičius mówi: „Na pewno nie pozwolimy na fałszowanie naszej historii, nasi specjaliści w dziedzinie komunikacji strategicznej już współpracują i odpierają kłamstwa, które, niestety, próbują znów zafałszować historię, ożywić wizerunek Stalina jako pozytywnego bohatera, zapomnieć o pakcie Ribbentrop-Mołotow”. Prezydent Gitanas Nausėda rezygnuje z udziału w 5. Światowym Forum Holokaustu w Instytucie Yad Vashem w Jerozolimie, ponieważ prezydent Polski Andrzej Duda nie otrzymał możliwości wygłoszenia podczas forum swojego przemówienia. Istnieje za to podejrzenie, że swoją wersję historii będzie zebranym serwował Władimir Putin. Dziś wiemy, że zrezygnował z atakowania Polski, pośrednio wytykając jedynie państwom bałtyckim kolaborację z nazistami, nie znaczy to jednak, że kremlowska narracja historyczna ustanie.

Waldemar Tomaszewski, lider Akcji Wyborczej Polaków na Litwie-Związku Chrześcijańskich Rodzin, partii, która aspiruje do roli reprezentacji 200 tys. Polaków na Litwie, milczy.

W tym roku obchodzimy 30-lecie odrodzenia państwa litewskiego. Podkreślamy często, że wśród sygnatariuszy Aktu Niepodległości było trzech Polaków (według nieco naciąganych rachunków – czterech). Najczęściej płaszczykiem milczenia okrywamy fakt, że sześciu pozostałych wstrzymało się od głosu. Taki był kontekst, takie było antypolskie nastawienie Litwinów, taka niejasna była przyszłość Polaków w niepodległym państwie, a zresztą to dobrze, że nie głosowali przeciwko – brzmią typowe argumenty usprawiedliwiające konformistyczną postawę ówczesnych deputowanych.

Pan Waldemar Tomaszewski nie zasiadał jeszcze wtedy w ławach poselskich. Jaką decyzję podjąłby stojąc przed wyborem, czy podpisać Akt Niepodległości Litwy, możemy się tylko domyślać (tak na marginesie, puśćmy wodze wyobraźni – kto z dzisiejszej „polskiej” frakcji w Sejmie byłby za, a kto wstrzymałby się od głosu). Lider AWPL-ZChR niejednokrotnie jednak podkreślał, że brał udział w Szlaku Bałtyckim. Chwali się też często swoją dysydencką przeszłością – ponoć w szkole nie obawiał się głośno mówić o tym, kto ponosi odpowiedzialność za zbrodnię katyńską. Dziś taka patriotyczna ofiarność nie jest wymagana. Wymagane jest jednak opowiedzenie się po jednej ze stron historycznego, światopoglądowego i cywilizacyjnego sporu, który właśnie się toczy.

Czy podczas gdy litewscy politycy deklarują – i wyrażają w czynach – poparcie dla władz Polski w ich walce o prawdę historyczną, przewodniczący polskiej partii nadal będzie milczał? Czy kiedy Władimir Putin zapowiada, że Rosja „zamknie te brudne gęby” ( Мы заткнем поганый рот) tym, którzy próbują „przeinaczać historię” II wojny światowej, Waldemar Tomaszewski nadal będzie pojawiał się 9 maja na cmentarzu antokolskim w towarzystwie Rafaela Muksinowa, dumnego posiadacza odznaczenia nadanego przez tegoż Władimira Putina? Czy dalej będzie akceptował, że jego polityczni towarzysze na obchodach rocznicy Operacji „Ostra Brama” pojawiają się w rogatywce, a z okazji Dnia Zwycięstwa przypinają wstążeczkę gieorgijewską? Czy pozostanie przy zdaniu, że impeachment wobec Iriny Rozowej, która, jak wskazują litewskie służby specjalne, utrzymywała kontakty z dyplomatami rosyjskimi wydalonymi następnie z kraju za szpiegostwo, to jedynie gierki polityczne konserwatystów?

Co zrobi, a raczej czego nie zrobi Waldemar Tomaszewski, przewidzieć nietrudno. Nie udało się obniżyć progu wyborczego, toteż dla uzyskania niezbędnej ilości głosów potrzebne będzie „wspólne reprezentowanie wszystkich mniejszości narodowych”, ewentualnie „jednoczenie się mniejszości przeciwko nacjonalistycznej polityce państwa litewskiego”, a w rzeczywistości dalszy flirt z wyborcami rosyjskimi.

Ziemia Wileńska to mieszanka narodów, języków i kultur, i polityk mniejszości narodowych rzeczywiście nie może ostentacyjnie odwrócić się od żadnej z tych grup. Waldemar Tomaszewski musi w swoim postępowaniu lawirować między zapalonymi widzami Pierwogo Bałtijskogo Kanała i dumnymi nosicielami biało-czerwonych proporców (często to te same osoby). Jeżeli jednak w „pokojowych” warunkach możliwe są tłumaczenia, że 9 maja czci się pamięć zwykłych żołnierzy, którzy sami byli ofiarami systemu, to w obliczu wojny ideologicznej nie da się pozostać pośrodku.

PODCASTY I GALERIE