• Opinie
  • 17 września, 2015 6:03

Karolina Keler: Kaszubski nie obowiązkowy, ale pożądany

Bardzo mnie cieszy, że jest "Jednota Kaszubów". Oni działają na różnych polach, krzewiąc kulturę kaszubską, natomiast nie podpisałabym się pod ideą autonomii Kaszub, z tego względu, że kultura polska na Kaszubach jest silnie związana ze mną. Nie mogę powiedzieć, że jestem tylko Kaszubką. Jestem Polką i Kaszubką - mówi w rozmowie z portalem zw.lt Karolëna Keler (Karolina Keler), nauczycielka kaszubskiego, wiceprezes Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Słupsku, dziennikarka lokalnego radia.

Tomasz Otocki
Karolina Keler: Kaszubski nie obowiązkowy, ale pożądany

Fot. Tomasz Keler

Tomasz Otocki, zw.lt: Pierwsze moje pytanie będzie o Słupsk. Przed 1945 roku była to część Niemiec, niezwiązana z polskim Pomorzem, nazywano Słupsk „małym Paryżem” na terenie rejencji koszalińskiej. W 1945 roku cała ludność regionu musiała wyjechać do Niemiec. Skąd wzięli się tutaj Kaszubi?

Karolëna (Karolina) Keler, wiceprezes Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, oddział Słupsk: Swoją odpowiedź mogę oprzeć o ludzi, których znam i którzy należą do słupskiego oddziału Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Ludność kaszubska znalazła się tu z różnych przyczyn, czy prywatnych, czy zawodowych, tutaj w Słupsku po prostu była praca. Ludzie przyjeżdżali tutaj z różnych części Kaszub za pracą. Mamy w naszym oddziale krawca, który zawsze powtarza, że musiał tu przyjechać za pracą, otworzył zakład krawiecki. Ludność, która zamieszkiwała Słupsk była bardzo nieprzychylnie nastawiona do Kaszubów…

Ludność polska, która przyjechała z Kresów lub Polski centralnej.

Tak, nasz krawiec był nazywany „kaszubską świnią” i innymi mało przyjemnymi określeniami. To nie są tylko jego odczucia, ale generalnie Kaszubi byli tutaj bardzo niechętnie przyjmowani. Mieli problem ze zdobyciem pracy, a gdy już pracowali, nie mogli chwalić się swoim pochodzeniem, mówić w języku kaszubskim, bo źle na to patrzono i wpływało to przykładowo na ich zarobki czy relacje z mieszkańcami Słupska. Obecnie wielu mieszkańców pochodzących z kaszubskich rodzin nie przyznaje się do tego, nie identyfikuje się z Kaszubami. Wydaje mi się, że jest to pokłosie traktowania Kaszubów w latach 50.-60.

Mimo to, po 1945 r. coraz więcej osób z Kaszub do Słupska przyjeżdżało.

To prawda, ale to nie była jakaś bardzo liczna grupa ludzi. Obecnie w naszym Zrzeszeniu mamy 120-130 członków, którzy mają korzenie kaszubskie, część to oczywiście sympatycy Kaszubów, np. nauczycielki z mojej szkoły, które kaszubskiego musiały się dopiero wyuczyć. Ta kultura kaszubska im się podoba.

Proszę powiedzieć parę słów o sobie. Pani pochodzi akurat z powiatu bytowskiego, który przed 1945 rokiem należał do Niemiec, ale Pani rodzina nie musiała po II wojnie światowej wyjechać.

Pochodzę rodzinnie z Lipnicy. Z domu nazywam się Narloch. Nazwisko Keler noszę po mężu, który pochodzi z okolic Lęborka…

Czy też jest Kaszubą?

Tak. Moja mama, jej nazwisko rodowe Połczyńska, silnie była związana z południowym regionem Kaszub. Z Lipnicą, Zapceniem, okolicznymi wioskami. Natomiast mój tata pochodzi z rodu Narlochów, też od XX wieku związanego z Pomorzem. Więc moje korzenie są kaszubskie. Tradycje kaszubskie są mi znane i bliskie, bo zawsze były praktykowane u mnie w domu, choć w domu nie mówiło się po kaszubsku. Dlatego, że moi rodzice wychowali się w czasach, kiedy język kaszubski był wręcz pacyfikowany. W szkole zabraniano mówić po kaszubsku. Moi rodzice zostali wychowani w takim duchu, że mówienie po kaszubsku jest złe. Jest poniżające, nie warto tego uczyć dzieci, ponieważ nigdy w życiu im się to nie przyda. Lepiej, żeby nie mówiły po kaszubsku, to nie będą miały problemów z wysławianiem się po polsku. Dlatego tym większe zdziwienie rodziców, że teraz jest taki boom na kaszubski.

Ale w Pani domu rodzinnym nie mówiło się w ogóle czy nie mówiło się z dziećmi po kaszubsku?

Nie mówiło się z dziećmi. Moi rodzice między sobą, z dziadkami, rozmawiali po kaszubsku.

Więc nie była Pani osłuchana z kaszubskim…

Trochę byłam, bo na zjazdach rodzinnych wszyscy mówili po kaszubsku, słuchałam też, jak rodzice rozmawiają między sobą.

Pani pochodzi z rodziny kaszubskiej, ale kiedy zaangażowała się Pani w kaszubskość. Czy to przyszło z wiekiem, ze studiami?

Można powiedzieć, że ja jestem takim rodzinnym fenomenem. Wszyscy się dziwią, dlaczego ja zajęłam się kaszubszczyzną. Zawsze mnie to fascynowało, zawsze czułam się związana z Lipnicą, z moją rodzinną miejscowością. Zawsze w sercu czułam, że moje korzenie są ważne. I że muszę robić wszystko, by pielęgnować swoje wierzenia, tradycje, obyczaje. Ja języka kaszubskiego się głownie wyuczyłam. Słyszałam go od dziadków, rodziców, ale mówić w swym rodzinnym języku musiałam się też nauczyć. W szkole podstawowej należałam do naszego zespołu „Gochy”. Tam najpierw nauczyłam się tańczyć tańce regionalne, śpiewać. Zaczęłam jeździć na różne gawędziarskie konkursy, recytatorskie. I przez to zaczęłam mieć kontakt z kaszubszczyzną pisaną i zaczęłam się uczyć kaszubskiego. Potem wszystko się rozwinęło.

Kaszubszczyzna pisana… Czy nauczyła się Pani od razu wersji literackiej języka?

Ja znałam kaszubski z domu, ze zjazdów rodzinnych, słuchałam jak mówią rodzice (choć oni ze mną nie mówili), więc znałam dialekt z południowych Kaszub. Interesowało mnie, jak to co słyszę i mówię po kaszubsku, przełożyć na język pisany. Jest kilka znaków kaszubskich, których wystarczy się nauczyć, jak się je wymawia. Potem należy się nauczyć tego czytać. Mnie było o tyle łatwiej, że ja już wiedziałam, jak to powinno brzmieć. Oczywiście wielu słów z języka literackiego czy związków składniowych musiałam się dopiero nauczyć. Nasz rejon południowy ma bowiem mnóstwo swoich dialektów, które podlegają pod język kaszubski, ale były swego czasu uznawane są błędne.

Między Nordą (północą Kaszub, tam gdzie jeżdżą najczęściej turyści) a Bytowem jest spory kawałek. Czy są jakieś ciekawe różnice między tymi dwoma dialektami kaszubskiego?

Dla mnie największą różnicą, największym zdziwieniem było to, jak usłyszałam, jak na Nordzie się bylaczy („byleczenie” to zamiana „ł” w „l” – przyp. zw.lt). Na Nordzie nie wymawia się „ł”, my na południu Kaszub to normalnie wymawiamy. Mówimy „kòło” (rower), oni – kòlo, my „chłop”, oni – „chlop”. To jest ogromna różnica, jeśli chodzi o język kaszubski.

A jakieś ciekawe różnice, jeśli chodzi o znaczenia słów?

Są różne słowa, z którymi ja nigdy wcześniej się nie spotkałam. Np. większość słów związanych z morzem, w rodzaju fal czy wiatrów. „Bliza” – latarnia morska, „sztrąd” – plaża.

A na południu Kaszub, jak się mówi na plażę?

No właśnie tutaj nie ma plaż (śmiech), więc zawsze mówiliśmy, że jedziemy „nad jezoro”
To co mnie zaciekawiło, jak pojechałam na Nordę, to fakt, że oni się nie określają jako Kaszubi. My na południu zawsze mówimy o sobie, że mówimy po kaszubsku. Gôdômë pò kaszëbskù, z nami sã można dogadac… A na Nordzie – nie, oni mówią, że nie rozmawiają po kaszubsku. I mówią to, mówiąc po kaszubsku…
To było 10 lat temu. Jak byłam w tym roku we Władysławowie, Pucku czy Redzie, to już widziałam, że ta kaszubszczyzna jest mocniej akcentowana niż było to wcześniej. Ją widać w restauracjach, na ulicy. Teraz to jest to po prostu reklama.

Jest Pani nauczycielką kaszubskiego w szkole podstawowej nr 2 w Słupsku. Ile dzieci uczęszcza tutaj na kaszubski?

To jest moja wielka chwała i duma. Od sześciu lat uczę w tej szkole kaszubskiego, byłam pierwszą nauczycielką, która uczyła języka. Wcześniej była nauczycielka, która prowadziła kółko regionalne. Ja byłam pierwszą nauczycielką w Słupsku, która tego języka uczyła. Na początku mieliśmy 20 uczniów, miałem dwie grupy, jedną z klas 1-3, drugą – 4-6. To były dzieci zainteresowane językiem kaszubskim, które wcześniej uczęszczały na kółko i teraz mogły tę swoją pasję rozwijać. Obecnie mamy ponad 80 uczniów… Mamy porządny zespół taneczny, który nazywa się „Perlë”, który w regionie słupskim zapraszany jest często na różne lokalne uroczystości. To są dzieci, które biorą udział w różnych konkursach. I przede wszystkim uczą się tego języka.

Jak dużo jest tego kaszubskiego w szkole?

To są trzy lekcje tygodniowo po 45 minut. To jest sporo czasu.

Te dzieci w domu w większości przypadków nie słyszą kaszubskiego.

Nie słyszą, miałam 2 czy 3 uczennice, które w domu słyszały język kaszubski. Skoro dla tych dzieci to jest język obcy, to wyszłam z założenia, że muszę ich uczyć przez zabawę. Żeby zachęcić do tego i żeby w ogóle chciały poznawać tę kulturę. Także znaków diakrytycznych, pisowni czy trudnych wyrazów. Gdzieś tam zawsze przemycam coś ciekawego związanego z Kaszubszczyzną. Wierzenia, tradycje, mamy przebogatą skarbnicę zwyczajów, które powoli już umierają. Ja je zawsze staram się prezentować i to jest najbardziej ciekawe dla dzieci.

Kaszubskiego można się w podstawówce uczyć 6 lat. Czy po tyle latach nauki dzieci potrafią napisać list, wypracowanie, rozprawkę, czy bardziej koncentrujecie się na mówieniu?

Na pewno nastawiamy się na mówienie. Dzieci potrafią napisać pojedyncze słowa, zwroty, zdania. Jeżeli zapoznają się z takimi formami wypowiedzi, które Pan przedstawił, to zapoznajemy się z tym na zasadzie ciekawostek. Bazujemy na podręcznikach opracowanych przez specjalistów. Natomiast ja nie kładę jakiegoś dużego nacisku na to, by dziecko koniecznie musiało pisać po kaszubsku. Ono ma być zafascynowane tą kulturą, chcieć kontynuować naukę w gimnazjum i w szkole średniej. Ma znać podstawowe wyrazy, zwroty, umieć czytać, zaśpiewać, zatańczyć, wyhaftować…

Rozumiem więc, że pisanie zostawiacie na okres gimnazjum, szkoły średniej, a w podstawówce chodzi o to, by uczeń osłuchał się z językiem…

Kiedy uczyłam kaszubskiego w gimnazjum. to pomimo tego, że zaczynałam uczyć uczniów, którzy pierwszy raz przyszli na kaszubski, to już w następnym roku starałam się wprowadzać np. kaszubskie dyktando.

W Słupsku to nie jest możliwe, ale są takie tereny Kaszub (Kartuzy, Kościerzyna, Wejherowo), gdzie większość ludności stanowią właśnie Kaszubi. Czy uważa Pani, że w tych okręgach język kaszubski w szkole powinien być obowiązkowy?

Język obowiązkowy – nie. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele szkół ma tak bogatą ofertę zajęć edukacyjnych, że gdyby kaszubski stał się obowiązkowy, nastąpiłby efekt odwrotny do zamierzonego. Gdyby coś było na siłę wprowadzone, dzieci przestałyby chcieć interesować się tą kulturą. Cała praca, którą prowadzimy przez 25 lat, mogłaby zostać obrócona w niwecz. Natomiast w tych rejonach, gdzie jest większość ludności kaszubskiej, można by pomyśleć o tym, żeby każda klasa miała te zajęcia, ale ocena z tego przedmiotu niekoniecznie była na świadectwie.

Żeby dzieci się nie zniechęciły. Proszę powiedzieć, czy język kaszubski wykładany w Żukowie, Kościerzynie, Kartuzach czymś się różni od tego wykładanego w Słupsku, jest tam może więcej kaszubskiego?

Na pewno zajęcia wyglądają inaczej. Kiedy miałam praktyki w Lipnicy – a tam są już dzieci, które kontakt z kaszubskim mają w domu – widziałam, że takie zajęcia prowadzi się zupełnie inaczej. Można ułożyć inny program, gdzie nie wprowadza się podstawowych elementów, bo dzieci to znają. A w Słupsku trzeba najpierw zachęcić do tej kultury.

W Słupsku tego nie ma, ale możemy to zobaczyć na Nordzie, w środkowej części Kaszub – dwujęzyczne nazwy ulic. Co Pani o tym myśli?

To jest rewelacyjny pomysł. Dla turystów jest to ciekawostka. A dla mnie jako Kaszubki, kiedy jadę w rejony Kartuz, Sierakowic, gdzie mam rodzinę, to mnie samą tak to cieszy, jak to widzę… To jest sama radość, bo w końcu tę kaszubszczyznę widać.

A są takie osoby na Kaszubach, które sprzeciwiają się dwujęzycznym tablicom?

Nie jest to kwestią sporu, bo władze samorządowe, które starają się o te dwujęzyczne tablice, to jest to dla nich zazwyczaj powód to dumy… Tutaj od wieków zamieszkuje ludność kaszubska, wszyscy o tym wiemy, więc nie jest to nic dziwnego czy budzącego sprzeciw. Istnieje zresztą w takich miejscowościach jak Bytów, Kościerzyna, Kartuzy możliwość zwracania się do urzędów w języku kaszubskim.

Zezwoliła na to ustawa o mniejszościach narodowych, etnicznych i języku regionalnym z 2005 r. Są na Kaszubach osoby, które uważają, że kaszubski to nie jest tylko język regionalny, ale język mniejszości etnicznej. Czy Pan się z tym zgadza?

Ja jestem raczej zwolenniczką tego, że nie jesteśmy mniejszością etniczną, tylko rodzimą ludnością Pomorza. Jesteśmy Kaszubami mieszkającymi w Polsce. Nie Kaszubami mieszkającymi na Kaszubach… Zgodnie z zasadą „nié mô Kaszëb bez Pòlonii, a bez Kaszëb Pòlsczi” („nie ma Kaszub bez Polonii, a bez Kaszub Polski”). Wydaje mi się, że stworzenie odrębnego państwa kaszubskiego, a takie pomysły też są… to nie jest dobry pomysł.
Bardzo mnie cieszy, że jest „Kaszëbskô Jednota” („Jednota Kaszubów”). Oni działają na różnych polach, krzewiąc kulturę kaszubską, w silnym przekonaniu, że Kaszubi są bardzo ważną ludnością w Polsce i z tego tytułu ich bardzo popieram, natomiast nie podpisałabym się pod ideą autonomii Kaszub, z tego względu, że kultura polska na Kaszubach jest silnie związana ze mną, ja się w tej kulturze też wychowałam. Nie mogę powiedzieć, że jestem tylko Kaszubką. Jestem Polką i Kaszubką.

Jest Pani Polką, Kaszubką, ale także dziennikarką, autorką audycji „Karolëna na Kaszëbach”. Proszę powiedzieć kiedy powstała, jaki jest jej cel i jaka słuchalność.

Audycja powstała w czerwcu 2014 r. To jest moja autorska audycja zapoczątkowana dzięki przychylności kierownika słupskiego radia Andrzeja Wartemborskiego. Mój zamysł był taki, żeby spotykać ciekawych ludzi na Kaszubach w ciekawych miejscach i o nich opowiadać w radiu, To jest audycja dwujęzyczna. Zazwyczaj kiedy mam rozmówcę kaszubskiego, ja mówię po polsku, by słuchacze rozumieli, albo odwrotnie. Staram się na stronie radia Słupsk umieszczać krótką informację o audycji, zdjęcie i opis mojego rozmówcy, żeby to było bardziej zrozumiałe. Dla mnie samej jest to interesujące, bo mogę spotykać się z różnymi ciekawymi osobami, a na dodatek prezentować ich słuchaczom.

Jaka będzie przyszłość języka kaszubskiego i Kaszubów na Ziemi Słupskiej?

To jest bardzo trudne pytanie. To jest związane z kwestią dofinansowania nauki języka kaszubskiego. Obawiam się tego, że kiedy kaszubski przestanie być dotowany, mam tu na myśli wypłatę dla nauczycieli…

A jest takie ryzyko?

Wydaje mi się, że jest…

Czy ktoś z polityków o tym mówi?

Na razie nie. I niech tak zostanie… Wybiegając w perspektywę 20-30 lat, mam nadzieję, że ten język na tyle się w szkołach zakorzeni, że nawet jeśli przestanie być dotowany, to dyrektorzy szkół będą widzieli sens, by ten język jednak utrzymać, czy to z godzin dyrektorskich, czy to w inny sposób… Ale boję się, że kiedy kaszubski przestawnie być dofinansowany, to wiele szkół może z niego zrezygnować.

A Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie w Słupsku przetrwa, powiedziała Pani, że młodzi nie angażują się?

Jest dziura. Wiekowa dziura. Jest bardzo dużo członków bardzo mocno zaangażowanych w działalność kaszubską na naszym terenie. To są osoby 50+. Są członkowie, którzy mają 30-40 lat, natomiast jest ich niewielu.

A co można by zrobić, by przyciągnąć młodych do ruchu kaszubskiego, w jaki sposób działać?

To jest bardzo trudne pytanie. Myślę, że to pytanie powinno być skierowane przede wszystkim do naszych działaczy 50+, dlaczego ich dzieci nie chcą się angażować. Należy młodych wciągać nie tylko do członkostwa, ale także małych nawet drobnych przedsięwzięć związanych z kaszubszczyzną. To po pierwsze. Po drugie, ja mam spore wyrzuty sumienia z tego tytułu, że zawsze wydaje mi się, że robię za mało, albo nie mam wystarczającego zapału, żeby zachęcić młodych.

Coś optymistycznego na koniec…

Namówiłam ostatnio dwie koleżanki, które wcześniej nie miały nic wspólnego z kaszubszczyzną, żeby przystąpiły do egzaminu z kaszubskiego i mają teraz uprawnienia, żeby tego języka nauczać w szkole. I to jest mały sukces.

Trzymajmy się takich przykładów! Dziękuję za rozmowę.

Karolina Keler (z d. Narloch) – słupska nauczycielka, działaczka mniejszości kaszubskiej na Pomorzu, wiceprezes Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego (oddział Słupsk), dziennikarka, autorka audycji „Karolëna na Kaszëbach” w słupskim radio.

PODCASTY I GALERIE