• Opinie
  • 2 października, 2014 9:43

Haszczyński: Czas gestów i obietnic się już skończył

Pewnego dnia może się bowiem okazać, że Polacy z Rosjanami poproszą Moskwę o wsparcie referendum w sprawie autonomii na Wileńszczyźnie i wszyscy będziemy mieli problem, powiedział zw.lt Jerzy Haszczyński, polski dziennikarz i publicysta, jeden z największych znawców problematyki litewskiej w Polsce.

Antoni Radczenko
Haszczyński: Czas gestów i obietnic się już skończył

Fot. Rzeczpospolita/Ryszard Waniek

W latach 90-tych przez kilka lat mieszkał Pan na Litwie, pracował Pan w latach 1994-96 w tygodniku „Słowo Wileńskie”. Jakie są podstawowe różnice w relacjach polsko-litewskich na Litwie oraz między dwoma krajami, wówczas i obecnie?

Połowa lat 90. to były zupełnie inne czasy i dla Polski, i dla Litwy. Takie dziewicze, świeże, naiwne. Politycy litewscy byli już wtedy nieufni wobec Polski, niektórzy wręcz wrodzy, ale wydawało się, że kwestią kilku, góra kilkunastu lat jest zrzucenie balastu historycznego. W Polsce panowało wówczas przekonanie, że wobec mniejszych, słabszych sąsiadów trzeba stosować taryfę ulgową, odnosić się ze zrozumieniem i posypywać głowę popiołem i za Polaków z Polski, i za Polaków z Litwy. Bo był jeden fundamentalny cel: wyrwać się na Zachód, ciągnąć za sobą Litwę, niezależnie od tego, jaka ona jest. Było poczucie, jak teraz widać słuszne, że okno na Zachód otworzy się na chwilę i kto w nie nie wskoczy, to zostanie w strefie niczyjej, o którą za jakiś czas znowu upomni się Moskwa.

To także efekt błędów Polski, która nie zadbała o to, by najciekawsze filmy, teleturnieje czy widowiska sportowe były dostępne po polsku na wschód od polskiej granicy

Sprawy mniejszości polskiej były wówczas dla Warszawy istotne, ale ich rozwiązanie pozostawiano dobrej woli władz litewskich. Bo wiara w tę dobrą wolę była silna, zwątpienie przyszło dopiero, gdy Litwa już zakotwiczyła i w NATO, i w UE. Mniejszą rolę odgrywały też wówczas organizacje polskie na Litwie, miały mniej niż teraz posłów w Sejmie i żadnych wpływów na politykę Litwy. Sądziłem, że Polacy na Litwie wykształcą swoje elity, które będą żyły w dwóch światach, w dwóch językach. Zapowiadało się, że przywiązanie do kultury rosyjskiej i języka rosyjskiego będzie zanikać. To się nie potwierdziło, mam wrażenie, że w wielu polskich domach najczęściej ogląda się telewizję rosyjską. To także efekt błędów Polski, która nie zadbała o to, by najciekawsze filmy, teleturnieje czy widowiska sportowe były dostępne po polsku na wschód od polskiej granicy. Nie pchała się ze swoją kulturą i językiem na Wschód.

Wtedy w Warszawie panowała nadzieja i duże oczekiwania wobec Wilna, dziś – zniechęcenie, poczucie zawodu. A w polityce litewskiej dominuje, jak to lubię podkreślać, ponadpartyjna frakcja antypolskich nacjonalistów.

AWPL opuściła koalicję rządzącą, w której była przez dwa lata, czy według Pana jest to okres stracony do naprawy stosunków polsko-litewskich, czy jednak coś udało się zrobić?

Niewiele w tym czasie dało się zrobić, jeżeli chodzi o stosunki między naszymi krajami. Był to czas, w którym najwięksi optymiści w Polsce stracili już nadzieję i cierpliwość w stosunku do polityków litewskich. Stanowisko Polski jest proste: relacje mogą się poprawić, jeżeli poprawi się los mniejszości polskiej. Chodzi o prawa, ustawy, a nie o gesty i obietnice. Czas gestów i obietnic się już skończył. Polska nie ma tak licznych mniejszości, zachowuje się wobec nich przyzwoicie, stosuje prostą zasadę cywilizowanego świata: przywilejów mniejszości nie wolno ograniczać, a na Litwie są ustawowo ograniczane.

Ale z punktu widzenia Polaków na Litwie nie był to czas zupełnie stracony. AWPL poznała problemy całego kraju, uczestniczyła w rządzeniu i poznała od podszewki gry na najwyższych szczeblach władzy. Była to gorzka lekcja, ale jednak lekcja.

W jednym z felietonów Pan dosyć ostro skrytykował lidera AWPL Waldemara Tomaszewskiego za paradowanie ze wstążką św. Jerzego. Jak Pan obecnie ocenia sojusz polsko-rosyjski na Litwie?

Skrytykowałem Tomaszewskiego, bo z punktu widzenia polskich interesów, a tylko te są mi bliskie, wspieranie Moskwy w momencie gdy prowadzi ona wojnę u sąsiada i narusza prawo międzynarodowe, jest niedopuszczalne. Ja nawet rozumiem, że AWPL, by odgrywać większą rolę w polityce litewskiej, by przekraczać regularnie 5-procentowy próg, musi szukać sojuszników, a Rosjanie są pod ręką. Ale nikt poważny w Polsce tego nie zaakceptuje, gdy odbywa się to w oderwaniu od sytuacji międzynarodowej i od wspólnych interesów Polski i Litwy. Prawdą jest też to, że to Litwini, ten ponadpartyjny sojusz nacjonalistów, wepchnęli Tomaszewskiego w objęcia Rosjan. A tak się złożyło, że wielu z nich paraduje ze wstążkę Św. Jerzego. Nie mam złudzeń, AWPL nie zrezygnuje ze współpracy z Rosjanami. Może to w niedługiej przyszłości mniej razić, bo zapewne i partie litewskie zainteresują się rosyjskim elektoratem i też wykonają wobec niego jakieś gesty. Zapewne też obudzą się prorosyjscy Litwini i na nich spadnie część oburzenia.

Skrytykowałem Tomaszewskiego, bo z punktu widzenia polskich interesów, a tylko te są mi bliskie, wspieranie Moskwy w momencie gdy prowadzi ona wojnę u sąsiada i narusza prawo międzynarodowe, jest niedopuszczalne

Nowym polskim ministrem spraw zagranicznych został Grzegorz Schetyna, czy to w jakiś sposób wpłynie na relacje polsko-litewskie i czy polityka polska się zmieni?

Nie sądzę, by polska polityka wobec Litwy się zmieniała, jeżeli nie zmieni się polityka władz litewskich wobec litewskich Polaków. Nowy szef dyplomacji pewnie wykona jakieś gesty, pomyśli o nowym otwarciu, ale jak wszyscy poprzednicy szybko się przekona, że nic z tego nie wyniknie. Grzegorz Schetyna jest zupełnie innym politykiem niż Radosław Sikorski, jest bardziej pragmatyczny i mniej emocjonalny. Ma też sentyment do Wschodu, Polaków na Wschodzie, pochodzi z dawnych Kresów (Sikorski mówił o nim nawet, jak wynika z prywatnej rozmowy ujawnionej przez tygodnik „Wprost”, że jest z lwowskiej żulii). To może być zaletą w tych pierwszych kontaktach z politykami litewskimi i z litewskimi Polakami. Z naciskiem na „pierwsze kontakty”.

Mimo pewnego ocieplenia w relacjach Wilno-Warszawa, po wyborach w 2012 r., nadal polskie kwestie nie są załatwione. Co w obecnej sytuacji geopolitycznej trzeba zrobić, aby naprawić stosunki między dwoma krajami? I na ile to jest realne?

Jestem całkowicie bezradny, nie wiem, co można zrobić, ja mogę tylko komentować. Polska zastosowała już wszystkie metody, by przekonać Litwę, że nie jest dla niej żadnym – politycznym ani kulturowym – zagrożeniem. Wszystko zależy od rozsądku polityków litewskich, to oni muszą wyciągnąć wnioski z wydarzeń w Europie Wschodniej. Pewnego dnia może się bowiem okazać, że Polacy z Rosjanami poproszą o Moskwę o wsparcie referendum w sprawie autonomii na Wileńszczyźnie. I wszyscy będziemy mieli problem.

PODCASTY I GALERIE