Opinie
histmag.org Sebastian Adamkiewicz

Droga do niepodległości: Polacy (nie)Polacy

„Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, będziem Polakami” – nad tymi słowami hymnu przechodzimy bezrefleksyjnie. Drugą zwrotkę śpiewamy zresztą rzadko. A przecież zawiera ona sedno dylematu przed jakim stanęli Polacy po utracie niepodległości: czy nasz naród jeszcze istnieje skoro państwa już nie ma?

Upadek Rzeczpospolitej był czymś więcej niźli tylko likwidacją jednego z europejskich państw. Był końcem pewnego projektu polityczno-społecznego, u którego fundamentów legły średniowieczny uniwersalizm i rozumienie prawa, które współgrać miały ze starożytnymi wizjami państwa idealnego. Nie było to więc unicestwienie państwa, lecz coś znacznie głębszego.

Rozbiory były ciosem w rzeczywistość, która przez wieki zdawała się być jeśli nie doskonała to zbliżająca się do doskonałości. Tak widzieć ją chcieli Staropolacy, którzy tylko w chwilach słabości (takich jak powstanie Chmielnickiego czy Potop) odczuwali potrzebę nagłych – czasem nawet radykalnych – reform. Później zazwyczaj ten zapał przechodził, studzony jakimś przelotnym sukcesem jak wygnanie Szwedów czy wiktoria wiedeńska. Po nich szybko zapominano o słabościach ustrojowych, a szybko odgrzebywano dumę z Rzeczpospolitej. W uszach dźwięczały słowa Wacława Dębołockiego, który w 1633 roku pisał:

„Polacy, czyli Scytowie są narodem wybranym, pierwszym wśród wszystkich narodów świata, do którego ongiś należało panowanie nad światem i do którego niezadługo powróci, a język słowiański – pierwotnym językiem świata”.

Czy w takiej atmosferze uniesienia i bezkrytycznego samouwielbienia poważnie można było traktować słowa króla Jana Kazimierza, który w 1661 roku – prezentując program szeroko zakrojonych reform – powiedział:

„Moskwa i Ruś odwołają się do ludów jednego z nimi języka i Litwę dla siebie przeznaczą; granice Wielkopolski staną otworem dla Brandenburczyka, a przypuszczać należy, iż o całe Prusy certować zechce. Wreszcie Dom Austriacki spoglądający łakomie na Kraków, nie opuści dogodnej dla siebie sposobności i przy powszechnym rozerwaniu państwa nie wstrzyma się od rozbioru”.

Rzeczpospolita dopiero co powstrzymała przecież szwedzkiego najeźdźcę, a w wojnie z Moskwą poszczycić się mogła wspaniałą kampanią na Litwie i Ukrainie. Wobec tych zdarzeń przestrogi króla traktowano raczej jako element jego taktyki, próbę przestraszenia posłów i zmieniania czegoś, co przecież może ma kryzysy, ale i tak prędzej czy później udowadnia swoją doskonałość.

Tyle, że w połowie XVIII wieku doskonale zdawano sobie sprawę, że to już nie tylko chwilowe kryzysy wstrząsają państwem polsko-litewskim, ale coś znacznie większego. Widmo upadku projektu Rzeczpospolitej coraz bardziej zaglądało w oczy elitom politycznym. Czara goryczy przelana została w 1768 roku, kiedy w czasie odbywającego się w Warszawie sejmu, z polecenia Nikołaja Repnina, porwano trzech senatorów: biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego i wojewodę krakowskiego Wacława Rzewuskiego. W społeczeństwie szlacheckim uznano to za pogwałcenie miru sejmowego i bezpośrednie uderzenie w istotę państwa polsko-litewskiego. Konfederacja barska był więc pierwszym, świadomym ruchem niepodległościowym, który pod słowem „niepodległość” krył przede wszystkim niezależność polityczną, nienaruszalność tradycji politycznych i świętość instytucji. Wszelkie deklaracje religijne miały w tym przypadku znaczenie drugorzędne i propagandowe. Krytykowany przez wielu konserwatyzm ruchu (a i to nie jest wcale takie oczywiste) był prostą reakcją obronną. Reformy kojarzono bowiem z obcą ingerencją, pamiętając doskonale asystę wojsk rosyjskich przy jakiej odbywała się elekcja Stanisława Augusta Poniatowskiego. Wracano więc do ideałów znanych z XVI-wiecznych sejmów egzekucyjnych, na których nie chciano wcale potężnych reform, lecz po prostu powrotu do wyidealizowanej przeszłości.

Polską niepodległość barzanie utożsamili więc z bardzo konkretnym modelem ustrojowym, który był w kontrze do absolutystycznych przemian w państwach ościennych. Nałożyło się to na rozumienie pojęcia „narodu”, przez który widziano nie tyle grupę etniczno-językową, co – zgodnie z antycznym ideałem – wspólnotę wolnych obywateli mających wpływ na rzeczywistość. Ingerencje Rosji w sprawy polskie uważano więc za cios zadany „narodowi” pozbawionemu swoich dwóch głównych wyróżników – wolności i wpływu na rzeczywistość. W tym samym duchu w czasie Sejmu Czteroletniego likwidowano Radę Nieustającą, która była symbolem obcego ucisk i instytucją marionetkową, znacznie ograniczającą możliwość czynnego wykorzystywania swoich praw obywatelskich. Ową „obywatelskość” starano się też rozlewać na inne stany, w ten sposób włączając je do pojęcia „narodu”. Nieśmiałym krokiem w tym kierunku były postanowienia Konstytucji 3 maja, poszerzające nieznacznie wpływ mieszczan na sytuację polityczną i sankcjonujące opiekę prawną nad włościanami. Były to oczywiście decyzje bardzo zachowawcze, ale jedynie w wymiarze praktycznym. Paradygmaty myślenia o państwie zmieniały się radykalnie, obalając ostatecznie arystotelesowski model, w którym świat dzielił się na „naród polityczny” i społeczność, która na tenże „naród” pracowała. Majowa konstytucja otworzyła drzwi do uznania, że naród wykracza poza społeczne funkcje.

Tym niemniej upadek Rzeczpospolitej był dla Staropolaków szokiem. Przerażenie brało się może nie tyle z nowej sytuacji geopolitycznej, ale z pytań jakie się z nią wiązały. Całkiem serio zaczęto pytać, czy naród polski w ogóle jeszcze istnieje i czy dawni obywatele Rzplitej mogą się Polakami nazywać. Skoro za pojęciem „polskości” stała „obywatelskość”, to brak własnego państwa sprawiał, że nie było się już obywatelem, a tym samym traciło się cechę dla „polskości” wyróżniającą. Dlatego też Szczęsny Potocki w liście do Seweryna Rzewuskiego pisał:

„Nie mówię już o przeszłej Polszcze i Polakach. Znikło już to państwo, i to imię, jak znikło tyle innych w dziejach świata”.

Sam Szczęsny Potocki zresztą już po II rozbiorze prosił carycę Katarzynę, aby ta uznała go za Rosjanina i swojego poddanego. Jednakże o ile Potockiemu zarzucić można zdradę, o tyle próżno jej szukać u takich postaci jak Stanisław Staszic czy Hugo Kołłątaj. W ich pracach też znajdziemy natomiast przekonanie, że koniec państwa jest też końcem narodu. U Kołłątaja upadek Rzeczpospolitej porównywany był nawet z końcem Troi czy Rzymu. Przykłady historyczne dawały wystarczającą ilość argumentów, aby stwierdzić, że „finis Poloniae” jest aktem trwałym i nieodwołalnym, jest końcem nie tylko państwowości, ale wszystkiego co było z nią związane.

Dlatego też pierwsze dwie zwrotki Mazurka Dąbrowskiego niosły za sobą przekaz absolutnie szokujący i dobitny. „Jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy…” funkcjonowało w zupełniej kontrze wobec przekonania, że Polski nie ma i nigdy jej nie będzie. Szło za tym kompletnie inne spojrzenie na naród, którego wyróżnikiem już jest nie tylko prawo obywatelskie ale coś jeszcze, coś co mają wszyscy żyjący niosący na siebie brzemię polskości. Tyle, że co tym brzemieniem można było nazwać? Druga zwrotka jest jednak ostrożniejsza. „Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, będziem Polakami”. Pobrzmiewały więc w tekście Wybickiego wszystkie obawy i wątpliwości, które ówcześni pogrobowcy po Rzeczpospolitej nosili w swoich zawiedzionych sercach: czy naprawdę jesteśmy Polakami, czy może staniemy się nimi dopiero po powrocie do naszej Ojczyzny, czy będziemy nimi dopiero gdy ją odbudujemy ze zgliszczy?

Kilka lat później Staszic napisze o Księstwie Warszawskim, że to cząstka która odzyskała „rodowitość i imię Polaka”. Po Kongresie Wiedeńskim ten sam autor stwierdził zaś, że Aleksander I dokonał „zwrotu bytu Narodu”, oceniając, że Królestwo Polskie jest kontynuatorem tradycji dawnej Rzplitej. Tuż po rozbiorach nadal więc utożsamiano państwowość z istnieniem narodu i jego rozwojem.

Jednak zarówno Księstwo Warszawskie jak i Królestwo Polskie zawiodło oczekiwania. Nie sprawdziły się słowa Alojzego Felińskiego o wskrzeszeniu Ojczyzny, które umieścił w hymnie „Boże coś Polskę…”. Działacze niepodległościowi stanęli więc przed poważnym dylematem. Czy wobec tego jest naród i czy może istnieć bez państwa? Jak pogodzić fakt, że państwa nie ma, a język i pamięć o dawnej świetności trwa? Czy może więc naród ma inne fundamenty niż obywatelskość? A co z tymi, którzy tej obywatelskości nie mieli? „Jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy…” brzmiało więc w uszach u progu XIX wieku zadając Polakom pytanie fundamentalne: co to znaczy być Polakiem?

Droga do niepodległości: Polacy (nie)Polacy

Sebastian Adamkiewicz : Członek redakcji portalu „Histmag.org”, doktor nauk humanistycznych, wykładowca Dziecięcego Uniwersytetu Ciekawej Historii, współzałożyciel i członek zarządu Fundacji Nauk Humanistycznych. Zajmuje się badaniem dziejów staropolskiego parlamentaryzmu oraz kultury i życia elit politycznych w XVI wieku. Interesuje się również zagadnieniami związanymi z dydaktyką historii, miejscem „przeszłości” w życiu społecznym, kulturze i polityce oraz dziejami propagandy. Miłośnik literatury faktu, podróży i dobrego dominikańskiego kaznodziejstwa. Współpracuje – lub współpracował – z portalem onet.pl, czasdzieci.pl, novinka.pl, miesięcznikiem „Uważam Rze Historia”.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!