• Opinie
  • 26 listopada, 2016 6:02

Co oznacza Trump dla Europy Środkowo-Wschodniej?

W relacji Waszyngton- Moskwa oraz w kwestii amerykańskiej opieki nad krajami Europy Środkowo- Wschodniej nie możemy oczekiwać zachowania status quo. Nie tylko ze względu na poglądy samego Donalda Trumpa, ale zmiany na szachownicy geopolitycznej.

Kuba Benedyczak
Co oznacza Trump dla Europy Środkowo-Wschodniej?

PAP/EPA / SHAWN THEW

Strictly business

Jądro przyszłej polityki zagranicznej Donalda Trumpa zasadza się na tym, by USA porzuciły rolę „światowego żandarma”. O azjatyckich sojusznikach powiedział: „Południowa Korea to bardzo bogaty kraj i najwyższy czas, by nasi sojusznicy jeśli chcą mieć nasze bazy na swoim terytorium i nasze gwarancje bezpieczeństwa, płacili za nie”. Stany Zjednoczone nie powinny także brać na swoje barki całego Bliskiego Wschodu ani Europy, tym bardziej Europy Środkowo-Wschodniej. Jeśli bogate Niemcy, Wielka Brytania czy Francja mają ochotę pomagać Ukrainie, proszę bardzo, Ameryka nie zamierza im nie przeszkadzać, a nawet pomoże, ale dlaczego pieniądze amerykańskich podatników mają być przeznaczane na wsparcie ukraińskich żołnierzy? Co więcej, jeśli Europa chce czuć się bezpieczna, niech najpierw sama zainwestuje w swoje bezpieczeństwo, a nie liczy na opiekuna zza oceanu. Według Trumpa, nie Rosja jest głównym wrogiem USA, ale Chiny i jej nieuczciwa polityka finansowo- gospodarcza. Zatem skupić się należy na gospodarczym uderzeniu w państwo środka, a nie w Rosję. Natomiast Barack Obama swoją polityką zrealizował najgorszy z możliwych scenariuszy, doprowadził do zbliżenia Moskwy z Pekinem.

W rzeczywistości w poglądach Trumpa nie znajdziemy nic poza tradycyjnym dylematem polityki zagranicznej USA, czyli izolacjonizm versus interwencjonizm, którego skrajną wersją jest ekspansjonizm. Jeszcze w trakcie kampanii wyborczej na łamach Rzeczypospolitej Eugeniusz Smolar mówił: „ (…) od czasów Woodrowa Wilsona polityka amerykańska rozwijała się w opozycji między liberalnym interwencjonizmem a konserwatywnym izolacjonizmem. Stąd szok wynikający z polityki George’a W. Busha (…) To liberalni demokraci byli tradycyjnie zwolennikami aktywizmu, w tym interwencji wojskowych, dla poszerzania demokracji na świecie. Konserwatyści, (…) tradycyjnie opowiadali się za izolacjonizmem. Neokonserwatyści G. W. Busha zaczęli używać języka i narzędzi politycznych liberalnych interwencjonistów”, co okazało się tragiczne w skutkach. Po interwencji amerykańskich wojsk w Iraku, Afganistanie i Libii oraz po Arabskiej Wiośnie niewielu ludzi w USA i na świecie wierzy, że eksport demokracji służy „importerom”, i że wspieranie demokratycznych rewolucji przeciwko dyktatorom rodzi bardziej humanitarny i bezpieczny świat. Wręcz przeciwnie. Jeszcze raz Eugeniusz Smolar: „Ta polityka doprowadziła do nadmiernego zaufania w siłę wojskową (…) Stany Zjednoczone będą w węższych kategoriach postrzegali własny interes, a angażowanie się (…) za granicą będzie uwarunkowane bezpośrednim zagrożeniem interesów bezpieczeństwa lub gospodarczych USA. Będzie też zapewne zależne od stopnia zaangażowania sojuszników (…). Nie będzie w tym automatyzmu”.

Heartland – Rimland

W naszej części Europy powszechnie uważa się, iż wojskowa obecność USA stanowi nieodzowną konieczność, ale z amerykańskiej perspektywy to przecież Chiny są prawdziwym rywalem i zagrożeniem, a nie Rosja i dlatego ciągłe skupianie się na tej ostatniej oznacza kosztowne ożywianie reliktu zimnej wojny. Nawet jeśli dla nas brzmi to jak herezja, Biały Dom nie ma obecnie specjalnego interesu w przeciąganiu liny z Moskwą o Ukrainę i Gruzję, a także by podejmować nadzwyczajne środki bezpieczeństwa w Polsce i krajach nadbałtyckich. W trakcie jednej z debat Trump słusznie zauważył, że ciągle mówi się o Rosji, natomiast ani słowa o Chinach, podczas gdy z tych dwóch państw przecież tylko Chiny mogą podważyć amerykańską supremację. Rosja jest na to za słaba.

Dlatego, jeśli chodzi o Rosję, Donald Trump idzie na totalną czołówkę z waszyngtońskim establishmentem. Najlepiej chyba wyraża to jego krytyka republikańskich jastrzębi- Johna McCaina i Lindsey’a Grahama, ale tak naprawdę całego głównego nurtu: „Oni sądzą, że jeśli pozwolimy Rosji to zrobić [kontynuować naloty w Syrii], stracimy autorytet i Bóg wie co jeszcze. O jakim prestiżu w ogóle mowa? Chcemy pozbyć się Państwa Islamskiego, efektywnie, chirurgicznym cięciem i szybko. Naprawdę myślę, że Rosja i Stany Zjednoczone mogą działać razem”. Trump przede wszystkim uważa, że „Rosja i Stany Zjednoczone powinni współpracować w zwalczaniu terroryzmu i ustanowieniu pokoju na świecie, nie mówiąc o handlu i pozostałych benefitach, płynących z wzajemnego szacunku (…) Rosja chce się pozbyć ISIS, my też. Może pozwólmy to zrobić Rosji? Niech walczą z ISIS w Syrii, a my w Iraku”. Oczywiście, wiele wyjaśni się, gdy przyjdzie do konkretów: czy kontynuować budowę systemu obrony przeciwrakietowej w Rumunii i w Polsce, czy zwiększać siły szybkiego reagowania NATO w Europie Środkowo- Wschodniej, czy zrezygnować z przyłączania Gruzji i Ukrainy do NATO, czy wysyłać pieniądze, uzbrojenie i szkoleniowców do Donbasu, i tak dalej.

Między Moskwą a Waszyngtonem może dojść do nieformalnej umowy, polegającej na piwocie Rosji- od Chin do Stanów Zjednoczonych, w zamian za co Amerykanie pozostawią Rosjanom swobodę działania na terenie post sowieckim. I tak się najprawdopodobniej stanie, jeśli nie za kadencji Trumpa, to w przyszłości, ponieważ już teraz Chińczycy rozbudowują infrastrukturę wojskową służącą wypychaniu wojsk amerykańskich z Dalekiego Wschodu, natomiast Pentagon opracowuje plany wojny z Chinami na Pacyfiku, z wykorzystaniem swoich kontyngentów wojskowych stacjonujących na terenach azjatyckich sojuszników, np. w Korei i Japonii. Nie mniej ważna jest rywalizacja gospodarcza, a więc chińskie plany budowy Jedwabnego Szlaku i ekspansja Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, co w przypadku powodzenia oznacza zwycięstwo chińskiego heartlandu nad amerykańskim rimlandem oraz podważenie systemu finansowego z Bretton Woods, kontrolowanego przez USA.

Wobec rywalizacji z Pekinem, Waszyngton prędzej czy później będzie musiał przeciągnąć Rosję na swoją stronę, a tym samym „sprzedać” naszą część Europy pod parasolem ograniczania amerykańskiej obecności w regionie. Donald Trump może jedynie przyspieszyć ten proces. Pierwszym krokiem dla Polski i krajów ościennych powinno być uświadomienie sobie, że kończy się okres, gdy bezpieczeństwo gwarantował nam żandarm zza oceanu. Żandarm po prostu nie ma siły i zasobów, aby być wszędzie. Hasło Trumpa „Make America great again” jest złudne. Nie ma powrotu do amerykańskiej nad supremacji lat 90 i początków XXI wieku. Pozostaje mieć nadzieję, że rządzący w naszym kraju, kimkolwiek by nie byli, potraktują tę przesłankę jako fundamentalną.

Wpis w pewnej części składa się z artykułu „Donald boom! Trump

Link do oryginału.

PODCASTY I GALERIE