• Opinie
  • 23 września, 2015 6:01

Bernard Gaida: Uważamy polskie szkoły na Litwie za wielką wartość

Uważamy polskie szkoły na Litwie za wielką wartość, która nie powinna być stawiana pod znakiem zapytania i zagrożona demontażem. Chcieliśmy władze na Litwie przed ryzykiem osłabienia funkcji języka polskiego ostrzec. My nie posiadamy do dyspozycji szkół z językiem niemieckim jako wykładowym, które służyłyby przywróceniu niemieckiemu funkcji rodzinnej. Najpowszechniej występującą w szkołach publicznych formą jest nauka niemieckiego w wymiarze 3 godzin tygodniowo - powiedział w rozmowie z portalem zw.lt Bernard Gaida, przewodniczący Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce (Verband der deutschen sozial-kulturellen Gesellschaften in Polen, VDG), które dwa tygodnie temu wydało oświadczenie w obronie polskich szkół na Litwie.

Tomasz Otocki
Bernard Gaida: Uważamy polskie szkoły na Litwie za wielką wartość

Fot. VDG

Tomasz Otocki, zw.lt: Dotychczas działacze mniejszości niemieckiej w Polsce nie wypowiadali się w sprawach polskiej mniejszości poza granicami kraju, w tym o Polakach na Wileńszczyźnie. Teraz specjalne oświadczenie wydało VDG. Dlaczego?

Bernard Gaida, przewodniczący Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce (VDG): W sumie wypowiadaliśmy się dość często na temat polskich szkół na Litwie, jednak częściej w rozmowach z polską administracją podając te szkoły jako wzór do naśladowania. W tym zdaniu zawiera się też przyczyna dla której tym razem sformułowaliśmy stanowisko w ich obronie. Po prostu uważamy takie szkoły za wielką wartość, która nie powinna być stawiana pod znakiem zapytania i zagrożona demontażem.

Ze strony populistycznych polityków w obu krajach możemy słyszeć wciąż o rzekomych „przywilejach”, jakie mają mniejszości narodowe. Polacy na Wileńszczyźnie mają być „uprzywilejowani”, bo kształcą się w języku ojczystym „od przedszkola do studiów”, z kolei przywileje Niemców mają polegać jakoby na zwolnieniu z klauzuli 5% w wyborach i dwujęzycznych tablicach (nie zwraca się uwagi na fakt, że analogiczne „przywileje” dla mniejszości narodowych gwarantuje np. RFN dla Serbów czy Duńczyków). Jednak gdyby spojrzeć głębiej, mniejszość niemiecka w Polsce wciąż ma sporo problemów. Gdyby powiedzieć o tych najważniejszych…

Każda mniejszość narodowa żyje w zagrożeniu asymilacji, czyli utraty swojej odrębności językowej, potem kulturowej, a wreszcie narodowej. Niemcy w Polsce dopiero od 25 lat stali się uznaną mniejszością narodową. Wcześniej poddani byli planowej asymilacji. Głównym jej elementem był zakaz i kary za używanie języka niemieckiego, zniszczenie wszelkich napisów, pomników w tym języku. Przez cały okres PRL na terenach zamieszkałych przez pozostałych jeszcze po ucieczce i wypędzeniach Niemców w szkołach nie wolno było uczyć języka niemieckiego, a w przestrzeni publicznej był on dyskryminowany. W ten sposób w wielu rodzinach osłabła pozycja tego języka, a wręcz często zaniknął on jako język życia codziennego. W tej chwili więc nasze starania są nakierowane na przywrócenie temu językowi funkcji rodzinnej.

Na tej drodze nie posiadamy do dyspozycji szkół z językiem niemieckim jako wykładowym, które by temu służyły, a faktycznie najpowszechniej występującą w szkołach publicznych formą jest nauka tego języka w wymiarze 3 godzin tygodniowo.

Co mniejszość niemiecka robi, by zaradzić tej trudnej sytuacji?

Usiłujemy, choć bez wsparcia systemowego, sami tworzyć szkoły dwujęzyczne.

Jak to wygląda w praktyce?

Elementem motywującym skierowanym do wszystkich organów prowadzących szkoły jest wprowadzona w odpowiedzi na nasz postulat wyższa subwencja oświatowa w przypadku nauki w dwóch językach. Ona w kilku przypadkach podniosła poziom nauczania języka do nauki także innych przedmiotów w dwóch językach w szkołach gminnych. To bardzo ważne. Jednak uważamy, że obok tego należy wykorzystać motywację samego środowiska mniejszości niemieckiej w zakresie szkolnictwa, co daje trwałą poprawę takiego nauczania oraz gwarantuje edukację zawierającą treści faktycznie służące umacnianiu tożsamości narodowej.

Obecnie istnieją dwa stowarzyszenia oświatowe w ramach organizacji mniejszości niemieckiej prowadzące szkoły stowarzyszeniowe w trybie nauki w dwóch językach: polskim i niemieckim. Szkoły te prowadzone są w budynkach udostępnionych przez władze samorządowe, które jednak w celu uruchomienia szkoły musiały być wysiłkiem samej mniejszości niemieckiej wyremontowane, a dopiero ich bieżąca działalność opiera się na subwencji oświatowej. Obecnie działają cztery takie szkoły. Niestety brak możliwości pozyskania wsparcia systemowego czyli finansów na zakładanie takich szkół spowalnia proces ich powstawania.

A tablice dwujęzyczne…

Wspomniane w pytaniu tablice dwujęzyczne to temat uregulowany ustawowo, chociaż granica powyżej której można je stosować to 20%-owy odsetek ludności niemieckiej w gminie, gdzie raczej standardem europejskim jest wartość 10% albo jak w przypadku Niemiec, gdzie ten odsetek jest nieistotny. Brak akceptacji dla dwujęzycznych nazw sprawia, że istniejąca teoretycznie szansa wprowadzenia tych szyldów poniżej granicy 20% możliwa w wyniku konsultacji społecznych prawie zawsze spotkała się z odrzuceniem.

Jeszcze innym problemem, z którym spotyka się mniejszość niemiecka, jest sposób prezentacji historii, który zarówno w nauczaniu szkolnym, jak i w prezentacjach muzealnych pomija historię Niemców w Polsce, zwłaszcza powojenną. Brak też programów naukowych na badanie tej historii nastawionych. Wszystko to naszym zdaniem wpływa na brak wiedzy większości polskiej na ten temat, a ta rodzi brak akceptacji dla naszej niemieckiej „inności”.

W oświadczeniu z żalem wspominacie Państwo, że Niemcy nie mają w Polsce prawa do kształcenia się w języku ojczystym, istnieje tylko prawo do nauki niemieckiego w szkole. Czy mniejszość kiedykolwiek rozważała wystąpienie do państwa polskiego z takim postulatem, by całość lub pewna część nauki w szkołach odbywała się po niemiecku? Czy ten temat jest rozważany? Czy możemy antycypować reakcje polskich polityków na taki postulat? Na Litwie Polacy kształcą się po polsku, nawet w Łotwie i Estonii część przedmiotów w szkołach mniejszościowych wykładana jest po rosyjsku lub polsku…

Jak już wskazywałem, chociaż zmiany po roku 1989 są rewolucyjne, gdyż zamiast zerowej możliwości nauki języka posiadamy dziś ponad 40 tysięcy dzieci uczących się języka niemieckiego jako swego języka ojczystego, lecz ponad 95% z nich uczy się niemieckiego jedynie w wymiarze 3 godzin tygodniowo. Prawo pozwala na istnienie szkół zarówno dwujęzycznych (gdzie minimum 4 przedmioty nauczane są dwujęzycznie), jak i z niemieckim jako wykładowym. Jednak faktem jest, że bez inicjatywy państwa w tworzeniu takich szkół ich rozwój jest procesem powolnym osłabionym przez faktyczny zanik w większości rodzin tego języka jako codziennego. Nasze Stowarzyszenia podejmują ten wysiłek. Niestety odbudowa tożsamości językowej jest o wiele trudniejsza niż jej utrzymanie i ochrona. Dlatego chcieliśmy władze na Litwie przed ryzykiem osłabienia funkcji języka polskiego ostrzec. Niemiecki myśliciel Wilhelm von Humboldt mówił; „Właściwie ojczyzną jest język. A oddalenie się od spraw ojczystych dokonuje się najszybciej przez język”.

Polacy z Litwy z sympatią patrzą na dwujęzyczne nazwy miejscowości i urzędów na Śląsku Opolskim. To rzeczywiście fajna sprawa, że Niemcy uzyskali do tego prawo. A jak wygląda kwestia dwujęzycznych nazw ulic? Dlaczego tak trudno o realizację tego prawa?

Sprawa tablic dwujęzycznych jest faktycznie pięknym znakiem wielokulturowości i tolerancji w przestrzeni publicznej. Jest też ciekawym elementem o charakterze turystyczno-marketingowym. Jednak pomimo jasnych prawnych uregulowań w większości miejsc ich wprowadzenie wiązało się ze sporym oporem większości, wieloma przypadkami zamalowywania, a jednym z istotnych czynników wytrącających z rąk argumenty przeciwnikom tych szyldów w radach gmin jest argument finansowy. Te szyldy finansowane są bowiem z budżetu państwa. Niestety nie dotyczy to ewentualnych szyldów z nazwami ulic. Powyższe bardzo osłabia możliwość zainteresowania i przekonania do nich włodarzy miast i gmin.

W tym roku minęła 10 rocznica uchwalenia ustawy o mniejszościach narodowych, etnicznych i języku regionalnym. Okazja do świętowania czy podsumowań, co udało się osiągnąć w myśl nowego prawa, a co nie? Co w ustawie wymaga rewizji i ulepszenia?

Oczywiście jest to okazja do świętowania, gdyż stała się ona jednak gwarancją praw mniejszości narodowych. Z drugiej strony być może szkoda, że powstała ona przed ratyfikacją Europejskiej Karty Języków Regionalnych i Mniejszościowych, która w sprawie oświaty zupełnie inaczej stawia zobowiązania Państwa. Według Karty państwo w miejscach zamieszkiwania mniejszości powinno bez warunków wstępnych zorganizować szkolnictwo w języku mniejszości, a według w/w ustawy dopiero wtedy gdy rodzice złożą przynajmniej siedem deklaracji żądających takiej nauki. Naszym zdaniem powinien zostać obniżony także odsetek mniejszości uprawniający do stosowania szyldów dwujęzycznych.

Procedowana w Sejmie nowelizacja tej ustawy jednak tego nie przewiduje. Ale przewiduje z kolei poszerzenie i ułatwienie stosowania języka pomocniczego, zwiększa wpływ mniejszości narodowej na obsadzanie stanowiska dyrektora szkoły, która realizuje zadania z zakresu oświaty dla mniejszości narodowej. W okresie wyborczym należałoby sobie też zadać pytanie czy polskie prawo wystarczająco gwarantuje mniejszościom partycypację polityczną. Istniejący przywilej pozwalający na pominięcie 5% owego progu wyborczego dla mniejszości narodowej wydaje się nieskuteczny skoro korzysta z niego tylko jedna z kilkunastu mniejszości narodowych w Polsce. Doświadczenia Węgier, Danii i innych państw pokazują, że istnieją systemy bardziej efektywnie gwarantujące mniejszościom udział w systemie władzy na poszczególnych szczeblach administracyjnych.

Dziękuję za rozmowę.

Bernard Gaida (57 l.) – polski samorządowiec, przedsiębiorca i działacz mniejszości niemieckiej w RP, od 2009 przewodniczący Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce.

PODCASTY I GALERIE