• Opinie
  • 12 kwietnia, 2015 7:02

Bałtowie boją się Rosji

Atak na Litwę, Łotwę i Estonię byłby atakiem na strefę euro – przełożyłoby się to na destabilizację unijnej waluty i istotnie wpłynęło na gospodarkę UE. Anders Fogh Rasmussen twierdzi, że atak na te kraje jest bardzo prawdopodobny.

Grzegorz Kaliszuk
Bałtowie boją się Rosji

Fot. BFL/Vygintas Skaraitis

Niczym nie ograniczona swoboda Władimira Putina w destabilizowaniu sytuacji na Ukrainie znajduje odbicie w rosnących niepokojach Litwinów, Łotyszy i Estończyków. Również w Polsce coraz powszechniejsze jest przekonanie, że musimy być przygotowani na rosyjski atak. Były kanclerz Niemiec Gerhard Schröder, komentując wysiłki polskich polityków na arenie Unii Europejskiej w kwestii Ukrainy, mówi, że obawy Polaków nie mogą determinować zdystansowanej polityki Brukseli wobec Moskwy. Łatwo jednak o trafną ripostę: partykularne interesy Schrödera tym bardziej nie powinny prowadzić do sztucznego ocieplania relacji z Rosją – jedynym agresorem we współczesnej Europie.

Dom ze schronem

Bez względu na deklaracje unijnych polityków i mało wiarygodne wypowiedzi przedstawicieli Kremla, mieszkańcy bezpośrednio sąsiadujących z Rosją krajów czują się bardzo zagrożeni. Należy pamiętać, że mówimy o trzech państwach, w których mieszka łącznie jedynie nieco ponad sześć milionów ludzi, a potencjał tamtejszych sił obronnych jest znacznie mniejszy niż ten, który Rosja zgromadziła w Obwodzie Kaliningradzkim. Niemiecki dziennik „Süddeutsche Zeitung” zauważa, że NATO powinno dać bardzo wyraźny sygnał Kremlowi, iż kraje bałtyckie nie są strefą buforową. Główny dowódca NATO, Philip Breedlove zauważa w wypowiedzi dla „Die Welt”, że niepożądana obecność rosyjskich bojowników (pod jakąkolwiek postacią) na terytorium krajów bałtyckich powinna być potraktowana jako atak na cały Sojusz Północnoatlantycki. Zdaniem ministra obrony Wielkiej Brytanii Michaela Fallona, atak na kraje bałtyckie jest wysoce prawdopodobny. To stanowisko podziela również były sekretarz generalny NATO Anders Fogh Rasmussen.

Poziom strachu na Litwie, Łotwie i w Estonii mierzony jest podejmowanymi przez te kraje działaniami w sferze obronności. W każdym z nich zapowiedziano wzrost wydatków na zbrojenia z obecnych 0,8 procenta PKB do rekomendowanych 2 procent. Władze w Wilnie, oprócz wznowienia powszechnego poboru do wojska, wydały „przewodnik wojenny”, w którym instruują jak należy się zachować w sytuacji okupacji przez agresora. Ten stustronnicowy dokument bardzo szczegółowo opisuje działania, jakie społeczeństwo powinno podjąć podczas wojny klasycznej oraz hybrydowej, czyli takiej, jaką obserwujemy na Ukrainie (oprócz typowych działań wojennych mamy tam do czynienia z dezinformacją, infiltracją, propagandą, cyberatakami oraz próbą osłabienia lokalnych władz). Litewski minister obrony Juozas Olekas powiedział, że z chwilą rozpoczęcia rosyjskiej agresji na Ukrainie Litwini zdali sobie sprawę, iż ich wschodni sąsiad nie jest przyjaźnie nastawiony. Już dzisiaj rozważa się nowelizację prawa budowlanego na Litwie tak, aby każdy nowy budynek miał schron.

Niepokojąco pewni siebie

Litwa w porównaniu do Łotwy oraz Estonii nie posiada znaczącej politycznie i społecznie mniejszości rosyjskiej: Rosjanie stanowią 6 procent społeczeństwa (to mniej niż mniejszość polska). Tymczasem na Łotwie i w Estonii ludność rosyjskojęzyczna stanowi około 25 procent mieszkańców, którzy w większości są niechętni naturalizacji. Liczba Rosjan żyjących w tych krajach przekłada się na wyniki wyborów, w których wysokie noty otrzymują partie popierające działania Putina. W ostatnich wyborach parlamentarnych w Estonii prawie 25 procent głosów zdobyła Estońska Partia Centrum, która opowiada się za zacieśnieniem relacji z Rosją. Ponad 70 procent osób rosyjskojęzycznych mieszkających w Estonii popiera tę partię. Warto wspomnieć, że zwycięska Centroprawicowa Estońska Partia Reform zdobyła jedynie 3 procent więcej głosów.

Podobna sytuacja panuje na Łotwie, która zdaniem ekspertów jest najsłabszym ogniwem w łańcuchu obronnym NATO w Europie (łotewskie wojsko to zaledwie 5,3 tysięcy żołnierzy, zaś infrastruktura wojskowa to baza sił lądowych w Adazi, sił powietrznych w Lielvarde oraz morska w Liepai; w Europie tylko Luksemburg i Litwa wydają mniej na obronę). Na Łotwie 15 procent ludności nie ma żadnego obywatelstwa: umożliwia to niebezpieczne interpretacje ze strony Rosji, która już dzisiaj ustami przedstawicieli Ministerstwa Spraw Zagranicznych oświadcza, że los bezpaństwowców to jawne pogwałcenie praw człowieka. Ten schemat znamy już z Ukrainy: Rosja poczuła nagłą potrzebę opieki nad mieszkańcami Krymu i bezprawnie weszła na terytorium obcego państwa. We wrześniu 2014 roku Konstantin Dołgow z rosyjskiego MSZ powiedział w Rydze, że Rosja nie pogodzi się z „pełzającą” agresją na rosyjski język w krajach bałtyckich (ciekawe jak bardzo można pomylić znaczenie słowa agresja). Dołgow wezwał ludność rosyjskojęzyczną w krajach bałtyckich do większej aktywności, która zostanie poparta przez Moskwę. To jawne propagowanie ruchów separatystycznych. Tym szokującym wypowiedziom wtóruje Andrij Neronskij, dyrektor moskiewskiego Centrum Kultury Rosyjskiej na Łotwie, który twierdzi, że wystarczy pół tysiąca „zielonych ludzików” aby zagrozić integralności zjednoczonej Łotwy. Po tych wypowiedziach widać, że Rosjanie czują się niepokojąco pewnie na terenie obcych państw.

Wilno jak Londyn?

Zaraz po Rydze, której merem jest prorosyjski Nils Uszakow, drugim obszarem na Łotwie w którym mieszka najwięcej Rosjan i bezpaństwowców (w terminologii ONZ zwanych apatrydami) jest Łatgalia. To region leżący przy granicy z Rosją, „łotewski Krym” i najbardziej zagrożony agresją rosyjską teren w krajach bałtyckich. Uszakow niedawno złożył wizytę w Moskwie, gdzie powiedział, że Władimir Putin jest najlepszym zrządzeniem losu, na jaki Rosja mogła liczyć. Trudno lekceważyć słowa człowieka rządzącego miastem, w którym żyje 37 procent mieszkańców Łotwy. Niedawny sondaż przeprowadzony wśród Łotyszy pokazuje, że prawie dwie trzecie mieszkańców tego niespełna dwumilionowego kraju obawia się Rosji.

Sytuacja wymaga, aby wzmocnić obecność NATO w krajach bałtyckich. Podjęto już decyzję o rotacyjnej kontroli pododdziałów Sojuszu w Polsce, na Litwie, Łotwie i Estonii w ramach misji Baltic Air Policing. To reakcja na liczbę rosyjskich patroli powietrznych, w tym także samolotów bojowych, która potroiła się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy w rejonie basenu morza Bałtyckiego. A Rosja zbroi się dalej – według zapowiedzi ministra obrony Rosji Sergieja Szojgu, w ciągu najbliższego roku rosyjska armia otrzyma 700 pojazdów opancerzonych, 126 samolotów, osiemdziesiąt osiem helikopterów, dwie łodzie podwodne oraz pięć okrętów. Rosyjskie władze nie kryją, że kolejne dwanaście miesięcy to czas, w którym chcą umocnić zbrojną obecność na Krymie, w Obwodzie Kaliningradzkim oraz w Arktyce. Już dzisiaj widać wzrost napięcia społecznego za północną granicą lądową Polski: w okolicy miejscowości Mamonowo niedawno doszło do ostrzału z broni maszynowej polskiego samochodu.

Barack Obama twierdzi, że obrona Wilna, Rygi oraz Tallina jest tak samo istotna jak Londynu czy Paryża. Niedawna obecność amerykańskich sił lądowych w regionie wzmocniła morale i poczucie bezpieczeństwa w krajach bałtyckich. W ramach ćwiczeń zdolności do szybkiego przemieszczania się amerykańskie wojsko przejechało drogą lodową przez Estonię, Łotwę, Litwę, Polskę, Słowację oraz Czechy do swojej bazy w Niemczech. Symboliczny był przejazd przez estońskie miasto Narwa, której 90 procent mieszkańców stanowią Rosjanie. W regionie nie wszyscy jednak ochoczo przyjęli amerykańskich żołnierzy: niektórzy woleli krytykować ich za „deptanie trawników” (jak mer nadmorskiego Ventspils na Łotwie), niż dostrzec w nich jedyną szansę na obronę przed nieprzewidywalnym sąsiadem ze wschodu.

Atak na Litwę, Łotwę i Estonię to także atak na strefę euro, co może szybko przełożyć się na destabilizację unijnej waluty i w istotny sposób wpłynąć na gospodarkę Unii Europejskiej. Zdaniem Karla Schlogela, niemieckiego historyka, pacyfizm w sytuacji bezpośredniego zagrożenia suwerenności Ukrainy jest bardzo niebezpieczny. Zjawisko społeczne zwane w języku naszych zachodnich sąsiadów Russlandvertsteher („rozumiejący Rosję”) pokazuje zdaniem Schlogela totalny brak zrozumienia młodych Niemców wobec obaw Polski i krajów bałtyckich.

Czy możemy zatem liczyć na solidarność Europy w sprawie Ukrainy? A może faktyczna solidarność potrzebuje pojawienia się obcych żołnierzy nad Odrą?

PODCASTY I GALERIE