Wrzesień 1939. „Krwawy poniedziałek” w Częstochowie

- Tu pod tym murem Niemcy ustawili wszystkich mężczyzn. Mieli karabin maszynowy, zaczęli strzelać. Mój ojciec nie został ranny, jedynie upadł, ale brat i ci wszyscy pozostali mężczyźni zginęli. Na koniec jeden z żołnierzy rzucił jeszcze granat. Straciłam wtedy też ojca - wspominała Zofia Stępień.

polskieradio.24
Wrzesień 1939. „Krwawy poniedziałek” w Częstochowie

Fot. Wikimedia Commons/cc/Bundesarchiv

Zofia Stępień była świadkiem tragicznych wydarzeń, jakie miały miejsce w Częstochowie 4 września 1939 roku. Masowe egzekucje, których dokonali Niemcy na ludności cywilnej przeszły do historii pod nazwą „krwawego poniedziałku”.

Świadkowie mają głos

Krystyna Strozik w 1979 roku dotarła do osób, które przeżyły tę zbrodnię. Jednym uczestników programu był Jan Pietrzykowski, członek Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce.

– Miasto wpadło w ręce Niemców bez strzału – mówił Jan Pietrzykowski. – Ludność Częstochowy w pierwszych dniach września masowo opuszczała domy i mieszkania w obawie przed Wehrmachtem. Były to obawy, jak się okazało, w pełni uzasadnione.

3 września o godz. 5. rano do Częstochowy wkroczyły jednostki zmotoryzowane i piechota Wehrmachtu. Następnego dnia w kilku punktach miasta wybuchły chaotyczne strzelaniny. Winą za nie Niemcy obarczyli mieszkańców Częstochowy i od razu przystąpili do zakrojonej na szeroką skalę akcji represyjnej.

– Kolbami walili w drzwi, szukali mężczyzn – opowiadała Zofia Stępień. – Przyszli do nas i wszystkich wyprowadzili, ojca, brata, mężczyzn, którzy nie zdołali uciec i nas, kobiety. Wieczór był taki widny. Ja miałam na ręku syna, który 21 września miał skończyć rok. Wszystkie kobiety stały pod murem, a ja doszłam do ojca i zapytałam: „Tato, a dokąd Ty pójdziesz?”. A on odpowiedział: „A ja wiem?”.

Zofia Stępień straciła wówczas i ojca i 15-letniego brata. Musieliśmy ich pochować sami, własnymi rękoma, bo na cmentarzu grabarzy nie było.

Zbrodnia wojenna

„Krwawy poniedziałek” stanowi jedną z najcięższych zbrodni popełnionych przez oddziały Wehrmachtu w trakcie kampanii wrześniowej. Szacuje się, że w masowych egzekucjach przeprowadzonych wówczas w Częstochowie śmierć poniosło od 227 do 500 Polaków i Żydów.

– Ludzie sądzili, że miasto będzie przez hitlerowców uszanowane – powiedział Jan Pietrzykowski – że prawa ludności cywilnej będą przestrzegane. Zaczęto wychodzić na ulicę, otwierać sklepy i właśnie wtedy rozpoczęły się olbrzymie obławy na ludność cywilną, chwytano ludzi na ulicach bez powodu lub pod byle pretekstem.

Początek krwawego terroru

Ujętych ludzi koncentrowano na wielkich placach Częstochowy: na placu przed kościołem pw. św. Zygmunta, na placu przed katedrą, na placu Magistrackim. Leżeli twarzami do ziemi, obstawieni przez żołnierzy Wehrmachtu wyposażonych w karabiny maszynowe.

– Niemcy postawili na tym placu, naprzeciwko schodów do katedry karabin maszynowy i strzelali – wspominał Wiesław Ludwikowski, jeden ze świadków zbrodni. – Straciłem tu kolegę, miał wtedy, tak jak ja, 15 lat. Chodziliśmy razem do szkoły.

Ekshumacja

Ciała zabitych grzebano w rowach przeciwlotniczych. W lutym 1940 r. na polecenie niemieckiego Stadthauptmanna, Richarda Wendlera dokonano ekshumacji szczątków ofiar „krwawego poniedziałku”. Niestety nie wszystkich, którzy tego dnia zginęli, udało się odnaleźć i zidentyfikować.

– Bezpośredni, zmasowany atak na ludność cywilną był generalną próbą obezwładnienia psychicznego ludności polskiej – powiedział Jan Pietrzykowski, członek Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. – Pierwszy akt ludobójczych planów hitlerowskiej Rzeszy rozwijanych w następnych latach okupacji.

PODCASTY I GALERIE