Wioletta Sawicka: To mama podsunęła mi pomysł opisania historii naszej kresowej rodziny

10 sierpnia odbędzie się premiera nowego tomu cyklu "Wiek miłości, wiek nienawiści" pt. „Anna. Gorzki smak miodu”. Z tej okazji publikujemy wywiad z autorką książki, Wioletttą Sawicką.

zw.lt
Wioletta Sawicka: To mama podsunęła mi pomysł opisania historii naszej kresowej rodziny

Fot. Materiały prasowe

Saga „Wiek miłości. Wiek nienawiści” zdobywa coraz większą popularność. Skąd pomysł na jej powstanie?

Po mojej debiutanckiej powieści mama podsunęła mi pomysł, żebym opisała historię naszej kresowej rodziny. Wówczas nie byłam na to gotowa. Dopiero zaczynałam przygodę z pisaniem. Bałam się, że sobie nie poradzę z powieścią poniekąd historyczną, choć jestem fanką historii. Napisałam parę innych książek współczesnych, ale pomysł mamy dojrzewał. Sporo pamiętałam z opowieści babci. Dorastałam w czasach, w których nie było Internetu, a w telewizji tylko dwa kanały. Babcia się mną opiekowała i opowiadała mi pięknym językiem, trochę wileńskim, trochę białorusko-polskim, o swoim życiu. Uwielbiałam te opowieści i babcię też. Była bardzo silną kobietą. I bardzo dużo przeszła. Dwie wojny, strach przed wywózką, nędzę i głód. Z panienki z pałacu została kołchoźnicą i wdową z szóstką dzieci, ale sobie poradziła, jak musiało sobie radzić wiele innych kobiet w tamtych mrocznych i ciężkich czasach. Dla mnie to prawdziwe bohaterki. Ta saga jest o nich.

Jak wiele podobieństw do prawdziwych wydarzeń z życia Pani bliskich jest w Pani książkach?

Przede wszystkim tło historyczne. Obie wojny, a także lata późniejsze, to czas męczeństwa Kresów, jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi. Jestem ze starej szkoły dziennikarskiej. Uczono mnie, że nie wolno napisać niczego bez rzetelnego sprawdzenia faktów. Zanim więc zabrałam się za pisanie, gromadziłam potrzebne do tego materiały. Przekopywałam się przez mnóstwo opracowań dotyczących historii Kresów, sięgających stu lat wstecz, wspomnień, pamiętników itp. Jedna z prawnuczek książkowej Oleńki, Wiktoria, która mieszka w Moskwie i jest prawnikiem, wydobyła z grodzieńskiego archiwum zachowane tam dokumenty dotyczące naszej rodziny. Starsza siostra mojej mamy, Maria, spisała w zeszycie wszystko, co zapamiętała i co znała z opowieści matki. Jeden z kuzynów, który pozostał na Białorusi, odnalazł w Żupranach zachowany grób Franciszki Jadwigi Kochanowskiej, mojej prababki, czyli pierwowzoru Oleńki. Druga z moich ciotek, Teresa, która zaraz po wojnie osiedliła się na Syberii, nagrała swoje wspomnienia i dostałam zapis dźwiękowy przez internet. Prawie całą rodzinę zaangażowałam do pomocy. Sporo z przytoczonych zdarzeń w sadze jest prawdziwych. Moi przodkowie rzeczywiście mieli na Kresach duży majątek oraz stadninę z setką koni, który niestety przepadł. Pamiętam że babcia opowiadała mi, jak tańczyła w pałacu kadryla. Ja, taka zdziwiona spytałam w jakim pałacu, odpowiedziała, że u rodziców, w jej domu. Prawdziwe są też niektóre nazwiska i miejsca, jak Żuprany. Mój dziadek naprawdę wrócił z lasów jesienią 1946 roku i zmarł miesiąc później nie od odniesionych w walkach ran, a na gruźlicę. Trudno mi teraz przytoczyć wszystkie prawdziwe zdarzenia, ale nawet te fikcyjne rozgrywają się na tle rzeczywistych wydarzeń.

Na początku sierpnia ukaże się kolejny tom sagi „ANNA. Gorzki smak miodu” – czyje losy w nim poznajemy?

Zaginionej córeczki Marii, a także dalsze losy Ostojańskich. Jako że mieszkam na terenie byłych Prus Wschodnich, chciałam także pokazać w „Annie” historię tych terenów. Ostateczny upadek Trzeciej Rzeszy rozpoczął się z chwilą wkroczenia Armii Czerwonej do Prus. Rosjanie wystawili Niemcom bardzo wysoki rachunek za popełnione zbrodnie na froncie wschodnim. Mało znanym powojennym faktem jest los niemieckich sierot, nazwanych później wilczymi dziećmi, które ukrywały się w lasach Prus Wschodnich. Ten wątek także pojawi się w Annie. Jednak podobnie jak w poprzednich częściach tak i w tej historia jest tylko tłem do wydarzeń i przeżyć bohaterów, którzy kochają, są kochani, rodzą im się dzieci i próbują się uporać z trudną codziennością.

Główna bohaterka jest dziewczynką, która żeby przeżyć musi wykazać się sprytem i ogromną odwagą. Ma skomplikowane pochodzenie: ojciec – oficer SS, matka – Polka z Wileńskich Kresów.

Rzeczywiście skomplikowane i Anna trochę znajdzie się między młotem a kowadłem. Więcej nie powiem, żeby nie zdradzać treści, ale to bardzo dzielna dziewczyna, która musiała dorosnąć bez uprzedzenia, jak wiele dzieci, które spotkał podobny los. To nie były czasy na słabość. Słabi ginęli. Ona chciała żyć.

Czy pisząc tę sagę korzystała Pani z publikacji z tamtych czasów?

Oczywiście. Moim nieocenionym konsultantem przy wszystkich częściach sagi jest historyk Tadeusz Baryła z Instytutu Północnego w Olsztynie. Korzystałam z wielu źródeł. Piszę powieści, nie podręczniki do historii. Jednak aby wiernie oddać tło wydarzeń, muszę tę historię znać. Nie wyobrażam sobie, abym mogła napisać, że jakiś bohater odjechał ostatnim transportem przesiedlanych z Kaliningradu Niemców w 1951 roku, kiedy taki transport naprawdę odszedł w maju 1952 r. Wszystko dokładnie staram się sprawdzić. W przypadku „Anny” pewną inspirację stanowiła też dla mnie książka „Mam na imię Maryte” litewskiego pisarza Alvydasa Šlepikasa, którą czytałam. To oparta na faktach powieść przedstawiająca losy wschodniopruskich sierot, które szukały schronienia na Litwie. Wstrząsnął mną ten obraz.

Na ile tomów sagi mogą jeszcze liczyć czytelnicy?

Jeszcze na jeden. „Viktoria. Miłość zza żelaznej kurtyny”. Właśnie nad nią pracuję.

Fot. Materiały prasowe
PODCASTY I GALERIE