Twórca filmu „Złączyć się z Narodem”: Kresowiacy są lepsi od Rodaków z Polski

W kilku miastach Wileńszczyzny został pokazany film dokumentalny "Złączyć się z Narodem". To niezwykle wzruszająca opowieść o potomkach Polaków, którzy w latach trzydziestych zostali zesłani do Kazachstanu. Obraz powstał w latach 2015-2018. Reżyser filmu, Jerzy Szkamruk, podzielił się z nami refleksjami dotyczącymi piękna Kazachstanu i szlachetności mieszkających tam Polaków.

Ewelina Knutowicz
Twórca filmu „Złączyć się z Narodem”: Kresowiacy są lepsi od Rodaków z Polski

Fot. Joanna Bożerodska

W jednym z wywiadów Pan powiedział, że widział więcej Kazachstanu, niż sami Kazachowie. Skąd takie zamiłowanie akurat do tego kraju?

Raczej to nie wynika z zamiłowania. Było to podyktowane naszą wyprawą. Kiedyś pojechaliśmy do Mongolii, robiliśmy wtedy cykl programów o Benedykcie Polaku. Mało kto wie, kim była ta postać. To był polski franciszkanin, który w XIII w. pojechał do Wielkiego Chana Mongolskiego. To było pierwsze swojego rodzaju poselstwo w tym regionie, na 25 lat przed Marco Polo. Sami tę trasę przebyliśmy samochodami. Powstał z tego cykl programów „Wielcy podróżnicy – Benedykt Polak”. Wtedy po raz pierwszy ujrzałem pełen magicznych miejsc Kazachstan. Nie mówię tu o miastach, ale o takich miejscach, jak Kanion Szaryński czy jezioro Bałchasz, Karaganda lub stepy. Często na tych stepach nocowaliśmy, a jechaliśmy przez całkowite bezdroża.

Gdy przyjechaliśmy do Mongolii, bardzo chciałem zrobić film fabularny o Benedykcie Polaku, ale takie produkcje potrzebują dużo pieniędzy. W związku z tym byliśmy w odwiedzinach u naszych znajomych Kazachów. Wtedy się zrodził pomysł, aby zrobić film o miejscowości Oziornoje. Tam Polacy zbudowali ołtarz z bursztynu, który nazywa się Gwiazda Kazachstanu. Mam tam kolegę franciszkanina – ojca Pawła Bloka. Powiedział nam: „Dobrze, pojedziemy do tego Oziornoje, które się znajduje w odległości 600 kilometrów, ale mam ostatniego dnia sierpnia pielgrzymkę we wsi Kamyszynka. Możecie pojechać ze mną albo pozostać w hotelu”. Wybraliśmy wyjazd. Zobaczyłem wówczas polskie rodziny, zrobiliśmy pierwsze wywiady. Postanowiliśmy, że powstanie film o repatriantach. Historie były tak piękne i wzruszające, że nie można było tak tego zostawić.

Zwiedziłem wtedy jeszcze północną część Kazachstanu. Wielokrotnie pytałem Kazachów, czy byli w miejscowości Bajkonur lub nad Morzem Aralskim. To jest taki zbiornik wodny, który wysechł i została z niego tylko trzecia część. Mieszkańcy starają się odtworzyć te morze. Jest to o tyle interesujące, że na tej pustyni znajduje się pełno muszli, statków i wielbłądów. To wygląda dość kosmicznie – pięknie i zarazem przerażająco, mając świadomość, że kilkadziesiąt lat temu pływały tu ryby, zanim Chruszczow nie zmienił biegu rzeki Syr-darii i nie nawodnił pól bawełnianych.

Kazachstan – to fascynujący kraj. Jest położony nad górami, jeziorami, przy klimacie kontynentalnym, gdzie są ogromne pola, gdzie ludzie koszą zboże jadąc w jedną stronę dwa dni i wracają dwa dni w drugą stronę… To kraj 9 razy większy od Polski. Chętnie tam wracaliśmy. Nie tylko do naszych repatriantów, do których przyjeżdżaliśmy jeszcze 4 razy, ale też, aby zrobić program o tym kraju i jego stepach.

Fot. Joanna Bożerodska

Co do wyprawy Pan wiedział o Kazachstanie i mieszkających tam Polakach?

Mądrzy ludzie twierdzą, że podróże kształcą, są lepsze od uniwersytetów i to jest prawda. Nie lubię korzystać z GPS-u, bo gdy pytam u ludzi, dokąd mam jechać, to się dowiaduję wiele ciekawych rzeczy. Gdy mamy GPS, to się czujesz tak, jakbyś jechał pociągiem – nie musisz wysiadać z pojazdu, bo wiesz, gdzie podążasz. Tak się dowiedziałem wiele ciekawych rzeczy o historii Kazachstanu, o trybie życia mieszkańców, również repatriantów. Ten temat w Polsce nie jest znany, bo był owiany tajemnicą. Było tam zesłanych według oficjalnych danych ponad 100 tys. Polaków. Nieoficjalnie pewnie więcej. Ci ludzie musieli na tych stepach posadzić drzewa, wybudować domy. Dzisiaj ten kraj jest bogaty w surowce mineralne – kopalń jest kilkaset, a Kazachów 17 milionów. Mają więc dobrą przyszłość. Poza tym, Kazachstan jest położony na tzw. bursztynowym szlaku. W tej chwili przez kraj jest budowana kolej z Chin do Europy, więc mieszkańcy z pewnością z tego skorzystają i nasze relacje będą jeszcze ciekawsze.

Co mnie zaskoczyło, to fakt, że nie ma tam zabytków, oprócz Turkiestanu, gdzie się znajduje historyczny meczet. Nie ma tam starej architektury. Dla przykładu, gdy przyjechałem do Wilna i zobaczyłem Starówkę, to aż podniosło mnie na duchu. Mamy świadomość, że to budowali nasi rodacy – Cmentarz na Rossie, Ostra Brama są miejscami bardzo bliskimi dla nas.

Jak wyglądały poszukiwania i wybór bohaterów filmu?

Ludzie nie bardzo się garną do tego, aby szczerze opowiadać o swoim życiu. Mieliśmy szczęście, że z nami był o. Paweł Blok, który znał tych ludzi, ośmielił ich trochę do rozmowy. Tym niemniej, jeździliśmy do nich jeszcze kilka razy, abyśmy mogli po prostu się z nimi zaprzyjaźnić. Wtedy te serca się otwierają, a rozmowy są zupełnie inne. W końcu, to są wywiady ze zwykłymi ludźmi, a nie profesorami czy innymi specjalistami. Jednak te rozmowy do filmu są naprawdę udane.

Jak Pan reagował na historie tych ludzi?

To są niesamowite historie. Myślę, że każdy Polak, słysząc, jak oni sobie radzili przez 80 lat, naprawdę się wzrusza. Jeżeli ktoś w nocy przychodzi do nas do domu, wrzuca do bydlęcego wagonu, wywozi za 5 tys. kilometrów z jedną torbą, łopatą i wyrzuca gdzieś w stepie, to jest sytuacja niepojęta. Jak można było przetrwać? A jednak oni przetrwali, choć połowa z nich zmarła. Ważne jest to, że przekazywali swoją tradycję i wiarę nowym pokoleniom. Większość Kazachów może tego nie rozumie, ale ci Polacy czasami nie mówią po polsku (bo ten język był zabroniony), ale modlą się w tym języku. Co mnie ujęło w Wilnie, to ten akcent, który brzmi podobnie jak u Polaków w Kazachstanie. To taki piękny, miękki polski język, aż miło się słucha tych ludzi.

Jak bardzo się różni mentalność tych ludzi od ich rodaków w Polsce?

Oni chyba są lepsi, niż my w Polsce. Takie słowa jak moralność tam funkcjonują. Ci ludzie rzeczywiście mają tradycje i wiarę. Na dalekich Kresach Polska charakteryzowała się tym, że obok kościoła stała synagoga, cerkiew i meczet. To samo jest w Kazachstanie. W latach 90-tych ludzie wybudowali tam kościoły. Cała polska społeczność zbiera się wokół kościoła, a ksiądz nie jest tylko od tego, aby odprawić mszę. Jest on nauczycielem, doradcą, czasem lekarzem, coś napisze, zorganizuje. Polskość tam, zupełnie jak kiedyś na Kresach, jest powiązana z tradycją i wiarą. Widzę, że na Wileńszczyźnie, szczególnie na prowincji, jest to bardzo mocno odczuwalne. Kilka dni temu byłem w Podbrodziu na Mszy św. Był to poniedziałek, a kościół był pełen wiernych.

Fot. Joanna Bożerodska

Jak Polska pomaga rodakom w Kazachstanie i jakich działań z jej strony wciąż brakuje?

W Polsce dopiero w 2017 roku została stworzona nowelizacja Ustawy o repatriacji. Dzisiaj, gdy do Polski przyjeżdżają Polacy z Kazachstanu, otrzymują pomoc od państwa – środki pieniężne na zagospodarowanie się. To są całkiem przyzwoite pieniądze, ale wciąż niewystarczające na kupno mieszkania. Rodzina 4-osobowa otrzymuje ok. 100 tys. złotych. Są organizowane darmowe lekcje języka, autentyfikacja dyplomów, pomoc w znalezieniu pracy. Pracodawcy, zatrudniający repatriantów, również otrzymują w trakcie dwóch lat 50 proc. gratyfikacji. Repatriant dzisiaj jest przygotowany do pracy, może sobie wynająć albo kupić mieszkanie, wziąć kredyt.

Po trzech latach widzę, że ci rodacy doskonale sobie radzą. Tylko mniej, niż 1 proc. z nich wraca z powrotem. Rozmawiałem z wieloma z tych ludzi – mają już świadectwa z paskiem, mówią świetnie po polsku. Niektórzy nawet byli w Kazachstanie, odwiedzali swoją rodzinę. Kiedy pytaliśmy, czy chcą wrócić do Kazachstanu, to odpowiadali, że za żadne skarby. Nawet wsiadając do samolotu już czuli, że są w Polsce. Przywożą ze sobą te wartości, o których powoli zapominamy, czyli patriotyzm, rodzinę jako najważniejszy element w życiu, wsparcie w takiej rodzinie. W takich społeczeństwach, jak w Kazachstanie, wszyscy jeden drugiemu pomagają. U nas każdy gdzieś pędzi zapominając o sąsiadach. W naszym filmie jest scenka, kiedy jedna z bohaterek twierdzi, że w Polsce pewnie żyją dobrzy ludzie, bo mówią dzień dobry. Ma nadzieję, że kiedyś się zaprzyjaźnią. Nie wie ona o tym, że taka przyjaźń w tych blokach praktycznie jest niemożliwa.

Fot. Joanna Bożerodska

Czy ludzie, którzy przychodzą na pokazy filmowe, opowiadają historię swoich przodków, którzy być może również przeżyli takie wywózki?

Na każdym pokazie był ktoś, kto był represjonowany przez Związek Sowiecki i NKWD-stów. Były też osoby zesłane. Pamiętajmy również o deportacjach. 5,5 tys. mieszkańców Podbrodzia w 1946 r. zostało wywiezionych do obecnej Polski. To jest bardzo przykre, ponieważ wiemy, że ci Polacy żyją tu z dziada pradziada. To było zwyczajnie nieludzkie pozbawiać ich domów. Podobnie mają również repatrianci, chcą wrócić do Polski, bo płynie w nich polska krew.

Przed wywiadem Pan powiedział, że po pokazach na Wileńszczyźnie czuje, że przyjazd był tego wart.

Wszyscy jesteśmy Polakami. To jest opowieść o Polakach, o naszej martyrologii, o tym, jak okrutnie się z nami obchodzono w ciągu tylu lat, ale mimo to, zachowaliśmy swoją tożsamość. Będąc w Nowych Święcianach od pewnej pani usłyszałem, że jej wnuk już mówi tylko po litewsku. To nas bardzo zaniepokoiło, bo bez tej ojczystej mowy nie będziemy już Polakami. Pamiętajmy, że stąd pochodzi marszałek Piłsudski, przebywał tu Juliusz Słowacki, Adam Mickiewicz. Co się stanie, jak na Litwie nie będzie Polaków? Muszą być.

Bardzo nam, jako ludziom zajmującym się filmem, jest przykro, że na Litwie zginęły polskie napisy. W Polsce na Opolszczyźnie w miastach zamieszkanych przez mniejszość niemiecką są napisy podwójne. Koło Rzeszowa pod granicą ukraińską również są zamieszczone polsko-ukraińskie napisy. Szkoda, że Litwini zakazali polskich napisów, bo z Polski przyjeżdża mnóstwo ludzi. Tutejsi Polacy przywiązali się do swoich polskich nazw. Myślę, że Litwa powinna brać z nas przykład. Skoro w Kazachstanie za 80 lat Polacy poradzili sobie z sowietami i polskość zachowali, to tutaj ją też zachowamy. Po co wtedy robić coś na siłę, jeżeli można żyć wspólnie, jak przez kilkaset lat?

Był zorganizowany również pokaz filmu dla młodzieży szkolnej. Jak reagowała na film?

Otrzymaliśmy ogromne brawa. Trudno jest nam z młodzieżą na Litwie porozumieć, jak zresztą i w Polsce. Nie chodzi o to, aby czegoś uczyć, tylko uwrażliwić. Dobrze wiecie, czym jest polskość, świetnie z tym radzicie. Chcemy jednak uwrażliwić widzów na takie elementy, jak mowa ojczysta, bo jesteście u siebie w Ojczyźnie, mimo, że nosi nazwę Litwy. Do takich elementów należą również zachowanie tradycji i poznanie historii. To jest rzecz edukacyjna, która na pewno w tych ludziach coś zostawi.

PODCASTY I GALERIE