„Serce nie do pary” – nowa książka o księdzu Twardowskim

"Serce nie do pary" - to tytuł książki, poświęconej ks. Janowi Twardowskiemu, autorstwa Waldemara Smaszcza, długoletniego przyjaciela i interpretatora twórczości księdza-poety. Smaszcz opowiada o życiu ks. Twardowskiego oglądanym przez pryzmat jego wierszy.

PAP
„Serce nie do pary” – nowa książka o księdzu Twardowskim

Fot. PAP / Andrzej Rybczyński

Ksiądz Jan Twardowski sam siebie nazywał „starszym panem z odrąbaną młodością”. Przez długie lata opowiadał czytelnikom o swoim życiu wyłącznie poprzez wiersze. Waldemar Smaszcz idzie tym samym tropem, nie stara się w życiu księdza Twardowskiego szukać sensacji, powiedzieć więcej, niż zdradził sam autor. Wychodząc od cytatów z jego wierszy, rozwija zawarte w nich wątki, dopowiada to, co w wierszach się nie zmieściło. Waldemar Smaszcz przyjaźnił się z księdzem Twardowskim przez 23 lata, i uznaję te znajomość za jedną z najważniejszych w swoim życiu.

Szczególną uwagę, poświęca autor stosunkowi ks. Twardowskiego do kapłaństwa i sztuki porównując jak ten dylemat rozwiązywali inni duchowni-artyści. Brat Albert całkowicie zerwał z malarstwem, poeta i dramaturg Karol Wojtyła pisał wiersze jeszcze jako papież. Jan Twardowski – jak zwraca uwagę Smaszcz – też nie zrezygnował z twórczości, ale rygorystycznie stosował się do zasady, by pisać wiersze wyłącznie w czasie wakacji i uważał, że mają sens tylko w jednym przypadku, który wyjaśniał prof. Konradowi Górskiemu: „Wiersze moje pomagają mi w pracy kapłańskiej, ułatwiają kontakty z ludźmi, dlatego nie umiem się od nich jeszcze oddalić”.

Wielką część życia ks. Twardowski spędził w warszawskim klasztorze Sióstr Wizytek jak kapelan zgromadzenia. Młodzi i dorośli czytelnicy zafascynowani jego poezją zawsze chcieli osobiście poznać autora wierszy dyskretnie prowadzących ku Bogu. Jeszcze na kilka tygodni przed ostatnim pobytem w szpitalu ksiądz przyjmował każdego, kto się wdrapał po stromych schodach na pięterko, gdzie miał swą „oazę”: dwa bardzo skromne pokoiki wypełnione ulubionymi przedmiotami – pamiątkami, starymi fotografiami, zegarami i figurkami aniołów, osiołków i ptaków. Przez lata ks. Jan Twardowski miał zwyczaj, że o godz. 3 po południu siadał w przedsionku zakrystii kościoła Wizytek i czekał na tych, którzy chcieli z nim porozmawiać. „Przygasnę przy ołtarzu, iskierka po iskierce/ Zostaną tylko buty jak przydeptane serce” – pisał niegdyś w wierszu „Na słomce”.

Wybitny poeta, świetny kaznodzieja gromadzący tłumy na mszach u wizytek, serdeczny człowiek o niezwykłym poczuciu humoru. Napisał ponad 50 książek. Był najchętniej cytowanym współczesnym autorem. A wers „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą” znają chyba wszyscy. „Udało się, jakoś wyskoczyło mi z głowy to zdanie – mówił skromnie ks. Jan i zagadkowo się uśmiechając dodawał – spotykam je w nekrologach. Często bez mojego nazwiska, ale i tak się cieszę, bo najważniejsze jest to, co napisałem, a nie, że to ja napisałem. Trzeba się pospieszyć z kochaniem innych nie tylko dlatego, że grozi nam rozstanie z kimś bliskim z powodu śmierci, lecz dlatego że ludzie odchodzą od siebie, gdy życie jest w pełnym biegu. Zmieniają partnerów, opuszczają rodziny, skazują bliskich na samotność. Być może dochodzi do tych rozstań, bo właśnie spóźniliśmy się z okazaniem uczuć, nie dość kochaliśmy, nie daliśmy odczuć bliskiej osobie, że jest wyjątkowa”.

„Bo w życiu – mówił ks. Twardowski – najważniejsze jest samo życie. A zaraz potem miłość. Naprawdę chodzi o miłość. Pragniemy jej od urodzin po śmierć. Niezależnie, czy jesteśmy młodzieńcami czy ludźmi starszymi, niezależnie od wieku chcemy być kochani i dawać miłość. Różne bywają jej rodzaje: miłość do Boga, młodych zakochanych, matki do dziecka, dziadka do wnuczka, profesora do uczniów. Są nie tylko cierpienia młodego, ale i starego Wertera. Człowiek czułby się oszukany, gdyby miłości nie zaznał. Niektórzy się dziwili, dlaczego stary ksiądz pisze o miłości. Ale to był mój temat. I teraz, gdy piszę już mniej, sam lubię te wiersze czytać” – dodawał z uśmiechem.

Jeszcze przed wojną ukazał się pierwszy tomik ks. Twardowskiego „Powrót Andersena”, pierwszy powojenny tomik to „Wiersze” z
1959 roku. Potem cenzura zrobiła swoje i przez długie lata utwory księdza nie były oficjalnie publikowane. Kiedy w roku 1970 w Znaku ukazały się „Znaki ufności”, a osiem lat później „Niebieskie okulary”, ks. Jan z humorem to komentował: „Mogę powiedzieć, że jako poeta jestem nastolatkiem”, a był już wtedy dobrze po pięćdziesiątce.

Jan Twardowski urodził się w Warszawie 1 czerwca 1915 roku w rodzinie Jana i Anieli Komderskich. Głęboka pobożność obojga rodziców była wzorem dla czwórki rodzeństwa. Właśnie matka jest jedną z najpiękniejszych postaci w tej poezji. Pojawia się dyskretnie, na moment, ale niesie ze sobą wiele serdecznych uczuć i nostalgiczne wspomnienia: „i widzę wreszcie moją matkę/ w nie spalonym domu/ przyszywa guzik co się gubił stale/ Ile trzeba przejść nieba żeby ją odnaleźć”.

Jeden z najbardziej dramatycznych utworów ks. Jana Twardowskiego to wiersz Komańcza, poświęcony uwięzionemu prymasowi Wyszyńskiemu: „Kocham deszcz, który pada czasami w Komańczy/ (…) Krzyże żadne nie krwawią, gdy jest świętość i spokój/ gdy z wygnańcem po cichu drży Polska -/ wszystko proste jak wiersze – brewiarz, lampa i pokój/ drzew warszawskich na niebie gałązka”.

Twórczość ks. Twardowskiego to przede wszystkim wielka poezja religijna: wiersze nienarzucające się, a trafiające prosto w serce. Nikt wrażliwiej niż on nie ukazał piękna Ewangelii i dobroci Boga. Nikt delikatniej niż on nie potrafił mówić z niewierzącymi. Ks. Twardowski lubił niewierzących, znajdował właściwy język w rozmowie z nimi. W poezji zapewniał: „nie przyszedłem pana nawracać (…) po prostu usiądę przy panu/ i zwierzę swój sekret/ że ja, ksiądz/ wierzę Panu Bogu jak dziecko”.

Ksiądz Jan zawsze chętnie wyjeżdżał na wakacje na wieś. Jako dziecko spędzał je w Druchowie, majątku stryja, potem będąc kapłanem na lato przenosił się do Lipkowa. Przyroda zawsze była jego wielką miłością i stałym tematem wierszy. Ksiądz chętnie czytywał książki przyrodnicze, zbierał zielniki. „Widzę urok szpaka, wilgi, dzikiego królika, szorstkowłosego wyżła. To samo światło pada na ludzi, na koniki polne i świerszcze” – mówił. I pisał, np. w „Suplikacjach”: „Boże po stokroć święty, mocny i uśmiechnięty – /Iżeś stworzył papugę, zaskrońca, zebrę pręgowaną – /kazałeś żyć wiewiórce i hipopotamom -/ teologów łaskoczesz chrabąszcza wąsami -/ dzisiaj, gdy mi tak smutno i duszno, i ciemno -/ uśmiechnij się nade mną”.

„Przyroda to pamiątka raju – mówił ks. Jan. – Ludzie sami skazali się na wygnanie z raju. Można powiedzieć, że dziś niszcząc przyrodę w dalszym ciągu opuszczamy raj”.

Ostatnie wakacje ks. Jan spędził w podwarszawskim Aninie pod opieką dr Aldony Kraus. Lubił przebywać na słonecznym tarasie i spoglądać na otaczające dom wysokie sosny. Opalony, w dżinsowej koszuli wyglądał niemal młodzieńczo. Przekorny uśmiech i przenikliwe spojrzenie sprawiały, iż trudno było uwierzyć w to, że ma już 90 lat. „Przewlekła młodość, oto co mi się przydarzyło” – mówił ks. Jan.

Ks. Jan Twardowski został pochowany w krypcie zasłużonych w sanktuarium Opatrzności Bożej w Wilanowie. Co by na to powiedział ksiądz Jan, który najbardziej pokochał wiejskie parafie i nie ukrywał, że najlepiej mu było w „kościele z posadzką od pacierzy wytartą i krzywą (…) gdzie modliłem się, żeby nigdy nie być ważnym”.

Książka „Serce nie od pary. O księdzu Janie Twardowskim i jego wierszach” Waldemara Smaszcza ukazała się nakładem Instytutu Wydawniczego ERICA.

PODCASTY I GALERIE