„Przekroczony dedlajn to fakap” czyli zapożyczenia w polszczyźnie

"Przekroczony dedlajn to fakap, któremu musisz stawić czelendż", na szczęście "jeśli nie potrafisz tego zrobić, zostaniesz odpowiednio skołczowany" - takie wypowiedzi to przykłady, często bezkrytycznego, wprowadzania do polszczyzny zapożyczeń z języków obcych - opowiada PAP prof. Włodzimierz Gruszczyński z SWPS w Warszawie. "Niekiedy to brzmi naprawdę śmiesznie" - dodaje językoznawca.

PAP
„Przekroczony dedlajn to fakap” czyli zapożyczenia w polszczyźnie

Fot. PAP

PAP: Jakie są obecnie główne źródła przenikania do języka polskiego słów z innych języków? Które środowiska najczęściej stosują te zapożyczenia?

Prof. Włodzimierz Gruszczyński: Dziś nowe słowa czerpiemy przede wszystkim z angielskiego. Angielski jest modny, a jednocześnie umożliwia porozumienie w wielu rejonach świata. Najczęściej chyba słowa angielskie pojawiają się w rozmowach i korespondencji pracowników korporacji. Tworzy się tzw. polszczyzna korporacyjna. Dodajmy, że taki sposób mówienia to przeważnie wynik środowiskowej mody i snobizmu, a nie faktycznych potrzeb nazewniczych.

Oto kilka przykładów z internetu – z czegoś w rodzaju słowniczka polskiego „języka korporacyjnego” czy „korposlangu”. „Nie dostaliśmy approvala na tego requesta, forwardnij nam to ASAP (as soon as possible)”; „Sforwarduj draft tego case’a do swojego teamu ASAP, żeby każdy mógł przygotować ekszyn plan przed jutrzejszym deadlinem”; „Korpo to miejsce gdzie czelendżujesz kejsy, fokusując się na ekszyn pointach”; „Czas w korpo płynie od brifu do dedlajnu”; „Przekroczony dedlajn to fakap, któremu musisz stawić czelendż”; „Nie martw się. Jeśli nie potrafisz tego zrobić, zostaniesz odpowiednio skołczowany”.

Polacy są przywiązani do mody na angielski. Bardzo wielu ludzi uczy się u nas tego języka. Przeczytałem niedawno, że pod względem liczby obywateli władających angielskim Polska jest na szóstym miejscu w Europie. To znakomicie. Gorzej jednak, gdy język angielski mieszany jest z polskim na zasadzie makaronizowania – powstaje wtedy tzw. ponglish. Celują w tym właśnie pracownicy wielkich korporacji. Kiedy młody człowiek przychodzi do takiej pracy, zazwyczaj „wpada jak śliwka w kompot” i szybko zaczyna sam mówić w ten sposób. Wydaje się, że na przykład słowo „deadline” czy akronim „ASAP” muszą pojawiać się w wypowiedziach i mailowej korespondencji pracowników korporacji obowiązkowo.

Tak jest, jeśli chodzi o korporacje oraz o świat marketingu czy reklamy. W przypadku informatyki czy elektroniki terminy i quasiterminy przejmujemy razem z technologią; często dla tych słów nie ma polskich odpowiedników. Tak samo w muzyce, gdy mówimy o muzycznych gatunkach, podgatunkach i stylach – jak heavy metal, indie rock, glam rock czy acid jazz.

Czy są pozytywne efekty tego przenikania słów?

Zaletą jest to, że nowe słowa wzbogacają terminologię i poszerzają nasze możliwości komunikacyjne. Jednak stosujmy zapożyczenia z umiarem. Ich nadużywanie jest jak objaw snobizmu, niczym pragnienie pokazania otoczeniu, „jakim ja jestem światowcem”. Notoryczne wprowadzanie do wypowiedzi w języku polskim słów angielskich lub nawet całych angielskich fraz – a raczej pseudoangielskich, kiedy mówimy o dołączaniu do angielskich słów polskich końcówek – może brzmieć śmiesznie, wręcz żałośnie.

Wspomniałem o korzyści, którą jest poszerzanie naszych możliwości komunikacyjnych dzięki nowym terminom. Jest jednak także groźba zjawiska odwrotnego: zawężania możliwości komunikacyjnych w relacjach międzypokoleniowych, kiedy na przykład przy jednym stole usiądzie rodzina i dziadek kompletnie nie rozumie, o czym mówi jego wnuk.

Opowiadał Pan o angielskim. Jak wygląda w Polsce kwestia zapożyczeń z innych języków?

Zapożyczamy ostatnio bardzo dużo słownictwa „kulinarnego”, ponieważ wypada znać zagraniczne potrawy oraz ich składniki. Zaczęło się od włoskiego – od pizzy, spaghetti. Dzisiaj mamy także farfalle, cannelloni, fusilli, które zastąpiły nasze poczciwe wstążeczki, kokardki, muszelki i świderki. Ludzie zapamiętują te włoskie nazwy. Bawi mnie jednak czasem, gdy słyszę, na ile sposobów klienci restauracji lub sklepów starają się wymówić – kalecząc przy tym język włoski – na przykład słowo „gnocchi”. To samo dzieje się przy zamawianiu hiszpańskiej tortilli.

Czy, dla dobra polszczyzny, proces zapożyczeń z języków obcych należałoby jakoś kontrolować? Czy, Pana zdaniem, językoznawcy powinni zacząć w jakiś sposób reagować?

Językoznawcy czuwają nad kulturą języka, nad poprawnością językową, ale nie mogą niczego zabronić, wlepić mandatu. Mogą tylko doradzić Polakom, żeby przy zapożyczaniu obcych słów zachowywali umiar. Tym, którzy słyszą, jak inna osoba nadużywa obcojęzycznych zapożyczeń i którzy dochodzą do wniosku, że to brzmi dziwnie, a nawet komicznie, radziłbym reagować… śmiechem. W rozmowie można także protestować w żartobliwy sposób, zwracając na przykład uwagę: „Przepraszam, ale nie wiem, co to znaczy czelendżować”.

PODCASTY I GALERIE