Kultura i Historia
Bartek Borys

Pablopavo: W Polsce mało wiemy o litewskiej scenie muzycznej

"Na początku trochę się wzbraniałem, bo zawsze jest trudno w ciągu dwóch dni zgrać się z nowymi ludźmi. Ale zdecydowałem się, całe szczęście, wziąć w tym przedsięwzięciu udział" - powiedział w wywiadzie z zw.lt Pablopavo (Paweł Sołtys), polski wokalista reggae i raggamuffin, znany z kapeli Vavamuffin i solowych projektów, m.in. Pablopavo i Ludziki.

Bartek Borys, zw.lt: Jak wrażenia po wileńskim koncercie z Baltasis Kiras?

Pablopavo (Paweł Sołtys): Muszę powiedzieć, że to są straszne wariaty! Tak w ogóle, to jestem bardzo szczęśliwy, że mogłem z nimi zagrać. Uważam, że to jest bardzo ciekawy zespół. A najciekawsze w nich jest to, że mają kilka oblicz. Wczoraj byłem na ich koncercie, który grali w klubie „Tamsta” i to było o wiele bardzie rockowe. Grali też z innym perkusistą. To jest taka hippisowska ekipa, powiedziałbym. To jest bardziej grupa przyjaciół, którzy po prostu grają, niż taki zespół w sensie zawodowym. I to mi się podoba. Nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, ale jak oni grają, to wszyscy się do siebie uśmiechają. Jest dużo radości na scenie. To jest fajne. Wydaje mi się, niestety, że w Gdańsku zagraliśmy trochę lepiej. Mieliśmy też wtedy dwa dni prób, więc byliśmy przygotowani, a w Wilnie zagraliśmy tak trochę z marszu. Więc pewnie jakieś niedociągnięcia były. Natomiast samo granie z nimi sprawia mi dużą przyjemność.

W jaki sposób doszło do Waszej współpracy i pierwszego koncertu, który zagraliście w Gdańsku na początku września?

Przemek, który był odpowiedzialny za część programu festiwalu „Wilno w Gdańsku”, zaproponował mi tą współpracę. Znał moją twórczość z płyt i zapytał, czy nie chciałbym wystąpić na tej imprezie. Prawdę mówiąc na początku trochę się przed tym wzbraniałem, bo zawsze jest trudno w ciągu dwóch dni zgrać się z nowymi ludźmi. Ale kiedy posłuchałem jak chłopaki z Baltasis Kiras grają, zdecydowałem się, całe szczęście, wziąć w tym przedsięwzięciu udział.

Myślisz, że te dwa koncerty, w Gdańsku i w Wilnie, były tylko epizodem, czy chcielibyście kontynuować współpracę i jeszcze kiedyś razem zagrać?

Jeszcze nie mówiłem o tym chłopakom, ale bardzo chciałbym ich ściągnąć na koncert do Warszawy, bo uważam, że są świetnym zespołem. Warto by ich było w Polsce pokazać bo niewiele tam wiemy o młodej litewskiej scenie muzycznej. Natomiast jeśli chodzi o współpracę, to nie wykluczam takiej możliwości. Nie chcę używać zbyt górnolotnych słów, ale w czasie koncertów złapaliśmy taką myśl porozumienia, powiedziałbym, ponad muzyczną. Lubię to w swojej pracy, że mam wiele okazji do tego, by jeździć po świecie, poznawać ludzi i czasem nieoczekiwanie można znaleźć przyjaciół, w różnych miejscach, zarówno w Etiopii jak i na Litwie.

Chciałbym zapytać o scenę litewską? Znasz jakieś kapele z Wilna lub z innych miast?

Kilka lat temu przyjeżdżałem grać w Wilnie soundsystemy i koncerty z muzykami reggae i znałem tą scenę i kilku wykonawców. Z tego co wiem wielu ludzi, którzy wtedy udzielali się muzycznie, wyjechała z Wilna. Natomiast sam do siebie mam pretensje, że tą scenę znam za mało. Podejrzewam, że niestety w drugą stronę jest podobnie i polskie zespoły niespecjalnie są znane na Litwie. Myślę, że fajnie byłoby to zmienić. I tego typu festiwal może być pierwszym krokiem. Może ci ludzie, którzy byli dzisiaj na koncercie, zainteresują tym, co ja robię. Podobnie w Gdańsku z tymi, którzy usłyszeli Baltasis Kiras i kilku innych wykonawców, którzy wtedy grali.To jest trochę dziwne, że jesteśmy tak blisko siebie, ale w sumie mało się znamy. Jest to trochę smutne i fajnie by było to zmienić na lepsze.

Może tym pytaniem wybiegam zbyt daleko w przyszłość, ale wyobrażasz sobie, że w przyszłości mógłbyś nagrać płytę z projektem nazwanym, powiedzmy, Pablopavo i Baltasis Kiras albo Pablopavo i Tautvydas [wokalista Baltasis Kiras]?

Jak już mówiłem wcześniej, nie wykluczam. Ale muszę przyznać, że ostatnio jestem mocno zapracowanym muzycznie człowiekiem. Podjąłem dużo wyzwań, jeśli chodzi o różne projekty. Ale czemu, na przykład, nie wrócić do tego za rok, spotkać się z chłopakami i spróbować coś razem zrobić? To byłoby ciekawe. Wczoraj byłem na ich klubowym koncercie w klubie „Tamsta” i to, jak oni zagrali, to był poziom światowy. Sam klub „Tamsta” skojarzył mi się z najfajniejszymi klubami muzycznymi w Londynie. Jest dobry dźwięk, fajny wystrój, a ludzie przychodzą nie tylko na piwo, ale też po to, żeby posłuchać kapel. Czego na przykład w Polsce nie ma. Brakuje mi tego, że ludzie nie idą na konkretną kapelę, ale mają swój klub rockowy, do którego co weekend idą posłuchać muzyki. A później mogą powiedzieć, że u byli na koncercie, na przykład, „Manic Street Preachers” zanim byli sławni. Zazdroszczę trochę mieszkańcom Wilna takiego miejsca, bo w Warszawie są co prawda dobre kluby do grania, ale duże. Takie na osiemset osób. A „Tamsta” to jest taki klasyczny, rockowy klub dla dwustu osób.

W takim razie myślisz, że mógłbyś do Wilna przyjechać z jednym ze swoich projektów i zagrać np. w „Tamście”?

Kilka lat temu grałem już w Wilnie z Vavamuffin. Ale wczoraj ten klub podobał mi się na tyle, że na pewno pogadam z naszym menadżerem i będę go namawiał, żebyśmy tu znowu zagrali. Często jeździmy na koncerty do Finlandii, gramy sporo na Łotwie, a tą Litwę dotychczas tak trochę omijaliśmy. Szkoda, bo czemu nie mielibyśmy zrobić takiej trasy, w ramach której zagralibyśmy na Litwie, Łotwie i w Estonii, a dopiero później w Finlandii.
Nie mogę nic w tej chwili obiecać, ale będę próbował. Oczywiście, zainteresowanie musi też być z drugiej strony. Ktoś w klubie w Wilnie musi stwierdzić, że organizacja takiej imprezy mu się opłaca. Zobaczymy. Póki co mogę powiedzieć, że spędziłem w Wilnie dwa fantastyczne dni i na pewno chciałbym tu wrócić.

Jeśli chodzi o polskie kapele, to Paprika Korps, którym organizuje koncerty, podobnie jak i Vavamuffin, wydawnictwo Karrot Kommando, jest dość znanym zespołem na Litwie. Przynajmniej wśród ludzi, którzy słuchają reggae.

Tak, Paprika Korps to jeden z tych zespołów, który jest bardziej znany poza granicami Polski niż w samej Polsce. Oni kiedyś wyszli z założenia, całkiem słusznego zresztą, że będą jeździli na jak największą liczbę koncertów, nawet za niewielką sumę pieniędzy, albo wręcz za zwrot kosztów podróży i udało im się przejechać z koncertami niemal całą Europę. My też gramy z Vavamuffin dużo, ale częściej gdzieś w Europie Zachodniej, czy w USA, niż w Europie Wschodniej. To mnie zawsze trochę bolało, bo ja z szeroko pojętym Wschodem czuję się o wiele bardziej związany.

Co do koncertów, chciałem Was zapytać o wrażenia z koncertu w Afryce, bo jakiś czas temu grałeś z Vavamuffin w stolicy Etiopii, Addis Abebie.

Na początku myśleliśmy, że ktoś sobie robi z nas żarty, bo nie spodziewaliśmy się zaproszenia
z Etiopii. Zaprosiły nas dwie dziewczyny, Polki, absolwentki afrykanistyki, które mieszkały w owym czasie w Etiopii. Tam co roku odbywają się „Dni Polskie”, ale ambasada polska zapraszała dotychczas wykonawców raczej w stylu zespołu „Mazowsze”. Dziewczyny nie pracowały co prawda w ambasadzie, ale w organizacjach charytatywnych lecz z ambasadą miały kontakt. Udało im się namówić ludzi w ambasadzie, że warto pokazać tym razem trochę innych, młodszych polskich wykonawców. Były to oczywiście spore koszty, żeby dla dziesięciu osób opłacić samolot i tygodniowy pobyt. Organizacją naszego pobytu zajęły się wspomniane dziewczyny, które znają zarówno język amharski, jak i samą Etiopię, więc był to pobyt wybitnie nieturystyczny. Budziliśmy się o szóstej rano nad jeziorem Awasa, widzieliśmy jak przypływają rybacy, tak jak przypływali od dwóch tysięcy lat. Fantastyczna przygoda. Etiopia jest pięknym, choć biednym krajem. Co ciekawe, poza okolicami granic z Somalią i Erytreą, jest to kraj bezpieczny. Ludzie w Etiopii są bardzo religijni i mają tam stosunkowo mało przestępstw, mimo ogólnej biedy, w porównaniu z, na przykład, Jamajką. Ktokolwiek będzie miał okazję – polecam wyjazd do Etiopii. W Addis Abebie graliśmy, na naszą prośbę, darmowy koncert. Wiedzieliśmy, że na koncert płatny przyszłaby tylko garstka ludzi, a na koncercie bezpłatnym mieliśmy normalną publiczność, na której nam zależało.

Jaki był odbiór Waszego koncertu przez publiczność?

Na początku było trochę dziwnie, bo publiczność w Etiopii raczej nie klaszcze w czasie przerw między piosenkami. Znakiem, że ludziom podoba się Twoja muzyka jest to, że tańczą. Graliśmy w miejscu, które mógłbym określić jako coś w stylu socjalistycznej Sali Kongresowej w wersji mini. Tak bym to określił. Był to budynek z czasów, kiedy komuniści z Hajle Mengistu na czele rządzili Etiopią. Ale wracając do koncertu. Po trzecim numerze ludzie zaczęli wychodzić spod sceny, gdzie były krzesełka, więc myśleliśmy, że im się nie podoba. Okazało się jednak,
że im się spodobało i szli w kierunku dwóch platform, które były po obu stronach, na których jest miejsce do tańca. Mieliśmy też trochę przygód, bo jedna osoba z publiczności weszła w czasie koncertu na scenę, minął ochroniarzy i zaczął z nami śpiewać. Ogólnie bisowaliśmy dwa razy, więc myślę, że nasz występ był pozytywnie przyjęty. Muszę jednak przyznać, że mieliśmy pewne obawy, bo polskie reggae w Etiopii to było trochę jak wywożenie drewna do lasu. Pytałem ludzi o wrażenia i mówili, że zagraliśmy fajnie, że było dużo energii.
W Etiopii mają w ogóle świetnych śpiewaków, jak chociażby Teddy Afro, który jest wielką gwiazdą w Etiopii. Jest też Eyob Mekonnen, który dwa lata temu niestety zmarł, ale w czasie naszego pobytu też był tam bardzo znany.

Co, poza Addis Abebą, mieliście okazję zobaczyć i co zrobiło na Tobie szczególne wrażenie?

Na pewno wspomniane wcześniej Jezioro Awasa. To była taka Afryka jak z filmów. Fauna i flora robi duże wrażenie. Na przykład marabuty, które wyglądają jak taki pan profesor, który wygląda jak nauczyciel z gimnazjum, tylko ma tak z półtora metra. Etiopia jest jednak duża i w ciągu tygodnia nie mieliśmy okazję zobaczyć chociażby starej stolicy, gdzie według legend przechowywana jest Arka Przymierza. Nie zobaczyliśmy, niestety, także słynnych etiopskich kościołów z III czy IV wieku n.e. Obiecuję sobie jednak, że do Etiopii jeszcze wrócę.

Miałeś wcześniej jakieś wyobrażenie na temat Etiopii na podstawie książek, takich jak chociażby „Cesarz” autorstwa Ryszarda Kapuścińskiego?

Z Kapuścińskim jest taki problem, że to jest świetna książka, ale jednak napisana pod pewną tezę. Autor rozmawiał z bohaterami swojej książki już po upadku rządów cesarza Hajle Sellassje i w związku z tym książka jest bardzo jednostronna. A kiedy porozmawiasz z Etiopczykami to zrozumiesz, że jego czasy bardzo trudno jest ocenić tak bardzo jednoznacznie. Zwłaszcza w kontekście tego, co się stało później, czyli przejęcia rządów przez etiopskich komunistów z Mengistu na czele. Wracając jednak do mojego wyobrażenia Etiopii przed wyjazdem. Wydawało mi się, że będzie tam dużo gorzej, niż było w rzeczywistości. Wiedziałem, że jest to biedny kraj, ale spodziewałem się, że będzie raczej miejscem niebezpiecznym, gdzie stosunek ludzi do obcokrajowców będzie negatywny. A okazało się, że jest wprost przeciwnie. Spotkałem się po prostu z dobrem, krótko mówiąc. Wszyscy nas przyjmowali bardzo pozytywnie, a wcale nie musieli. Byliśmy na koncertach etiopskiego jazzu, gdzie kapele składały się zarówno
z Etiopczyków jak i obcokrajowców, którzy przyjechali do Etiopii po naukę u starych mistrzów. Sam wyjazd był też bardzo pouczający bo w tym samym roku mieliśmy też trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych, a później pojechaliśmy do Etiopii. I zobaczyliśmy, w jak różnych warunkach żyją ludzie. Przeskok z Nowego Jorku do Addis Abeby był ogromny i nauczył nas pewnego dystansu do świata. To była dla nas wszystkich w zespole dobra lekcja.

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!