Kultura i Historia
Bartek Borys

Hiszpański fotograf Mario Zamora: Staram się być niewidzialny

"Nie krzyczałem, nie walczyłem, moje zdjęcia robiły to za mnie" - powiedział w rozmowie z zw.lt Mario Zamora, hiszpański fotograf. Na jego zdjęciach, dokumentujących protesty w Hiszpanii, największe wrażenie robią ludzie i ich emocje.

Bartek Borys, zw.lt: Fotografie pokazujące demonstracje w czasie protestów w Walencji w 2012 roku były pierwszymi zdjęciami Twojego autorstwa, które zobaczyłem. Jakie było Twoje nastawienie do wydarzeń, które zaczęły się rok wcześniej i są znane zarówno pod nazwą hiszpańskich protestów, jak i Ruchu 15-M? Byłeś zaangażowany w antyrządowe demonstracje od samego początku, czy też dołączyłeś później, już w Walencji?

Mario Zamora: Według mnie Ruch 15-M był początkiem wielu innych ruchów i idei, które zmieniły Hiszpanię taką, jaką znaliśmy wcześniej. Namioty i obozy stawiane na placach miast, zgromadzenia i demonstracje w tym czasie wznieciły ogień, który ciągle płonie. Można to rozumieć jako czas dla hiszpańskiego społeczeństwa do tego, by stać się bardziej świadomym i utrzymywać związki ze światowymi ruchami protestu, takimi jak Arabska Wiosna czy Ruch „Okupuj Wall Street”. Osobiście protesty były końcem mojej kariery w mediach i początkiem poszukiwań i zaangażowania w politykę, zawsze poprzez obrazy. Dzień wcześniej, zanim wszystko się zaczęło miałem okazję, razem z moimi przyjaciółmi, by przeprowadzić wywiad z José Luisem Sampedro1, który jest jednym z największych intelektualistów w Hiszpanii. Tutaj można zobaczyć wideo, które przygotowaliśmy i które jest kluczem do zrozumienia całej sytuacji.

Wygląda na to, że na Twoich zdjęciach to ludzie są najważniejsi. Na demonstracjach mamy do czynienia z tłumem. W czasie protestów w Walencji po jednej stronie byli ludzie, po drugiej policja. Ale to, co zrobiło na mnie wrażenie, była możliwość zobaczenia ludzkich twarzy, które pokazywały mnóstwo emocji: gniew, strach, zaangażowanie. Czy takie przedstawienie wydarzeń było Twoim celem, czy po prostu efektem tego, że znalazłeś się w centrum wydarzeń?

Chciałem zebrać taki materiał z tych wydarzeń, który byłby inny niż wszystko to, co można było znaleźć w oficjalnych mediach. Oznaczało to dla mnie skupienie się na ludziach, wyrazach ich twarzy, bo w końcu chodziło tam przede wszystkim o nich.

Jak wyglądały demonstracje z perspektywy fotografa? Czy było tam w jakiś sposób niebezpiecznie? Byłeś skupiony bardziej na tym, co działo się miejsce Ciebie, czy raczej koncentrowałeś się na robieniu zdjęć? Miałeś jakieś pomysły, jak powinny wyglądać Twoje zdjęcia, czy raczej dałeś ponieść się wydarzeniom?

W takich sytuacjach zawsze myślę o sobie, jako o uczestniku demonstracji przebranym za świadka. Nie krzyczałem, nie walczyłem, moje zdjęcia robiły to za mnie. Niektóre demonstracje nie są łatwe, tak jak na przykład te w Madrycie czy w Barcelonie, gdzie rzeczywiście było niebezpiecznie, co mogłem zweryfikować osobiście miesiąc później, kiedy zacząłem mój projekt „To the moon and back” (pol. „Na księżyc i z powrotem”), oparty wyłącznie na interwencjach specjalnych jednostek policji używanych do tłumienia demonstracji. Wczesne zdjęcia były tylko pierwszym i bardzo naiwnym podejściem do konfliktu, kiedy jeszcze tak naprawdę nie wiedziałem, co chcę osiągnąć.

Co mnie zaskoczyło w zdjęciach, przedstawiających protesty w Hiszpanii, to brutalność policji. Zastanawiałem się, czy to jeszcze Europa Zachodnia. Ale pomyślałem o hiszpańskiej wojnie domowej z lat 1936 – 1939 i czasach reżimu generała Franco. Wtedy zdałem sobie sprawę, że może gdyby sięgnąć głębiej, do hiszpańskiej historii, wcale nie tak odległej, znaleźlibyśmy tam niemałą tradycję rozwiązywania problemów siłą. Nawet, jeśli to nie jest konieczne. Czy myślisz, że coś w tym może być?

To jest coś, z czym wielu ludzi mogłoby się zgodzić – Hiszpania wcale nie zmieniła się tak bardzo od tamtych czasów. Przypuszczalnie mamy więcej wolności wyboru, żyjemy też lepiej, ale gdzieś w tle są ci sami ludzie hołdujący tym samym ideom. Siły używane do kontrolowania społeczeństwa są, bez żadnych wątpliwości, zdecydowanie nieproporcjonalne do sytuacji. A co najgorsze w tym wszystkim jest to, że teraz, mimo dostępu do informacji, coraz więcej prawdy o prawdziwych wydarzeniach jest ukrywanych.

Jaka w takim razie była Twoja motywacja do robienia fotograficznej dokumentacji protestów? Chciałeś je w ten sposób udokumentować, czy było w tym coś więcej?

W czasie pierwszej demonstracji zdałem sobie sprawę, że dokumentowanie tych wydarzeń jest jedyną drogą do tego, by pokonać system, przeciwko któremu protestowaliśmy. Ale nie starałem się specjalnie pokazywać czy publikować moich zdjęć, głównie dlatego, że było tam wielu lepszych fotografów. Poza tym nie wierzę w media i obawiałem się pewnej ulotności przekazu tych zdjęć. Wtedy zacząłem jednak na poważnie swoją fotograficzną edukację w „BlankPaper Photography School”, gdzie dopiero zrozumiałem, jak uzyskać głębszą perspektywę. To był początek wspomnianego wcześniej projektu „To the moon and back”, który skupiony jest raczej na warstwie emocjonalnej, niż informacyjnej, a sam proces jego powstania zajął mi dwa lata.

W Twoim portfolio znajduje się również inny interesujący projekt „Faces of an intercultural city” (pol. „Twarze wielokulturowego miasta”). Mógłbyś powiedzieć coś więcej na jego temat?

„Faces of an intercultural city” jest projektem wykonanym przy współpracy z fotografem Cándido Cabaną, który zebrał 100 portretów mieszkańców (pochodzących z 40 państw) miasteczka Castellón. To był, jak to się mówi, projekt z cyklu artivism (pol. od angielskich słów „art” – „sztuka” oraz „activism” –„aktywizm”), w którym chcieliśmy podnieść kwestię przynależności, tożsamości, rasizmu, patriotyzmu i budowania wspólnoty. Dołączyliśmy w tym celu do światowego projektu fotograficznego „Inside-Out”. Więcej informacji można znaleźć na ich facebookowym profilu oraz na mojej stronie.

Kiedy zacząłeś się interesować fotografią?

Mój pierwszy kontakt z fotografią miał miejsce, z tego co pamiętam, we Włoszech, około roku 2008. Podróżowałem wtedy z kilkoma znajomymi z uczelni i miałem okazję korzystać z ich aparatów. Swój pierwszy zdobyłem kilka miesięcy później.

Jakiego aparatu używasz obecnie? Preferujesz oldskulową fotografię analogową, czy trochę bardziej komfortową fotografię cyfrową?

Teraz korzystam głównie z Canona 5D Mark II, ale ostatnio pracowałem też z małym aparatem Fujifilm, który pozwala mi na bycie zarówno szybszym, jak i bardziej dyskretnym. Wybrałem fotografię cyfrową, bo jest prawie darmowa i natychmiastowa, jeśli chodzi o wykonywanie zdjęć. Kocham fotografię analogową, jednak myślę, że powinniśmy iść z duchem czasu.

Kto jest Twoją największą fotograficzną inspiracją?

Takich inspiracji, co oczywiste, mam wiele. Większość z nich pochodzi od świetnych przyjaciół i zarazem profesjonalistów, takich jak Julián Barón, Alejandro Marote i Óscar Monzón, wszyscy oni są członkami szkoły i kolektywu „BlankPaper”, który, moim zdaniem, zmienia całkowicie perspektywę fotografii w tym kraju. Hiszpania jest obecnie pełna utalentowanych fotografów, co można zobaczyć chociażby na przykładzie projektów Joana Fontcuberta, Jona Cazenave, Davida Hornillosa czy Rohan Thapa, by wymienić tylko kilku. Jeśli chodzi o zagranicznych fotografów, których lubię i cenię, są to Paul Graham, Viviane Sassen, Wolfang Tillmans czy też Adam Broomberg & Oliver Chanarin, którzy w dzisiejszych czasach robią na prawdę kawał dobrej roboty.

Na Twoim profilu na stronie flickr.com widziałem bardzo wiele zdjęć z Twoich podróży po Europie i Azji. Czy były to tylko zdjęcia wykonane przez fotografa – turystę, czy też powstały w ramach któregoś z Twoich projektów?

Zdjęcia, o które pytasz, powstały już jakiś czas temu. Wtedy szukałem po prostu perfekcji i pięknych, pojedynczych obrazów, wykonywanych bez żadnego głębszego celu. Były po prostu dokumentacją dla danego czasu i miejsca. Teraz czuję, że jestem bardzo daleko od takiej perspektywy i pracuję raczej nad konceptami i formą w ramach pewnych projektów. Staram się robić takie zdjęcia, tutaj i za granicą, ale teraz jeszcze nie wiem, dokąd mnie zaprowadzą. Teraz dalej robię tego typu zdjęcia, ale raczej tylko dlatego, że pozwalają ćwiczyć moje fotograficzne oko.

Czy Twoje fotografie można znaleźć w drukowanych publikacjach bądź zobaczyć na wystawach?

Staram się opublikować zdjęcia, które zrobiłem w ramach projektu „To the moon and back” w formie książki, która jest już prawie gotowa. Mam nadzieję, że będzie wydana w przyszłym roku, przy pomocy kilku wydawnictw. W szkole „BlankPaper” w Madrycie można zobaczyć niewielką wspólną wystawę, w ramach której zobaczyć można pewną część wspomnianego projektu. Natomiast pierwszą wersję książki będzie można zobaczyć na wystawie w Centrum Sztuki Współczesnej w Huarte, świetnym muzeum niedaleko Pampeluny. Poza tym, wybór moich prac można znaleźć na mojej stronie internetowej.

Wśród Twoich prac znaleźć można wiele portretów. Wygląda na to, że nie boisz się fotografować ludzi z bliska. Ale wielu fotografów, zwłaszcza początkujących, czuje strach przed wchodzeniem w bliższą interakcję z ludźmi, których chcieliby sfotografować. W jaki sposób Ty do tego podchodzisz? Rozmawiasz z nimi prosząc o możliwość zrobienia zdjęcia?

W moim przypadku jest zupełnie odwrotnie. Na początku, kiedy dopiero zaczynałem robić portrety obcych ludzi, czułem się bardzo komfortowo i zawsze pytałem o zgodę. Teraz raczej staram się być niewidzialny.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!