Aleksander Radczenko. Cień Słońca (urywek z powieści)

Portal zw.lt zamieszcza urywek z powieści „Cień Słońca” wileńskiego blogera Aleksandra Radczenki. Od poniedziałku książkę można będzie nabyć w wileńskiej księgarni „Elephas” (ul. Olandu 11), księgarni w Ejszyszkach (ul. Raubiškių 1) oraz w księgarniach internetowych e-ksiegarnia.lt oraz ewka.lt.

zw.lt
Aleksander Radczenko. Cień Słońca (urywek z powieści)

Fot. Ewelina Mokrzecka

— Wiesz już, kto pod tobą kopie..? — Ten głos. Znał go. Słyszał go kiedyś. Chyba we śnie. Honest w domowym szlafroku ze szklanką whisky rozejrzał się po pokoju. W kominku cicho potrzaskiwały drwa. Było ciepło, chociaż za oknem dudniły o szyby ciężkie krople zimnego, prawie jesiennego deszczu. Czasami miejscowy klimat płatał takie figle i w środku lata następowało gwałtowne oziębienie. Pusto. Znał ten głos, ale nadal nie mógł się zorientować, skąd dochodził. Honest przyjrzał się uważnie meblom w pokoju. Jego wzrok ponownie zatrzymał się na olbrzymim lustrze, zawieszonym po środku drugiej ściany. Nagle zmaterializowała się w nim postać wysokiego faceta, ubranego w niebieską, jeansową kurtkę i takież spodnie. Jego gęsto owłosiony, nagi tors, zdobił przerażający tatuaż, przedstawiający mitycznego bazyliszka, szykującego się do skoku. Długie, białe włosy, nierówną kaskadą spadały mu na twarz i plecy.

Honest przyglądał się facetowi w lustrze z wyrazem osłupienia na twarzy. Zresztą nie był pewien, że to są słowa faceta z lustra. Ten bowiem przez cały czas nie poruszył nawet ustami, by wydobyć z siebie chociażby jeden dźwięk. Słowa rodziły się gdzieś wewnątrz jego głowy. Nadal nie drgnął nawet kącik ust na twarzy białowłosego giganta w zwierciadle, a jednak Honest zrozumiał, że słowa zostały wypowiedziane właśnie przez niego. Wiedział już, kim jest mężczyzna w lustrze:

— Luke?!
— Zgadza się! — tym razem nazwany Lukem wyszczerzył końskie zęby o brudnawo-żółtym kolorze w parodii uśmiechu.
— Czy… — Honest oblizał ciężkim jak młot kowalski językiem wargi, które nieoczekiwanie stały się suche, jak drewno przygotowane na opał. — Czy to już koniec?

— Koniec? — Luke roześmiał się. — Nie wiem! Wy, ludzie, macie wolną wolę i sami decydujecie o tym, kiedy nadchodzi koniec. Czasami nawet o tym nie wiecie… Ty także masz prawo na podjęcie tej decyzji. Możesz mieć jeden, a możesz mieć cztery lub dziewięć końców. Niestety, tylko nie możesz mieć dziewięciu żywotów. Nie jesteś kotem… — Luke ponownie się roześmiał. Konwersacja z przerażonym politykiem wyraźnie sprawiała mu dużo radości.
— Nie rozumiem… Mam jedno życie, a mogę umierać dziewięć razy? — zdziwił się Honest.

— Możesz umierać nawet tysiąc razy. Śmierć ciała jest bowiem niczym w porównaniu ze śmiercią ducha. Niektórzy ludzie decydują się na tę ostatnią jeszcze w dzieciństwie, a potem żyją lat pięćdziesiąt lub nawet sto, przekonani o słuszności wybranej drogi. Sid Vicious natomiast uważał, że lepiej jest zejść przed 25-ką…
— Uważasz go za świętego?
— Nie. Uważam, że był równie głupi, jak ty. Ale jego naiwność ma pewien urok, nie sądzisz?
Honest jednym ruchem prawej ręki wydobył z szuflady ciężkie „Magnum”. Ostatnio się z nim nie rozstawał. Odbezpieczył rewolwer.

— Do kogo masz zamiar strzelać: do mnie czy do siebie? — zapytał z nieukrywaną drwiną w głosie Luke.
— Nie wiem… — Honest rozmawiał raczej sam ze sobą niż z Lukem. — Nie jestem pewien…
Luke pokiwał głową, wyrażając zrozumienie dla dylematów moralnych Honesta:
— Ostatnio spotkałem pewnego księdza. Miły gościu. Rozmawialiśmy z nim w konfesjonale. Dyskutowaliśmy o relatywizmie dobra i zła. A dziś się ten miły gościu powiesił. Tak bez żadnej przyczyny, nie zostawiając listu pożegnalnego. Ubrał piżamkę do snu, zasłał łóżko, wybrał lekturę do poduszki. I powiesił się… Niezrozumiałe są ścieżki… Chciałbym ci coś doradzić, ale, niestety, tę decyzję musisz podjąć sam…

— Więc po co tu jesteś? — głos Honesta zabrzmiał nieprzyjemnie ostro.
— Chciałem cię poinformować… Chciałeś być podobny do nas, więc jesteś! Moje gratulacje, Adamie — jesteś jednym z nas — roześmiał się szyderczo Luke. Polityk spojrzał na rewolwer, potem powoli przeniósł wzrok na Luke’a. Spotkał się ze swoim zmęczonym spojrzeniem. W lustrze było tylko jego własne odbicie.

Luke siedział w dużym skórzanym fotelu przy samym ogniu, grzejąc ręce w jego płomieniach.

— Fajny whiskacz. Ile ma lat? — spytał wskazując na butelkę Bowmore’a, stojącą na stoliku.
— Piętnaście… — odparł Honest, pociągając spory łyk ze swojej szklanki. Luke był jego ostatnią nadzieją. Od dwóch tygodni próbował natrafić na ślad włamywaczy. Wiedział, że ktoś zbiera na niego kompromitujące materiały. Ale nie wiedział – kto. Wydobył z pudełka cygaro. Ostrożnie okroił koniec i nie spiesząc się – przypalił. Luke wydostał fajkę z paczki „Kent Superlight” i również zapalił:
— Wiesz, że zwijanie cygar jest wielką sztuką? — spytał Honesta. Poseł kiwnął głową, zgadzając się z tym stwierdzeniem. — Produkcją cygar zajmują się głównie kobiety. Kubańskie są zwijane z jednego liścia. Hawańskie koleżanki Carmen, jak każe tradycja, zwijają cygara na odsłoniętej skórze uda. Od rodzaju potu zależy smak, czyli wartość cygara… Nie przeszkadza ci to?

— Nie — odparł Honest. — Przynajmniej wiem, że palę tytoń, czego ty o swoim „Kencie” powiedzieć nie możesz…
Przez chwilę w milczeniu przyglądali się kłębom dymu, unoszącym się pod wysoki sufit.

— Pomożesz mi? — przerwał ciszę Honest.
Luke powoli napełnił szklankę trunkiem, wrzucił dwie kostki lodu i dopiero wtedy odparł:
— Tak się składa, że pomogę… Ale to będzie cię kosztować — powiedział Luke, bacznie przyglądając się politykowi.
— Przecież powiedziałeś, że już jestem jednym z was…
— Drużba drużboj, a służba służboj — zacytował rosyjskie przysłowie Luke. — Dogadamy się…

PODCASTY I GALERIE