Adam Nowak: Każdy występ musi być trochę jak cyrk

Występ przed publicznością, która wcześniej nie znała naszych piosenek, nazywam ciekawszym graniem. To weryfikuje siłę oddziaływania utworów, które wykonujemy - powiedział w rozmowie z wileńskimi dziennikarzami Adam Nowak, lider zespołu Raz Dwa Trzy. Krótkie spotkanie z mediami po koncercie w Domu Polskim miało być okolicznościowym wywiadem na oklepany temat Co sądzicie o wileńskiej publiczności, zamieniło się jednak w rozmowę wielowątkową.

Małgorzata Kozicz
Adam Nowak: Każdy występ musi być trochę jak cyrk

Fot. Bożena Mieżonis

Oczywiście, pytanie o wileńską publiczność musiało paść jako pierwsze.

Adam Nowak: Jak jeździmy w Polsce w rejony wschodnie, zawsze jesteśmy przyjmowani z niezwykłą życzliwością. Im dalej na Wschód, tym ta życzliwość jeszcze bardziej wzrasta. Jeżeli jest się pierwszy raz w Wilnie, odczuwa się taki przypływ i przepływ życzliwości, zaciekawienia i serdeczności.

Na wstępie powiedział pan, że różne rozmowy na temat koncertu dla Polaków na Wschodzie odbywały się od roku 1990. Opłacało się tyle czekać?

Wydawałoby się, że spotkanie z publicznością po 24 latach powinno być bardziej spektakularne, ale myślę, że nie. Dobrze jest, że to normalne spotkanie, że nie w tym jakiegoś fajerwerku. Że to jest właśnie taki normalny koncert, na który przyjeżdża zespół z Polski, dla Polaków mieszkających w Wilnie. Chociaż nie mam żadnych korzeni wileńskich, jest to dla mnie przeżycie sentymentalne, ze względu na różne zdarzenia, które miały miejsce w długoletniej historii Litwy i Polski. Mam wrażenie, że przyjeżdża się do miejsca, w którym się jest oczekiwanym.

Na sali było dzisiaj wiele osób starszych. Czy tak wygląda wasza publiczność także w Polsce?

Gramy od 24 lat, kiedy zaczynaliśmy miałem 26 i nasza widownia miała 20-25 lat. Dzisiaj ma 50 – siłą rzeczy. Ale z tą widownią przychodzi sporo młodych ludzi. Nie zamierzamy udawać młodszych niż jesteśmy, akceptujemy i jesteśmy zaciekawieni dojrzałością naszej widowni oraz tym, że pojawiają się młodzi ludzie. To naturalna kolej rzeczy, że jak artysta dojrzewa i gra przez 25 lat, to publiczność dojrzewa razem z nim. Dużo jest też koncertów, na które przychodzą trzy pokolenia – dzieci, rodzice i dziadkowie. To niezwykłe zdarzenie, bo sztuka nie jest dla wszystkich, ale okazuje się, że trzy pokolenia znajdują jakąś wspólną wartość w tym, co robimy.

Wielu ludzi na widowni nie znało wcześniej waszej twórczości.

Gdy publiczność przychodzi na koncert, a nie zna naszych piosenek i nie zna nas, dla mnie to jest ciekawsze granie. Część ludzi po raz pierwszy ma kontakt z piosenkami, których w większości nie zna. To jest prawdziwa siła oddziaływania piosenki, której widz poprzednio nie słyszał w radiu czy w telewizji. To jest dla mnie niezwykłe, bo weryfikuje siłę piosenek, które wykonujemy i okazuje się, że one mają swoją wartość, która nie musi być poparta popularnością w mediach. To jest dla mnie bardzo, bardzo ważna informacja. Cieszę się z takich spotkań, bo nie są komercyjnie napędzonym zdarzeniem. Ludzie przychodzą z określonego powodu do określonego miejsca.

Jak by pan określił twórczość zespołu Raz Dwa Trzy?

Ja się zajmuję śpiewaniem piosenek, a nie definiowaniem tego, co robimy. Po prostu gramy i śpiewamy piosenki, które wydają nam się ciekawe, które coś niosą, niosą jakąś wartość, dzięki której ludzie po wysłuchaniu koncertu nie wracają z pustą głową.

Pewna zakonnica filmowała non stop wasz koncert. Czy niektóre wasze piosenki można określić jako religine?

Nie jesteśmy zespołem religijnym. Jest kilka piosenek, które wynikają z wątpliwości duchowych i próbują rozważać to, co nie jest oczywiste. Myślę, że to rozważanie i te wątpliwości są bliskie bardzo wielu ludziom. Ten, kto wszystko wie na pewno, dla mnie jest osobą niebezpieczną. Rzadko przebywam z ludźmi, którzy wiedzą coś na pewno, bo życie nie jest jednoznaczne i nikt nie ma recepty na to, jak powinno wyglądać. Zajmuję stanowisko, które hołubi wątpliwości, jestem osobnikiem, który przysłuchuje się światu i jest zaciekawiony ludźmi.

W praktycznie niezmienionym składzie gracie niemal od początku istnienia zespołu. Jaka jest recepta na tak długie wspólne granie?

Myślę, że to, co jest receptą dla wszystkich ludzi, którzy chcieliby się znosić nawzajem. Sukces jest tam, gdzie jest życzliwość, cierpliwość, gdzie się załatwia trudne sprawy najszybciej, jak tylko można, kiedy się mówi otwartym językiem, kiedy się ma szacunek dla ludzkiej słabości, a to wcale nie jest łatwe. To jest też umiejętność znoszenia samego siebie i wsłuchiwania się w zdarzenia, które następują, bo trzeba z tych zdarzeń wyciągać jakieś wnioski.

Na Litwie byliście przedstawiani jako jeden z najlepszych i najciekawszych polskich zespołów. Co sądzicie o takim określeniu?

Nie przywiązujemy wagi do takich ocen, bo nie startujemy w żadnym wyścigu, w związku z tym ani nie musimy, ani nie możemy, ani nie chcemy być najlepsi. Chcemy się porozumiewać z publicznością bez zakłóceń. To jest nasze hobby i to hobby jest dla nas bardzo ważne, bo wychodząc na scenę, trzeba być całym oddanym zajęciu, które się wykonuje. Trzeba wychodzić z czystym umysłem i z czystym sercem. Trzeba szanować słuchacza, bez niego nie ma najbardziej nawet ciekawego artysty. Szanujemy publiczność, bo każdy kto siedzi na widowni, jest taką samą osobą jak my. Nasz koncert nie jest występem, tylko rozmową, chociaż my się wypowiadamy przez prawie dwie godziny. Ja to jednak traktuję jako rodzaj dialogu, bo bez zwrotu emocji z drugiej strony jest bardzo trudno o prowadzenie koncertu. Nie chodzi o oklaski, tylko o taki zwrot emocji, który następuje.

Skąd wziął się pomysł na łączenie rocka z poezją współczesną?

Kiedyś się śmialiśmy w zespole, że różnica między graniem akustycznym a rockowym polega na tym, że się bardziej odkręca gałkę od wzmacniacza, ale nie do końca tak jest. Rockowcy mają jednak swój etos, wpisany w to jest bunt, niezwykły temperament i niezgoda na schematyczność świata. Nie jestem rockowcem i żaden z nas w zespole nie jest, nie jesteśmy też specjalistami od poezji śpiewanej bo twierdzimy, że czegoś takiego nie ma – albo się czyta poezję i przeżywa, albo się śpiewa dobrą piosenkę z dobrym tekstem. Łączymy ekspresję z liryką. Tajemnicy tego nie znam. Wiem tylko, że jak w każdym spektaklu i w każdym koncercie i w każdym występie musi być trochę tak jak w cyrku – jest zbiór mrówek, jest słoń, jest wąż, jest karzeł, linoskoczek, wagabunda…Musi być ciekawie. Tylko że tej ciekawości nie powinno się osiągać za pomocą zbędnych efektów, a należy się kierować szlachetnymi intencjami.

Nie tylko bez zbędnych efektów, ale nawet bez zbędnych ruchów, a mimo to sala siedzi zapatrzona.

Nie ma w tym reżyserii. Jeżeli następuje taki rodzaj ekspresji, to on jest zupełnie naturalny, jeżeli czasem jest tego więcej, to jest więcej. Ale my nie jesteśmy od biegania na scenie, mamy już swoje lata.

Na waszej stronie internetowej widać, że gracie koncerty co dwa, trzy dni. To wasz normalny tryb?

Gramy około 100 koncertów rocznie. Teraz jednak trzeba będzie wygospodarować trochę czasu na płytę. Zamierzamy wejść do studia w przyszłym roku.

PODCASTY I GALERIE