Wilno i Wileńszczyzna
Antoni Radczenko

Zychowicz w PKD: Uważam się za Litwina, czym wzbudzam kontrowersje

Czy Piłsudski był wielkim Polakiem, czy wielkim Litwinem? I jedno, i drugie, ponieważ przez wieki te dwa terminy uzupełniały się – przekonywał podczas spotkania w Polskim Klubie Dyskusyjnym Piotr Zychowicz, które odbyło się we środę (20 września) w siedzibie Instytutu Polskiego w Wilnie.

Jeden z gospodarzy wieczoru, dyrektor Instytutu Marcin Łapczyński, na wstępie podkreślił, że „postać Piłsudskiego jest bardzo ważna zarówno dla Polski, jak i Litwy”, a moderator dyskusji historyk i politolog Andrzej Pukszto zauważył, że obecnie w Polsce ludzie coraz bardziej interesują się historią, czego dowodem są liczne dodatki przy najważniejszych polskich tytułach medialnych oraz wysokie nakłady książek o tematyce historycznej.

Litewskie korzenie i nacjonalizm

„Strasznie się cieszę i mam ogromną tremę, bo miałem wiele spotkań z czytelnikami, ale to jest najważniejsze. Bo Wilno jest dla mnie najważniejsze” – rozpoczął spotkanie Piotr Zychowicz, redaktor naczelny miesięcznika „Historia Do Rzeczy” oraz autor książek „Pakt Ribbentrop-Beck“, Pakt Piłsudski-Lenin” czy „Żydzi. Opowieści niepoprawne politycznie”, którego przodkowie pochodzili z Kowieńszczyzny.

„Jeszcze mój dziadek mówił o sobie, że jest Litwinem. Też uważam się za Litwina, czym oczywiście wzbudzam w Polsce rozmaite kontrowersje i ludzie nie są w stanie tego zrozumieć. Przez wiele, wiele lat Polacy, Litwini i Białorusini mieszkali na terenie byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego w zgodzie i tworzyli jedną mozaikę kulturową i narodową. Wszystko niestety zaczęło się psuć na przełomie XIX i XX w., kiedy zaczęły się rodzić nowoczesne nacjonalizmy. Kiedy z jednej strony zrodził się ruch litewski, z drugiej bardzo silny polski nacjonalizm” – podkreśli polski dziennikarz. Jak dodał jego ojczyzną wciąż pozostaje Wielkie Księstwo Litewskie, a autorytetami są Żubry kresowe czy wspomniany Józef Piłsudski mówiący o sobie „My Litwini” czy „Chytra Liwina”, myślący „w kategoriach starej Rzeczypospolitej”.

Piłsudski contra Dmowski

Niestety plany federalistyczne Piłsudskiego poniosły fiasko, ponieważ spotkały się z nacjonalistyczną koncepcją Romana Dmowskiego, która ze względu na swój demokratyzm bardziej przemawiała do ogółu. „Nacjonalizm w dużej mierze jest ideologią włościan. Modelowym przykładem, z przyczyn oczywistych, jest nacjonalizm litewski. Księża litewscy, którzy byli rozsadnikiem tego nacjonalizmu, bardzo często byli pochodzenia włościańskiego. I jest mnóstwo śmiesznych historii o tym, jak młodolitewscy księża na parafii spierali się ze starolitewskimi mówiącymi po polsku księżmi. Oczywiście mówimy tutaj o pewnych straconych szansach, ale gdyby wtedy Piłsudskiemu się udało, to poszedłby wbrew Polsce. To był zenit demokracji, zenit państw narodowych. Jestem jednak przekonany, że gdyby ostatni wielki zryw w 1920 r. mu się powiódł, to moglibyśmy koło historii na jakiś czas wstrzymać” – wyjaśnił Zychowicz.

Zresztą idee federalistyczne nie spotkały się ze zrozumieniem nawet w najbliższym otoczeniu marszałka, dlatego umierając Piłsudski czuł się człowiekiem przegranym. To spowodowało, że pod koniec lat 20-tych i na początku lat 30-tych polski obóz władzy coraz bardziej upodabniał się do endecji. Powszechne nastroje nacjonalistyczne miały wpływ też na samego Piłsudskiego, który zezwolił na przykład na pacyfikację Galicji. Właśnie tworzenie państw na bazie etnicznej spowodowało katastrofę lat 1939-40, kiedy najpierw upadła Polska, a później zniknęły kraje bałtyckie. W dużym stopniu sytuacja powtarza się obecnie i poszczególne państwa obserwując „szaleństwa Putina” musiałyby zrozumieć, że „wspólne działanie” leży w ich interesie.

Polacy II kategorii

Budowanie państw etnocentrycznych i odcinanie się od wiekowego dziedzictwa historycznego ma negatywne wpływy również wewnątrz społeczeństwa. „Muszę powiedzieć rzeczy bardzo przykre, bo myślę, że dla koroniarzy jesteśmy Polakami drugiej kategorii. Słowo, które doprowadza mnie do szału to słowo Kresy. Po prostu jak słyszę, że mą ojczyznę zwą Kresami, to mi chcę się wyć. Bo co to są Kresy? To znaczy, że gdzieś jest jakiś rdzeń, jakaś prawdziwa, „prawilna” Polska, a wokół tego są jakieś mgliste Kresy, które mogą być lub może ich nie być? A być może to jest jakaś kraina marzeń czy kraina fantazji? Może to jest kraina malowniczego dworku leżącego na wzgórzu, gdzie białoruskie dziewczyny w białych koszulach śpiewają tęskne pieśni, wychodzi ziemianin i pyka fajeczkę? Może to wszystko nam się przyśniło? Słuchajcie, to nie są żadne Kresy, to są ludzie, to jest Wielkie Księstwo Litewskie, to jest Ruś. Kiedy spojrzy się na mapę z 1772 r. to te Kresy to jest 80 proc. Polski” – ironizował Zychowicz.

Publicysta podkreślił, że pomijanie tzw. Kresów w zbiorowej świadomości Polaków wpłynęło na to, że przez długi czas praktycznie nic nie mówiło się o rzezi na Wołyniu w 1943-44 r.

„Gdyby to się stało na Mazowszu, to jestem przekonany, że powstałyby instytuty, które by się tym zajmowały. Ale tam, to jakieś „piaski wołyńskie”, jacyś ludzie, którzy być może nawet nie mówili po polsku” – podkreślił historyk.

Polityka historyczna i sztuka kłamstwa

Zychowicz jest przeciwnikiem polityki historycznej, aczkolwiek rozumie, że jest czymś nieuniknionym.

„Zastanówmy się przez chwilę, czy człowiek jednocześnie może być wysoki i niski, gruby i chudy – trudno to sobie wyobrazić. Na takiej samej zasadzie nie może istnieć coś takiego, jak polityka historyczna, przynajmniej teoretycznie, bo historia – i tak mnie uczono na Uniwersytecie Warszawskim – jest dochodzeniem do prawdy, czyli ustalaniem jak było w rzeczywistości. Polityka natomiast jest sztuką kłamstwa. Nie ma bardziej skorumpowanego, koszmarnego zawodu na świecie niż polityk, który musi tak oszukać ludzi, aby go wybrali. Więc zestawienie polityki i historii jest z samej zasady idiotyczne. Ale niestety z drugiej strony, wszyscy mają swoją politykę historyczną. Austria przedstawia się, jako pierwsza ofiara Hitlera. Rosja przedstawia się, jako wielki wyzwoliciel Europy Środkowo-Wschodniej, który przyniósł tutaj zdobycze socjalistyczne. Na takiej zasadzie Polska też prowadzi swoją politykę historyczną, ale ja mam ten przywilej, że nie jestem politykiem, senatorem czy dyplomatą, więc nie muszę tego robić” – wyjaśnił Zychowicz, którego zdaniem „polityka historyczna to jest PR-owska kampania państwa”, pokazująca „ to, co jest naszą silną stroną i chowająca to, co jest szkodliwe”.

„Na tej zasadzie polska polityka historyczna wygląda następująco, że głównym zajęciem Polaków podczas II wojny światowej było ukrywanie Żydów i niczym innym się nie zajmowali. Każdy Polak miał swojego Żyda na strychu albo w piwnicy. Więc jak ktoś chce wierzyć w bajki, to oczywiście tak było. (…) Prawda jest o wiele prostsza i bardziej ludzka. W każdym społeczeństwie zawsze są trzy podstawy: 5 proc. bohaterów, 5 proc. świń i 90 proc. ludzi, którzy chcą po prostu przeżyć. Dotyczy to wszystkich możliwych społeczeństw na świecie” – powiedział dziennikarz.

Zychowicz jest również przeciwnikiem gloryfikacji Powstania Warszawskiego, które było „bezsensowną rzezią” oraz operacji ,,Burza” (operacja ,,Ostra Brama” była jej częścią), ponieważ zdekonspirowała przed sowietami polskie państwo podziemne. Co skończyło się dla wielu Akowców więzieniem, łagrem, zesłaniem i śmiercią.

„Uważam, że musimy dyskutować na wszystkie możliwe tematy. Im więcej jest opinii, tym więcej jest dyskusji, tym społeczeństwo jest bogatsze, dochodzi się do ciekawszych wniosków. Absolutnym koszmarem byłoby dla mnie to, gdybym pewnego razu się obudził i wszyscy w Polsce mieliby takie samo zdanie” – podsumował Zychowicz.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!