Wilno i Wileńszczyzna
Helena Gładkowska Kurier Wileński

Wędziagoła — ostoja polskości na Laudzie

Nie tylko parafianie, ale wierni z bliższych i dalszych okolic przychodzą do tej starej świątyni, by uklęknąć przed figurą Ukrzyżowanego, przed którą prawdopodobnie, jak przekazują miejscowi z pokolenia na pokolenie, klękał też Wieszcz Polski — Adam Mickiewicz.

To on pewnego dnia latem przyszedł pieszo z Kowna, w którym wówczas mieszkał, do parafii Świętej Trójcy w Wędziagole, która od wieków cudami tej figury słynie. Słynie także cudem dzisiejszym, bo jest to jedyne miejsce, gdzie na terenach Laudy udało się zachować język polski.

…To stąd „Promienieje dzisiaj patriotyzm na sąsiednie miejscowości, a na tutejsze święta kościelne przyjeżdżają byli mieszkańcy miejscowości („wychodźcy”) z pobliskiej Prejszagoły, Janowa, Bobt, Koszedar, Łabunowa, Łopii, Kowna i dawnych pobliskich zaścianków”.

Jakże więc nie odwiedzić tego unikalnego miasteczka, tym bardziej, że mamy tam jakże wiernych naszych Czytelników, do których w pierwszym rzędzie należy Ryszard Jankowski. Człowiek, bez którego śmiało rzec można, nie byłoby tu w ogóle mowy o polskości. On to, założyciel oddziału ZPL na tych terenach, najlepiej wie, ile trudu trzeba było włożyć, aby właśnie taki oddział powstał, tu na tej ziemi zamieszkałej niegdyś w 90 procent przez Polaków, dziś o wiele mniejszą liczbą — tylko 20 procent się deklarujących.

— Ale jakże może być inaczej — mówi spotykając nas Jankowski. — Jak nie ma szkoły, jak nie ma swoich ludzi w radach — to czyż można mówić o zachowaniu polskości? Jedyne, co nam zostało, to kościół, czyli msza święta, która tu była od wieków i pozostała po dziś dzień. Ale też nie bez walki. Bo oto co przed trzema laty „Kurier” pisał: „Właśnie w tym niedużym miasteczku pod Kownem, w ojczystych stronach Czesława Miłosza, około 30 Polaków na czele z księdzem Litwinem Oskarasem Volskisem wyszło pod bramę parafialnego kościoła pod wezwaniem Świętej Trójcy, aby zaprotestować przeciw dyskryminacji na tle narodowościowym”.

— Był Cud nad Wisłą, a tu był prawdziwy cud nad Wędziagołą” — powiedział wówczas „Kurierowi” uczestnik wiecu Ryszard Jankowski, prezes miejscowego koła Związku Polaków na Litwie oraz zakrystian kościoła Świętej Trójcy. On to wraz z proboszczem Oskarasem Volskisem zorganizował miejscową ludność, aby zaprotestować przeciw dyskryminacji tego liczącego około 1 800 mieszkańców miasteczka w centralnej Litwie. Około 300-400 mieszkańców Wędziagoły – to Polacy”.

Księdza Volskisa w parafii już nie ma. Nie tylko w parafii, ale i na Litwie. Wyjechał do Norwegii.

Ale msze święte w kościele zachowano, zachowano też dawne święta zrzeszające potomków dzielnych polskich rodów Jankowskich, Piotrowskich i Betygolskich-Pilipów oraz wielu innych, którzy po dziś dzień na tych terenach mieszkają. I dlatego wszystkie święta, wszystkie uroczystości są tu obchodzone tak, jak za czasów, kiedy na tych terenach mieszkali ich praojcowie.

— Czyż nie może nie cieszyć taki choćby fakt, że na przykład podczas tegorocznej uroczystości Zesłania Ducha Świętego do Pierwszej Komunii przystąpiła znaczna liczba dzieci parafii wędziagolskiej — mówi zakrystian tego kościoła, Ryszard Jankowski.

Oczywiście takie chwile cieszą, ale jest przecież dzień codzienny, dzień walki o przetrwanie. Bo załatwienie każdej rzeczy dla tutejszych Polaków jest nadal bardzo trudne. Dobrze, że od kilku lat mają swój własny oddział ZPL, mają swą siedzibę.

Jak za chwilę się dowiem, ten schludny, zadbany domek mieszczący się przy ulicy Kiedajniajskiej 26 został podarowany przez gorliwą Polkę, która właśnie taki dar dla wszystkich Polaków zrobiła, by mieli swój dom, gdzie mogą się opłatkiem przełamać, jajkiem wielkanocnym uraczyć, życzenia świąteczne w języku ojczystym złożyć, prasę i książki poczytać i pieśni praojców pośpiewać.

Tym darczyńcą była nieżyjąca już pani Janina Piotrowska, której córka Leonia pracuje jako nauczycielka w Kownie, ale do swej rodzinnej Wędziagoły na wszystkie imprezy nie tylko dojeżdża, ale i pomaga je zorganizować.

A taka organizacja jest tu nadal bardzo trudna, gdyż ludzie się przemieszali — wielu jest napływowych, przybyłych z dalszych zakątków Litwy. Wiadomo, bliżej dużego miasta.

— Rdzenni albo na Sybir zostali wywiezieni, albo repatriowali do Polski. Ci, co zostali, nie mieli i nie mają nadal łatwo — mówi prezes oddziału ZPL. Zamyśla się, a po chwili kontynuuje: „Władze nie pozwalały nam otworzyć szkoły, a nawet niedobrze patrzono na to, że ze sobą rozmawiamy po polsku na ulicy. Rodziców agitowano, aby z dziećmi wcale nie rozmawiali po polsku — bo nie będą mieli żadnej przyszłości. Ostoją polskości był właśnie kościół.
Księża też byli różni, nie wszyscy mówili po polsku, więc msze odprawiano po łacinie, a ja czytałem modlitwy po polsku”.
Po chwili pokazuje nam siedzibę oddziału ZPL, w której mieści się biblioteka. Od kilku lat mają swój portal internetowy, co bardzo udogodniło ich życie, dowiadują się o działalności innych oddziałów, sam prezes pisze o osiągnięciach wędziagolan.
Polacy wędziagolanie są często zapraszani na imprezy polskie, odbywające się w różnych miejscach Litwy, szczególnie w rejonach solecznickim, wileńskim. Starają się nie opuścić żadnej, mimo że nie mają żadnych sponsorów na dojazdy, więc w zasadzie sami je opłacają. — Ale — jak dodała członkini tego oddziału Zofia Pylipienė — najważniejsze dla nas nacieszyć się kontaktami z rodakami żyjącymi w innych krańcach Litwy, siebie pokazać, że istniejemy, z gośćmi z Polski kontakty nawiązać.
Skoro o gościach — to w Wędziagole ich jest zawsze sporo. Miasteczko o tak bogatej historii wabi. Co się tyczy nazwy tego miasteczka, to jest wiele wersji. Jedni wiodą ją od „vandys+galas”, a np. mistrz ludowy, którego poznamy podczas tej wyprawy i któremu osobne miejsce poświęcimy na swych łamach, mówi dowcipnie: „Toż to nic prostszego — nazwa ta pochodzi od Wandy gołej, którą rzeźbię akurat”.

Ludzie tu są przyjaźni, życzliwi, z każdym starszym napotkanym porozmawiacie w języku polskim, a co się tyczy młodzieży — to odrębny temat. Nie znają, nie chcą znać tego języka, ale fakt, że depolonizacja na tych terenach zrobiła swoje — trudno zanegować. I jest właśnie tak, że przy żyjących dziadkach, ojcach — ich dzieci, wnukowie stawiają pomniki dla nieżyjących przodków z napisami w języku litewskim. Mimo sprzeciwu starszego pokolenia. Straszna historia tych ziem zrobiła swoje. Trudno ją ująć w kilku zdaniach, ale faktem jest, że jeszcze przed 80 laty na tych terenach między Kownem, Janowem, Kiejdanami a Poniewieżem Polacy stanowili ponad połowę ogółu mieszkańców. Na Laudzie, czyli w Kiejdanach, Wędziagole, Pacunelach, Wodoktach, które w swoim czasie tak ładnie opisał Henryk Sienkiewicz w „Trylogii”, Polacy stanowili do 90 proc. wszystkich mieszkańców. „Dziś to już tylko nieduży procent. Przedwojenna celowa i usilna lituanizacja zrobiła taką czarną robotę” — mówi Ryszard Jankowski.

Być w Wędziagole i nie uklęknąć przy łaskami słynącej figurze Ukrzyżowanego — byłoby nie do wybaczenia. Podłoga wokół ołtarza starta jest kolanami wiernych. Przed wędziagolską figurą Ukrzyżowanego były wysłuchane modlitwy wielu wiernych, którzy zostawiali wota — znaki wdzięczności za otrzymane łaski. Jest około 120 znaków, część została zagubiona po remoncie. A między innymi w księgach kościelnych po dziś dzień zachował się opis w języku polskim i „grażdanką” tego krucyfiksu: „Ołtarz wielki w prezbiterium, w którym figura ukrzyżowanego Zbawiciela łaskami słynąca snicerskiey roboty, w ramy pozłocone oprawiona, wewnątrz suknem wybita, na suknie zaś są w różnych figurach niewielkich wota srebrne i inne”.

— Na pewno nasze wota daleko nie dorównują tym, które widnieją w Wilnie, przed wizerunkiem, „Tej, co w Ostrej świeci Bramie”, ale tym niemniej dla nas bardzo cenne — mówi Jankowski. — Mamy wśród wielu innych wota patriotyzmu laudańskiego upamiętniające Powstanie Styczniowe, kiedy to ramię przy ramieniu przeciw wojskom carskim pod wspólnym hasłem „Za Wolność Waszą i Naszą” walczyli wszyscy tutejsi mieszkańcy — Polacy, Litwini…
Te wota, niedawno odkryte w ołtarzu kościoła wędziagolskiego, datowane rokiem 1938 (czyli rokiem ponownego nawiązania stosunków dyplomatycznych między II RP a I RL) ufundowały Wilkiewiczówny, wnuczki powstańców 1863 r. I taką umieściły treść: „Dzięki Ci, Jezu, za odzyskanie zgody Litwy z Polską”.

Wilkiewiczowie za udział w powstaniu 1863 r. zostali zesłani na Sybir… Nie wrócili już na Laudę, a w ojczyźnie zostały jedynie ich symboliczne mogiły.
— Cmentarz zwiedzimy później — mówi nasz przewodnik, zapalony patriota, entuzjasta tych ziem, Ryszard Jankowski. — Bo to kopalnia wiedzy o naszych ziemiach, ludziach, którzy tu wieczny spoczynek znaleźli.
A po chwili, przed samym naszym odejściem mówi: „Chodźcie, pokażę coś, co na pewno wam się spodoba”.
Prowadzi nas do zakrystii, ostrożnie otwiera szufladę starej zabytkowej komody i po chwili przed naszymi oczyma zabłyśnie dosłownie wspaniały haftowany srebrem na czarnym aksamicie ornat.

— Skąd macie takie arcydzieło?: Nie mogę ukryć zachwytu.

— A to jest rzeczywiście unikat. Dar szlachty laudańskiej naszemu kościołowi. Liczy 150 lat. Mamy nie tylko ten żałobny, ale też złocisty… Ukrywaliśmy je skrzętnie przez wiele lat przed nieżyczliwymi oczyma. Ale teraz nie leżą bezczynnie, ksiądz w nich msze święte odprawia — kończy nasz rozmówca, bo za chwilę musi zadzwonić podzwonne.

Proboszcz parafii wędziagolskiej ks. Skaidrius Kandratavičius odprowadzi na cmentarz przykościelny swego parafianina.

Na cmentarz, który będzie tematem naszego kolejnego reportażu z tej unikalnej stolicy polskości na Laudzie — stolicy nie oficjalnej, która noszona była w sercach wielu pokoleń, które tu były i które tu przetrwały.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!