Wilno i Wileńszczyzna
Małgorzata Kozicz

Rotmistrz Woronowicz: Ułani nie rzucają się konno na czołgi

"Na temat kawalerii pokutuje w Polsce wiele niesprawiedliwych mitów, a pojęcie szarży stało się synonimem głupiego, nieprzemyślanego działania. Ciągle trzeba z tym walczyć" - mówi rotmistrz w stanie spoczynku Robert Woronowicz, twórca i szkoleniowiec Kawalerii Ochotniczej oraz szkoleniowiec i były dowódca Szwadronu Kawalerii Wojska Polskiego, instruktor jeździecki, uczestnik i dowódca kawalerii w wielu rekonstrukcjach historycznych i filmowych. W Wilnie na zaproszenie Wileńskiego Klubu Rekonstrukcji Historycznej Garnizonu w Nowej Wilejce (skąd, notabene, pochodził dziadek Woronowicza), rotmistrz wygłosił wykład na temat historii i współczesności polskiej kawalerii.

Rotmistrz Robert Woronowicz już jako mały chłopak zbierał żołnierzyki. O kawalerii zaczął jednak myśleć dopiero po dziesięciu latach jazdy konnej.

„Pierwszy raz miałem styczność z tradycją kawaleryjską w 1989 roku. Prowadziłem wtedy bazę studencką koło Sieradza, gdzie w miasteczku Warta w 1815 roku zorganizowano 3. Pułk Strzelców Konnych. Pewnego dnia zgłosił się do mnie umundurowany kawalerzysta, starszy pan, z prośbą o wypożyczenie czterech koni, bo z kolegami chcą zrobić defiladę z okazji rocznicy zorganizowania pułku. W umówionym dniu odprowadziliśmy konie na miejsce uroczystości, panowie już czekali. Z czterech dziadków jeden sam wsiadł na konia i jeszcze się rozglądał, czy wszyscy to widzą. Pozostałych trzeba było na konie podsadzić, bo od wojny nie jeździli konno. Proszę pani, te konie nie chodziły tak pod żadnym kursantem. Panowie wsiedli, wodze w jednym ręku, pięty z ostrogami daleko od konia, w drugim ręku szabla, dłoń oparta na udzie…Była orkiestra wojskowa, hałas, konie nie reagowały na to. A dziadkowie – cali szczęśliwi, że jadą konno! Zobaczyłem wtedy, że to jest w ogóle coś innego” – opowiada rotmistrz.

Proszę pani, te konie nie chodziły tak pod żadnym kursantem!

Tak się zaczęło. U kolegi w stajni Woronowicz zorganizował oddział złożony z licealistów. Dzięki temu oddziałowi, którego 70 proc. stanowiły dziewczęta, miał na zajęciach z wyszkolenia kawaleryjskiego pluton kawalerii, z którym mógł sprawdzać regulaminy, ćwiczyć musztrę. Nieco później zaczęli organizować przemarsze przez Warszawę w rocznice śmierci Józefa Piłsudskiego – w 6 koni, 12, 15…

„W 80. rocznicę niepodległości w 1998 roku zapragnęliśmy wziąć udział w oficjalnych obchodach. Jakaś dziwna pani z Urzędu Miasta nam powiedziała, że nie widzi żadnych związków Warszawy z kawalerią. Wojsko również nie było zainteresowane. Wtedy kolega załatwił nasz udział przez doradcę ś.p. marszałka Sejmu Macieja Płażyńskiego. Na kolejne święta 11 listopada, 3 maja, 15 sierpnia, wojsko już samo nas zapraszało. W tym samym czasie trwały prace nad przywróceniem kawalerii wojskowej. Szwadron szkolił 85-letni pułkownik, który, kiedy zobaczył mnie na defiladzie, powiedział – pan przyjdzie į przejmie to ode mnie. Wtedy zgłosiłem się, bo – nie chwaląc się – jako jeden z nielicznych miałem o tym zielone pojęcie” – wspomina Woronowicz.

Kawalerię wojskową trzeba było tworzyć właściwie od nowa….

Tak, ponieważ powstawała po 42 latach niebytu. Kawalerię rozwiązano w roku 1947, bo za bardzo kojarzyła się Związkowi Radzieckiemu z niepodległością Polski. Dopiero kiedy zacząłem szkolić ułanów, zobaczyłem, jaka szkoda została wyrządzona tradycji narodowej. Wymarli ludzie, którzy się tym zajmowali, poniszczone zostały różne procedury, a wojsko się opiera na procedurach. Nic nie ujmując kadrze wojskowej Wojska Polskiego, nie ma w nim teraz nikogo, kto lubi konie. Takie osoby się nie zgłaszały, bo wiadomo było, że w wojsku nie ma koni. Dzisiaj Kawaleria Wojska Polskiego razem z oficerami liczy 48 osób. Co prawda, w Kawalerii Ochotniczej jest około 1000 osób i są to ludzie bardzo zaangażowani, ideowi.

Wspominał Pan, że zarówno kiedyś, jak i teraz ciągle trzeba walczyć ze stereotypami na temat kawalerii, które pokutują w społeczeństwie.

Zaczęło się od ponurej informacji o szarżach na czołgi – że ułani, Polacy to tacy głupi ludzie, którzy konno atakowali czołgi. Jest to bzdura niesamowita, nigdy czegoś takiego nie było w historii, ale tak to się zadomowiło w głowach ludzi, że do tej pory stosunek do kawalerii wśród wyższych oficerów jest czasami pobłażliwy. W uproszczeniu – skoro się tym zajmowali tak głupi ludzie, przecież to nie może być skomplikowane. A to jest niesamowicie skomplikowane. Ludzie są przyzwyczajeni do nowych technologii, a tu się nic nie zmieniło od tysięcy lat. Koń się nie zmienił, zrobił się jeszcze bardziej delikatny niż kilkaset lat temu. Żeby się z tym koniem porządnie obchodzić, potrzebna jest olbrzymia wiedza.

O swoim koniu, Dumce, mówi Pan jak o przyjacielu, z którym spędził wiele lat.

Dumka jest koniem szczególnym, ponieważ otrzymałem ją w spadku po swoim koledze, który zginął w wypadku samochodowym. Własny koń zmienia całkowicie życie człowieka. To jak z dzieckiem, tylko że dziecko, w miarę jak dorasta, może samo o siebie zadbać, a koń nie. Nie powiem mu – idź sobie wyczyść kopyta, bo ci zgniją, muszę sam się o niego zatroszczyć. Koń, który ma jednego właściciela, rozwija się całkiem inaczej, inaczej się uczy, nawiązuje się z nim inna więź. Koń ma zaufanie do człowieka. Kiedyś podczas rajdu kawaleryjskiego w lesie Dumce zaplątała się noga w siatce. Gdyby zaczęła szarpać, drut mógłby jej obciąć nogę. A koń stał z uniesioną nogą czekając, aż ją odplączę. Wierzyła, że ja jestem od tego, żeby ją odplątać.

Jazda konna przez wiele lat pomagała panu właściwie ignorować chorobę.

O mojej chorobie – stwardnieniu rozsianym – tak naprawdę niewiele wiadomo. Stwierdzono jednak, że w jej leczeniu pomaga hipoterapia. Jestem tego żywym przykładem. Pierwsze objawy stwardnienia rozsianego poczułem w 1996 roku, nie mając pojęcia o swojej diagnozie. Dopiero blisko 15 lat później ostatni raz wziąłem udział w rekonstrukcji bitwy. Do tej pory jednak prowadzę szkolenia, jeżdżę, tylko przy wsiadaniu na konia pomaga mi dwóch kolegów. Jesienią miałem wypadek z powodu którego korzystam teraz z wózka inwalidzkiego, dlatego ostatnio prowadziłem szkolenia z drewnianego konia. Za parę tygodni jadę jednak do Starej Miłosnej, gdzie mieszka Dumka, i zobaczymy, jak nam pójdzie. Ona też już nie potrzebuje z bardzo fikać, więc chyba się dopasujemy.

Przyjazd do Wilna był wyprawą sentymentalną?

Pierwszy raz byłem w Wilnie. O tym, że dziadek urodził się w Nowej Wilejce, dowiedziałem się przypadkiem. Dziadek umarł, kiedy miałem 6 lat, w roku 1966. Wtedy nie było za dobrze przypominać, skąd człowiek pochodził, czym się zajmował. W domu dziadków zawsze stało biurko dziadka. W miarę dorastania coraz bardziej wysuwałem szufladę į wyciągałem kolejne papiery. W ten sposób za którymś razem znalazłem dane dotyczące miejsca urodzenia. A teraz mój syn nagle poczuł, że musi zobaczyć, gdzie pradziadek się urodził į to on zaproponował, żebyśmy pojechali razem do Wilna, on się zajął wszystkim.

Artykuł powstał w ramach projektu „Dialog pomiędzy narodami”, który jest współfinansowany przez Fundusz Wsparcia Prasy, Radia i Telewizji.

Tagi:

srtfondas

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!