Wilno i Wileńszczyzna
Małgorzata Kozicz

Polacy o 13 stycznia: Chcieliśmy żyć w wolnym kraju

"Trzeba powiedzieć jednoznacznie, żeby zapobiec wszelkim spekulacjom - to były urazy od przemocy wojskowej. Rany postrzałowe, złamania, rany od uderzeń kolbą. Nie pozwolę, by ktoś spekulował, że to tłum ścisnął jedną czy drugą ofiarę" - opowiada Władysław Mieczkowski, lekarz, który w nocy 13 stycznia 1991 w szpitalu okazywał pomoc rannym pod Wieżą Telewizyjną w Wilnie. W Dniu Obrońców Wolności rozmawiamy z Polakami, którzy brali udział w tamtych wydarzeniach.

Wspominając tragiczne wydarzenia stycznia 1991 roku, mówimy zazwyczaj o ich kulminacji – nocy 13 stycznia, kiedy w wyniku działań wojsk sowieckich zginęło 14 bezbronnych osób, a około 600 zostało rannych. Tak zwane „wydarzenia styczniowe” rozpoczęły się jednak kilka dni wcześniej – ulicami miast aktywnie przemieszczała się sowiecka technika wojskowa, jeden po drugim były zajmowane strategiczne obiekty. 11 stycznia wojska radzieckie zajęły Dom Prasy, pod lufami karabinów wyprowadzając pracujących tam dziennikarzy. Jedną z nich była Krystyna Adamowicz, wówczas zastępca redaktora naczelnego dziennika „Kurier Wileński”.

Adamowicz: Mieliśmy poczucie wielkiej niesprawiedliwości

„Pracowaliśmy na 11 piętrze i ktoś powiedział – o, jadą jakieś wozy pancerne. Byłam wtedy zastępcą redaktora, nie było nikogo więcej z kierownictwa, więc skwitowałam – nie patrzcie przez okno, przecież gazetę trzeba robić! Przygotowanie numeru na kolejny dzień to była podstawowa rzecz. I zaraz po kilku minutach w moim gabinecie stanął żołnierz o skośnych oczach – Kazach czy Turkmen – i usłyszałam: „убирайтесь!” (ros. „wynoście się”). Mowy nie ma o żadnej gazecie, na korytarz! W każdym gabinecie stał taki żołnierz z kałasznikowem. Wyszliśmy tak jak stoimy – na stołach zostały nasze notatki, drukarki, dyktafony” – opowiada Krystyna Adamowicz.

Dziennikarze szli po schodach pieszo. Po dotarciu na pierwsze piętro okazało się, że wody jest po kostki – to pracownicy wydawnictwa próbowali bronić się przed żołnierzami, odkręcając hydranty i polewając ich wodą. Oczywiście, nie mieli szans przeciwko karabinom.

„Wyszliśmy bezsilni i poniżeni – właściwie o co chodzi, dlaczego nas tak potraktowano? Było poczucie bardzo wielkiej niesprawiedliwości” – wspomina pani Krystyna.

Wkrótce po przyjściu do domu otrzymała telefon – przedstawiciele wyrzuconych redakcji byli zapraszani do siedziby gazety „Respublika”. Redaktor Vitas Tomkus zaapelował do wszystkich dziennikarzy, żeby każdy w swoim języku – po litewsku, po polsku, po rosyjsku – napisał do jedynego numeru gazety „Laisvoji Lietuva” do swoich czytelników.

„To był historyczny moment, kiedy pokazaliśmy dziennikarską jedność w bardzo trudnym okresie” – podkreśla Krystyna Adamowicz.

Redakcji „Kuriera Wileńskiego” wkrótce udało się wrócić do zwykłego trybu pracy – ówczesny redaktor Zbigniew Balcewicz załatwił skromne pomieszczenia przy ulicy Strazdelio.

„Gazeta była oczywiście mniejsza, gorszy papier i inne niuanse wydawnicze, ale jako zespół „Kuriera Wileńskiego” cieszymy się, że w tamtym okresie tylko przez jeden dzień gazeta się nie ukazała. Już kolejnego dnia wyszliśmy do czytelnika” – przypomina Krystyna Adamowicz.

Mieczkowski: To wyglądało jak wojna

Atmosferę narastającego zagrożenia pamięta także lekarz Władysław Mieczkowski.

„Tak jak w letni dzień przed burzą – jeszcze nie ma żadnych jej zwiastunów, ale coś wisi w powietrzu. Odczuwaliśmy, że wydarzy się coś tragicznego. Był piękny, mroźny, styczniowy dzień. Kiedy około 22-23 usłyszeliśmy strzały, wybrałem się do szpitala na piechotę. Podwiózł mnie chłopak, który tej nocy wracał z Wilna do Poniewieża. Wówczas pracowałem nie na oddziale chirurgii, lecz jako lekarz anestezjolog. Gdy wszedłem na izbę przyjęć, od razu zobaczyłem ciała dwóch żołnierzy sowieckich zabitych wystrzałem w plecy. Całą izbę przyjęć wypełniali ludzie. W ciągu kilku minut szpital przekształcił się w szpital wojskowy” – opowiada lekarz.

Jak mówi, pomyślał wtedy, że zaczęła się wojna.

„Podczas studiów i później jako lekarz praktycznie co roku byłem powołowany na specjalne szkolenia medycyny wojskowej. Zobaczyłem na własne oczy to, o czym tam mówiono. Co prawda, większość lekarzy miała za sobą te szkolenia, dzięki temu mogliśmy sprostać wyzwaniu. W jednym momencie trzeba było okazać pomoc bardzo wielu rannym” – zaznacza Władysław Mieczkowski.

„Trzeba powiedzieć jednoznacznie, żeby zapobiec wszelkim spekulacjom – to były urazy od przemocy wojskowej. Rany postrzałowe, złamania, rany od uderzeń kolbą. Nie pozwolę, by ktoś spekulował, że to tłum zadeptał jedną czy drugą ofiarę. Takich przypadków nie mieliśmy” – mówi Mieczkowski pytany o pojawiające się regularnie teorie, że „swoi strzelali do swoich”, czy że ofiary tragicznej nocy zostały ściśnięte przez tłum ludzi.

„Praca trwała przez całą noc. Trzeba było zorganizować pomoc dla wielu ludzi, składy aptekarskie musiały zostać otwarte, potrzebowaliśmy więcej materiału opatrunkowego, sal operacyjnych. Musieliśmy szybko się zmobilizować i mieć środki, ustalić zasady kolejności udzielania pomocy” – wspomina lekarz, który wśród wielu zabiegów wykonanych tej nocy udzielał pomocy anestezjologicznej także podczas operacji umierającej Lorety Asanavičiūtė.

Po wyjściu ze szpitala Władysław Mieczkowski wybrał się pod Sejm.

„Idąc w stronę parlamentu, spotkałem „ojców” Związku Polaków na Litwie, którzy stali przy konserwatorium i z dość sarkastycznym uśmieszkiem stwierdzili: „No co, Litwini dostali w dupę?”. To było jak uderzenie nożem w plecy. Oczywiście, nie wszyscy ZPL-owcy zajmowali takie stanowisko, wielu Polaków stanęło po stronie Litwy, po stronie swojej historii. W zasadzie to zależy nie tyle od narodowości, co od stopnia zniewolenia umysłu. Ludzie, którzy chcieli pomóc, dążyli do tego, by następne pokolenia żyły w wolnym kraju, myśleli inaczej” – podkreśla Mieczkowski.

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!