Wilno i Wileńszczyzna
Małgorzata Kozicz

Patrycja Bluj-Stodulska: Nie tylko rysuję ładne rysunki

"Zbierasz skrawki informacji, to się ciągle kotłuje, i czasami podczas jazdy autobusem, a może w trakcie siedzenia nad kartką papieru coś błyśnie – o, to jest to, ten tekst mógłby dobrze i fajnie zadziałać!" - opowiada w rozmowie z zw.lt ilustratorka, pochodząca z Wilna absolwentka warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych Patrycja Bluj-Stodulska. Właśnie ukazała się książka Patrycji "Rozmowy zwierząt", kolejna ujrzy światło dzienne w końcu maja.

Małgorzata Kozicz, zw.lt: „Ten projekt w subtelny, dowcipny sposób pokazuje, jak bardzo płynna jest granica między człowiekiem a zwierzęciem. Książka w dużej mierze jest zbudowana na stawianiu pytań – o duszę, marzenia, rodzicielstwo, umieranie. Nie ma tu osądzania- pozostawiamy przestrzeń na wyciąganie własnych wniosków” – czytamy w opisie Twojej książki „Rozmowy zwierząt”. Skąd pomysł na taką właśnie pracę dyplomową?

Patrycja Bluj-Stodulska: Już w trakcie studiów temat zwierząt, ich traktowania, był mi bliski. Pierwszym „kopem” był konkurs organizowany na trzecim roku studiów – „Ilustration Startup”. Jedno z wydawnictw, z którym zresztą od tamtej pory współpracuję, Hokus-Pokus, zadało w tym konkursie temat: „Człowiek-zwierzę”. Wtedy po raz pierwszy wzięłam na warsztat tę tematykę i zdobyłam pierwszą nagrodę. Przez dwa lata, które mnie dzieliły od mego roku dyplomowego, myślałam, że to jest właśnie to, co chciałabym zrobić na dyplom – książkę o zwierzętach.
Pozostało pytanie, co można powiedzieć o zwierzętach, żeby to nie było ani za bardzo propagandowe, ani przegadane, żeby było ciekawe i niosło nie tak banalne treści jak „kochajmy zwierzęta i szanujmy je”. Zaczęły powstawać pytania – po co, dla kogo, jak. Pod kierunkiem profesor Grażki Lange z Pracowni Ilustracji na ASP projekt uzyskał taką formę, jaką ma.

Na Twoich rysunkach królik rozważa o eutanazji, koniki morskie prawią o równouprawnieniu, chomik w kołowrotku chciałby dobiec do mety…Zabawne rysunki i celne komentarze przedstawiają już nie tylko zwierzęcą, ale i ludzką naturę?

Dla mnie robienie tego dyplomu, tej książki, to była ogromna przyjemność. Była to praca, która zmusiła do poszukiwań w kierunku poznania tych zwierząt, ich podobieństwa do człowieka. Dla mnie to było odkrycie i zderzenie z cechami ludzkimi. Oprócz tego, że wyróżniamy się intelektem i umiejętnością abstrakcyjnego myślenia, to wiele zwierząt posiada cechy, które my posiadamy i ta granica jest bardzo cienka. Może trudno to dostrzec, nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale te zwierzęta, które żyją w swoim naturalnym środowisku czy grupie, mają relacje społeczne, mają sytuacje konfliktowe…W trakcie powstawania książki wynikały pytania dotyczące naszego stosunku do zwierząt, ale też takie „ludzkie” pytania. Można tu odkryć wiele wątków nie tylko zwierzęcych. Poruszane tematy są mi bliskie. Pomyślałam, że w tej książce mam możliwość wyrazić swoją opinię, podzielić się doświadczeniem życiowym, a może i ponarzekać na coś.

Najpierw było słowo czy obraz, czyli jak wyglądał cały proces twórczy?

Książka była pod nadzorem szkolnym, był więc pewien rytm pracy i musiałam porcje „towaru” i pomysłów dostarczać na czas. W tym wypadku bardziej liczył się pomysł na tekst i zderzenie postaci zwierzęcej z jakąś frazą. Cały czas trwał proces myślenia, cały czas to miałam z tyłu głowy. Zbierasz skrawki informacji, to się ciągle kotłuje, i czasami podczas jazdy autobusem, a może w trakcie siedzenia nad kartką papieru coś błyśnie – o, to jest to, ten tekst mógłby dobrze i fajnie zadziałać!
Trudnym zadaniem było złożenie tego w całość. Co innego, jak się ma żart sytuacyjny, trudniej stworzyć całość, która nie byłaby wyrywkiem ilustracji, a którą dałoby się czytać tak, aby one się uzupełniały. W efekcie ogląda się tę książkę przekrojowo – od narodzin, bo jest motyw jajka, przez macierzyństwo, życie aż po śmierć. To wszystko jakoś tam się przeplata.

Chyba nie każdy młody autor ma okazję wydania swojej pracy dyplomowej…

Nie jest tak, że człowiek sobie narysuje czy napisze książkę i od razu jest mnóstwo chętnych, by ją wydać. Miałam ogromne szczęście, że mi się udało. Absolwentka ASP Maria Sztompka rok temu sama założyła wydawnictwo Papierówka. To czwarta wydana przez to wydawnictwo książka i wszystkie są pracami studentów z ASP. Wydawca ponosi ogromne ryzyko, ale ma też ogromną wiarę w te osoby. Inwestując w wydanie takiej książki robi bardzo dużą rzecz, promuje młode osoby i daje im szansę wyjść na światło dzienne.

Dobra passa trwa, bo w końcu maja ukaże się kolejna książka, której jesteś współautorką.

Znajomi pytają na Facebooku – Patrycja, ty codziennie wydajesz książki? (śmiech) Niestety, tak to nie działa. Praca nad tą książką rozpoczęła się w 2012 roku. To książka popularno-naukowa, jedna z serii „Czego nie widać” wydawnictwa Hokus-Pokus. Dotyczy dźwięku. Tekst został napisany przez Irenę Cieślińską, zastępcę dyrektora Centrum Nauki Kopernik. Z jednej strony to była rzecz prostsza, bo trzeba było zrobić ilustracje, ale z drugiej strony zmieniał się tekst, zmieniały się pomysły graficzne, to było moje pierwsze zmierzenie się z książką, wiele rzeczy musiałam się nauczyć. Dużo osób brało udział w tworzeniu tej książki, wreszcie jednak praca dobiegła końca i na Warszawskich Targach Książki już będę mogła rozdawać autografy.

Skończyłaś Pracownię Ilustracji na ASP w Warszawie. Czy praca ilustratora wymaga specjalnych umiejętności, cech charakteru? W końcu każdy twórca to indywidualista, a tu trzeba dostosować swoje dzieło do wizji autora tekstu?

Kiedy otrzymuje tekst, ilustrator nie ma prawa, nie ma podstawy by zmieniać jego treść, ale też nie może dosłownie ilustrować tego, co tekst opowiada, bo to byłoby po prostu nudne. Jeżeli nie jest to wycinek z encyklopedii, autor korzysta z metafor, niedomówień, to te teksty mają jakiś przekaz i zadaniem ilustratora jest wyłapanie tego czegoś i przekazanie za pomocą obrazu. W zależności od tego, co uważa wydawca, ilustrator ma mniejsze lub większe pole manewru.
Ostatnio robię ilustracje dla „Codziennika Feministycznego”, jest to magazyn prowadzony w internecie, dotyczy praw człowieka, spraw kobiet. Robię ilustracje do artykułów – dostaję tekst i mam parę godzin na jego zilustrowanie. Moje zdanie jest ważne i może występować w ilustracji, ale z drugiej strony trzeba przekazać to, co jest ważne, aby zilustrować przekaz. Jest hazard, jest fajna zabawa, jest trochę pracy umysłowej, nie jest tak, że tylko się rysuje jakieś ładne rysunki.

Mówisz o sobie, że urodziłaś się z ołówkiem w ręku. Wybór drogi życiowej był zatem naturalny?

Ci Blujowie mają skłonności do różnych działań artystycznych, z tym też to nazwisko na Wileńszczyźnie jest kojarzone (wujek Patrycji Robert Bluj jest znanym na Litwie artystą malarzem – przyp.red.). Rysowanie od zawsze było ze mną, w przedszkolu ustawiała się do mnie kolejka dzieci chcących, abym rysowała im księżniczki. Jak się ma jedno zainteresowanie, to są też inne – chodziłam do studia teatralnego, miałam nieudane próby grania na instrumentach, brałam udział w konkursach recytatorskich i były jakieś małe sukcesy. Wiem, że jestem ogromnym szczęściarzem i nie każdy ma tak w życiu, ale nigdy nie zadawałam sobie pytania, co tak naprawdę chciałabym robić. Całe swoje życie spędzam na rysowaniu.

Artyści pochodzący z Wilna często podkreślają, że wielokulturowość tego miasta ma wpływ na całą ich późniejszą twórczość. Jak jest w Twoim przypadku?

Gdy się jest na emigracji, cały czas towarzyszy wyobrażenie tego domu, który jest kulturowo trochę inny. Wiadomo, że jak nie mieszka się w domu, to jest takie idylliczne wyobrażenie. A wielokulturowość daje dystans i ironię do wszystkiego, co dzieje się w Polsce. Z jednej strony mnie to dotyczy, bo tutaj mieszkam, a z drugiej zawsze mogę sobie powiedzieć – ja tu jestem w pewnym sensie obca, jestem obcokrajowcem, nie mam prawa głosu, nie funkcjonuję na takich samych zasadach prawnych jak obywatel, więc to fajne doświadczenie, bo jest się na dystans od pewnych rzeczy.

W Twojej książce „Rozmowy zwierząt” przewija się wątek macierzyństwa, między innymi matki pracującej. Sama od początku godzisz pracę z wychowaniem synka. Dziecko jest dodatkową inspiracją czy odwrotnie, potrafi „wyssać” natchnienie?

To teraz muszę powiedzieć jakąś rzecz wesołą, żeby nie zniechęcać ludzi do posiadania dzieci (śmiech). Zaszłam w ciążę i urodziłam Kostka, swego syna, na studiach, więc przestałam być na równi ze studentami pod względem imprezowym czy wolności czasu. Mówiłam sobie jednak – to ja jeszcze będę miała plusy z posiadania dziecka, będę je wykorzystywać ilustratorko, będę na nim ćwiczyć swoje prace. Na pewno jest tak, że wspólnie robimy dużo fajnych rzeczy twórczych, mamy na przykład wspólne ogromne rysunki, gdzie ja rysuję i Kostek rysuje. A z drugiej strony to okazja, by obserwować świat dziecka – tam dzieją się takie historie, że my jesteśmy po prostu nudni! Marzy mi się, by napisać kolejną książkę z perspektywy dziecka i dla dzieci, bo od nich można wiele się nauczyć. Ale rysuję oczywiście, kiedy dziecka nie ma (śmiech).
Trudno, jestem tą matką pracującą i zostawiam gdzieś to dziecko, ale potem odbieram i jestem szczęśliwa, bo spełniam się i zawodowo, i w rodzicielstwie.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!