Wilno i Wileńszczyzna
Ewelina Mokrzecka

Mokrzecka: Bliski Wschód w zasięgu ręki

Zima, mróz i wyczekiwanie na wiosnę. Na pierwsze ciepłe promienie słoneczne. Nie musimy czekać, możemy się nimi cieszyć już teraz! Od kilku miesięcy tanie linie lotnicze Ryanair uruchomiły bezpośrednie loty z Wilna do Ammanu, stolicy Jordanii. Bilet w obie strony można upolować za 50 euro. Cztery godziny lotu i jesteśmy na Bliskim Wschodzie.

Do Ammanu można polecieć na tydzień albo na weekend. Loty są organizowane w piątki i w poniedziałki. Wybrałyśmy opcję weekendową, pomimo napiętego grafiku wróciłam zresetowana, pełna wrażeń, a część siebie zostawiłam na pustyni Wadi Rum, gdzie na pewno jeszcze wrócę, ale od początku.

Przed wyjazdem warto w internecie kupić Jordan Pass (cena 90 euro). Jest to wiza oraz karnet w jednym, upoważniający do zwiedzania jordańskich zabytków. Ich lista znajduje się również w internecie. Jordańczycy dbają o sektor turystyczny, a co ważne – są bardzo pomocni.

Jeszcze na Litwie zarezerwowałyśmy samochód. Za cztery dni zapłaciłyśmy ok. 100 euro oraz paliwo – około 80 euro. Wynajęcie auta jest dość drogą przyjemnością, ale tylko tym środkiem transportu mogłyśmy zobaczyć wszystko, co zaplanowałyśmy, chociaż „internety” pisały, że to niemożliwe.

Przyleciałyśmy do Ammanu o godz. 18. Nie trzeba tam przestawiać zegarka. Miałyśmy nocleg w jordańskiej stolicy (cena za pokój dwuosobowy 35 euro), po to, żeby następnego dnia wcześnie rano jechać do bajecznej Petry.

Drogi w Jordanii są bardzo dobre. Nawet te mniejsze są zazwyczaj oświetlone. To było ważne, ponieważ dzień był krótki. W ciągu dnia zwiedzałyśmy, a po zachodzie słońca wsiadałyśmy w samochód i jechałyśmy do kolejnego punktu. Ponadto jest bezpiecznie. Ulice i autostrady patrolują policjanci. Dostałyśmy nawet mandat za przekroczenie prędkości. Funkcjonariusze grzecznie wpisują go do zeszytu, który znajduje się w samochodzie. Opłata podczas zwrotu pojazdu. Jeszcze przedtem, jak zabierałyśmy auto, właściciel uczulił nas, że policjanci nie biorą łapówek, a więc warto uważać.

Z Ammanu do Petry jest prawie 240 km. Należy zarezerwować ponad 3, a nawet 4 godziny na dojazd. Na drogach bywają zatory, bo np. jakiemuś kierowcy ciężarówki kończy się paliwo (nie, to nie żart). Krajobrazy najczęściej są pustynne. W pewnym momencie miałam wrażenie, że jedziemy słynną amerykańską Route 66. Kilkanaście kilometrów od miasta Nabatejczyków zaczynają się góry. Petrę od miasta dzieli turystyczna brama po przejściu której jest kontrola biletów. Następnie swoje usługi zaczynają oferować beduini. Można się przejechać na koniu, karocy czy osiołku. Cena – w zależności od umiejętności targowania się.

Do budowli wykutych w skałach prowadzi 1200 metrowy i wyskoki na 80 metrów wąwóz As-Sik. Kolor ścian piaskowca ma tyle odcieni, że zapiera dech w piersiach, a to dopiero początek… Jeszcze nie jesteśmy w sercu Petry, ale już zaczynam rozumieć, dlaczego znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Wykuty w skale Skarbiec Faraona robi ogromne wrażenie. Za namową (i dodatkową opłatą) beduinów wdrapujemy się na szczyt skały, żeby zobaczyć go z innej perspektywy. I tam z góry otwiera się przepiękny widok na dolinę Petry, gdzie w zboczach gór kryją się budowle – świątynie, grobowce, a także domy mieszkalne, w których do dzisiaj mieszkają niektórzy beduini. Oficjalnie ich przesiedlenie rozpoczęło się na początku lat 90-tych (polecam książkę ,,Żona beduina” Marguerite van Geldermalsen).

W Petrze zwiedzamy około pięciu godzin, po czym ruszamy w kierunku pustyni Wadi Rum. To tam, w beduińskich namiotach spędzimy noc. Wieczory na pustyni są chłodne. Namiot w którym spałyśmy nie był ogrzewany, ale grube koce dały radę. Spałam jak dziecko, a rano czekało na nas beduińskie śniadanie (nocleg ze śniadaniem 20 euro/osoba).

Przed wjazdem na pustynię, zatrzymałyśmy się przy Visitor Center, gdzie poznałyśmy turystów z Australii, dzięki którym… zaoszczędziłyśmy. 85 euro na cztery osoby, to koszt tzw. pustynnego safari.

Wadi Rum jest największą pustynią w Jordanii. Zachwyca zmieniającymi się kolorami. Nigdy nie widziałam tylu odcieni różu, czerwieni czy brązu. Podczas każdego postoju beduini zapraszają na miejscową herbatę, która jest przerażająco słodka, ale dym ogniska, widoki granitowych skał koją ten smak. Wiem, że tu kiedyś wrócę.

Kolejnym punktem weekendowego wypadu było Morze Martwe, dokąd wyruszyłyśmy po kilkugodzinnym zwiedzaniu pustyni. Pomimo tego, że był koniec grudnia w morzu dało się wykąpać. Leżenie na tafli wody jest niecodziennym doświadczeniem, ale widok nie zachwyca. Woda jest szara, a plaże nie są pokryte żółtym i przyjemnym piaseczkiem. W związku z tym, że miałyśmy napięty grafik, nie pojechałyśmy nad Morze Czerwone. Warto się tam wybrać, jadąc do Jordanii na tydzień. Podobno to tam jest raj dla fanów nurkowania…

Co mnie zaskoczyło w Jordanii? – Ceny, które są porównywalne do litewskich. Najdroższy jest alkohol za który zapłacić trzeba pięć razy tyle, co na Litwie.

Dlaczego warto się wybrać do Jordanii? – Państwo, które leży na Bliskim Wschodzie jest faktycznie w zasięgu ręki za sprawą bezpośredniego lotu. Jordańczycy są bardzo przyjaźni i pomocni. Jordania ma dwa dostępy do morza – Martwego i Czerwonego. Wspomniana przeze mnie Petra i pustynia Wadi Rum, to miejsca, które po prostu trzeba zobaczyć (a w całym kraju obiektów historycznych jest znacznie więcej).

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!