Wilno i Wileńszczyzna
zw.lt

Helena Rawdo: Jestem dumna, że mnie nauczyła i wychowała Wileńska Szkoła Pedagogiczna

Po ukończeniu ośmiu klas w Kowalczuckiej Szkole Ośmioletniej (obecnie Gimnazjum im. Stanisława Moniuszki) w 1966 roku, wstąpiłam do Szkoły Pedagogicznej w Nowej Wilejce. Ze mną z naszej szkoły szły jeszcze 3 koleżanki: Leonarda Misiewicz, Jadwiga Łukaszewicz i Janina Palińska. Wychodziłyśmy ze szkoły trochę ze smutkiem, bo akurat w ostatnim roku nauki weszliśmy do nowego budynku.

Wybór zawodu w 15 lat – to strzał w ślepo. Kim tak naprawdę chcę być, w tym czasie jeszcze nie wiedziałam. Koleżanka ze swym starszym bratem – nauczycielem wiozła podawać dokumenty do Szkoły Pedagogicznej i nas razem wzięła. Nie było żadnej agitacji, namowy, przekonywania, jak teraz się mówi, bez żadnej zawodowej orientacji. O tym, że ten zawód pochłonie nas na zawsze, żadna z nas wówczas nie myślała. Byłam dzieckiem z małej wioski, chłopskiego pochodzenia, jak wówczas mówiono. Miasto dla mnie było obce. Po prostu chciałam się uczyć i tyle. Z klasy koleżanki podśmiewały się nad nami:
- Cztery lata nauki? Czyście zwariowały? Siwy warkocz zdobędziecie, nim skończycie nauki.

Życie natomiast potoczyło się inaczej. Ukończyłyśmy Szkołę Pedagogiczną, następnie – Instytut Pedagogiczny, odpracowałyśmy kopę lat, nim się ten siwy warkocz pojawił.

Ale wróćmy do Szkoły Pedagogicznej. Pierwsze emocje, które owładnęły mną po przekroczeniu jej progów, to był strach. Strach na widok ogromnego budynku, strach zagubić się w tłoku, strach przed nieznanym. W ogromnej sali sportowej, której w życiu nie widziałam, zebrano kandydatów, a było nas ponad 100 osób. Pierwszy egzamin z języka polskiego. Dyktando. Dyktuje nauczyciel Wacław Mozyro. Wówczas po raz pierwszy w swoim krótkim życiu usłyszałam inną niż wileńska wymowę dźwięku „ł”.Byłam pełna rozpaczy, jak pisać, bo w wyrazie „było” pan opuszcza „ł” , a wiem dokładnie , że ono powinno być. Pierwszy egzamin złożyłam, to mi dodało otuchy i pewności, że coś potrafię. Konkurs był ogromny: 5 kandydatów na 1 miejsce. Widocznie los tak chciał, że cała nasza czwórka wstąpiła, chociaż złośliwi nas straszyli, że 4 z jednej szkoły nie wezmą.

Lata spędzona w Szkole Pedagogicznej, to nie tylko czas uczenia się zawodu, zdobywanie wiedzy, ale też czas dojrzewania, czas samostanowienia się, czas szukania siebie w tym świecie. Mama była daleko, telefonów nie było, musiałyśmy radzić sobie same. Wynajmowałam z koleżanką mieszkanie. Płaciłyśmy po 7 rubli. To były nieduże sumy. Stypendium otrzymywaliśmy po 20 rubli i 3 ruble mieszkaniowe. Za te pieniądze można było kupić pantofelki i, dobrze oszczędzając, starczało na jedzenie. Aby pójść do kina, trzeba było zacisnąć pasa. Bywało tak, że ostatnim normalnym posiłkiem była kolacja we czwartek. Ratowały ziemniaczki i herbatka.

Pierwszą naszą wychowawczynią była Apolonia Skakowska. Zawdzięczam dla niej bardzo dużo. Nauczyła nas wielu mądrych rzeczy. Otaczała nas matczyną opieką, była dobrym psychologiem, umiała odczytać nasze myśli i w czas przyjść z pomocą.

Nie pozwoliła nas nigdy nikomu skrzywdzić. Pewnego razu, gdy przyszli dyżurni ze starszego kursu sprawdzać czystość, zobaczyli u nas w klasie piasek na podłodze i już mieli zmniejszyć ocenę. Miało to miejsce podczas lekcji pani Apolonii. Stanowczo stanęła więc w naszej obronie, udowodniając dyżurnym, że przyczyna tkwi w starym parkiecie, który się na ten moment odkleił i stąd pojawił się piasek. Dyżurnym nic innego nie zostawało, jak się tylko z nią zgodzić i postawić nam dobrą ocenę. Ale, gdy dyżurni wyszli, to wyjaśniła nam bardzo dobitnie, jak mają dziewczyny dbać o porządek w domu i szkole. Od razu po lekcjach pobiegłyśmy po wiadro i szmatę. Dla mnie zachowanie się pani Apolonii, jako wychowawczyni jest wzorem do naśladowania . Posługiwałam się im nieraz podczas swej pracy i przekazywałam swoim koleżankom i kolegom . Od niej się nauczyłam pięknego pisania. Prowadziła lekcje kaligrafii. Gdy nam się nie udawało pisać pięknie i równo, pani Apolonia mówiła: „Nie umiesz pisać, to rysuj literki.” Tę metodę praktykuję na swoich uczniach. Pomaga. Pochwalę się, że moi uczniowie pięknie piszą. Szkoda, że zanikła kaligrafia.

Pani Apolonia wprowadzała też nas w świat sztuki, kultury, poezji. Miała przedmiot „Czytanie wyraziste.” Tę miłość do poezji zachowałam do dziś . Przekazałam też swojej córce.

Niezwykłym wykładowcą był też Henryk Moroz. Uczył nas arytmetyki. Pamiętam jego stałe zadanie: po podwórku chodziły gęsi, kury i prosięta. Było x głów i y nóg. Ile było gęsi , a ile było prosiąt. Albo też wywoływanie do tablicy tych, kto dzisiaj ma nową sukienkę lub co gorsze, kto ma pomalowane paznokcie na czerwono. Lubiliśmy jego ciągłe żarty, opowieści o córeczce Krysiuni. Był też wielkim patriotą, psychologiem, pedagogiem.Kochał swoją pracę. Lubił dawać porady, sens i ważność których doceniliśmy dopiero będąc dorosłymi. Mawiał: „Dziewczyny, wychodźcie za mąż za chłopców tej samej narodowości, będziecie zawsze mieli o jeden kłopot w rodzinie mniej.” Dzięki jego zaangażowaniu cały nasz kurs zdobył wyższe wykształcenie. Nie pozwolił, byśmy gdzieś się rozlecieli po wsiach i zarzucili naukę. Dosłownie zaprowadził nas na Polonistykę, prześledził, byśmy złożyli wstępne egzaminy. Ze względu na nasz kurs, były one przesunięte w czasie. Gdy już zostaliśmy przyjęci na zaoczne studia, wówczas powiedział: „Ja jestem za was spokojny. Możecie przechodzić na inne wydziały, możecie wybierać inne kierunki lub rzucać.” Kilku z naszej grupy wyszło do Szawelskiego Instytutu Pedagogicznego, reszta została na Polonistyce, ale żaden nie rzucił nauki. Tacy nauczyciele szykowali nową kadrę pedagogiczną.

Srogim, wymagającym nauczycielem matematyki i fizyki był pan Surkow. Ale miał też i słabą stronę, co szybko wykryłyśmy – użalał się nad tymi, którzy płaczą. Dziewczyny w lot się zorientowały, że jeśli czegoś nie umiesz – puść łezkę. Skutkowało. Zaraz dwójkę anulował.

Mieliśmy niezwykłych wykładowców. Każdy z nich zostawił cząstkę siebie, swego serca w nas. Od każdego czegoś się nauczyli. Byliśmy młodzi, chętni wiedzy, gotowi wszystko, czegośmy się w szkole pedagogicznej nauczyli, przekazać dzieciom.

Niesposób zapomnieć nauczyciela literatury polskiej – Wacława Mozyrę. To on zaszczepił w nas miłość do literatury polskiej. Zeszyty do literatury, które prowadziliśmy, były dokumentem potwierdzającym czytanie książek. Rzeczą świętą w tym zeszycie była data . Poprawić, skasować bądź przekreślić jej nie można było. Za to groziła dwója. A tego baliśmy się jak ognia. Za słabe oceny groziła likwidacja stypendium. Tego z nas nikt nie chciał.

Szczególne miejsce zajmowała w Szkole Pedagogicznej muzyka instrumentalna i śpiew. Mieliśmy śpiew chóralny, śpiew dziecięcy i solfedżo. Każdy z nas grał na pianino lub akordeonie. Musieliśmy nie tylko umieć nauczyć dzieci śpiewać, ale też podegrać. Z wdzięcznością przypominam takich nauczycieli muzyki jak Wiktor Turowski, Bronius Lubsziawiczius. Od godziny 17.00 szkoła pedagogiczna zamieniała się w muzyczną. Dwa razy w tygodniu była muzyka instrumentalna, a do tego trzeba było się przyszykować. Zawsze mnie dziwiło, jak to pan Lubsziawiczius nie patrzy do nut i słyszy, że zagrałam nie tę nutkę.

Nie zapomniane są też lekcje rosyjskiego. Prowadziły je wspaniałe panie Roza Bernsztein i Pani Gużienie-Stankiewicz, która potem też była naszą wychowawczynią. Umiały one przekazać nam bogactwo rosyjskiej literatury. Pamiętam, jakie gorące spory odbywały się po obejrzeniu filmów „Anna Karenina”, „Wojna i Pokój”, „Wij” i innych.

Oddzielnym rozdziałem w dziejach Wileńskiej Szkoły Pedagogicznej jest znakowana praktyka pedagogiczna. Pani Maria Piotrowicz nauczała nas nie tylko teorii psychologii i pedagogiki, ale też uczyła etykiety dobrego pedagoga. Dawała porady, jak powinien nauczyciel ubierać się, jak chodzić, jak obcować z rodzicami. Praktykę pedagogiczną oczekiwaliśmy jak na święta. Chcieliśmy jak najszybciej wypróbować swoje umiejętności, zdolności. A sprawdzanie zeszytów to było rozkoszą dla duszy. Czuliśmy się wyróżnieni, jeśli nauczycielka dowierzała sprawdzić zeszyty gorszego ucznia. Im więcej błędów było w zeszycie, tym ciekawiej było sprawdzać. Niestety z biegiem lat ten zapał do sprawdzania zeszytów wygasł. Teraz lubię sprawdzać zeszyty, gdzie nie ma błędów. Z wdzięcznością wspominam moją nauczycielkę panią Werżegolis, pod bacznym okiem której stawiałam pierwsze kroki pedagogiczne na 5- tygodniowej praktyce w 26 Szkole w Nowej Wilejce.

Chciałabym serdecznie podziękować w imieniu wszystkich koleżanek i kolegów grupy i nisko się pokłonić wszystkim Nauczycielom Szkoły Pedagogicznej , którzy nauczyli nas metodyki, zasieli w nas ziarno pedagoga, które naprawdę dało obfite plony.

Teraz, gdy już mam za sobą 48 lat pracy w szkole, mnóstwo wszelkiego rodzaju praktyk i szkoleń , mogę śmiało powiedzieć, że żadna uczelnia nie może dorównać Szkole Pedagogicznej w Nowej Wilejce pod względem szykowania kadry pedagogicznej. Mieliśmy niepowtarzalnych Pedagogów, wspaniałych fachowców, ludzi kochających swoją pracę, dla których szkoła była sensem ich życia. To Ich zasługa , że w nas 15-16 letnich dzieciach potrafili zaszczepić miłość do zawodu nauczyciela, do dzieci. To Ich praca , talent, własny przykład posłużyły ku temu, że mając zaledwie 18 lat 1 września 1970 roku odważnie przekroczyłam próg Szkoły Średniej w Bujwidzach (obecnie Gimnazjum im. Tadeusza Konwickiego w Bujwidzach) jako młoda nauczycielka klas początkowych i tam zostałam,dziś już jako dyrektor tej placówki oświatowej.
Jestem dumna, że mnie nauczyła i wychowała Wileńska Szkoła Pedagogiczna.

Helena Rawdo z domu Wołejko, absolwentka promocji 1970 roku

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!