Wilno i Wileńszczyzna
Łukasz Czunkiewicz

Ewelina Tworogal o edukacji w Stanach Zjednoczonych

Ewelina Tworogal – dwudziestolatka z Wilna, niegdyś uczennica Gimnazjum im. J. I. Kraszewskiego, później Liceum im. Adama Mickiewicza. Obecnie studiuje na Wileńskim Uniwersytecie Zarządzania i Ekonomii ISM. Największe doświadczenie zdobyła jednak, kiedy wyjechała do USA: dwa lata nauki w szkole prywatnej w Kalifornii oraz rok na Uniwersytecie Amerykańskim w Paryżu.

Skąd się wziął pomysł na wyjazd do USA?

Będąc w dziesiątej klasie, wybrałam się na targi studiów zagranicznych. Trafiłam tam właśnie na program wymiany dla uczniów. Wysyłali ich nie byle gdzie, ale na wybrzeża Ameryki. Byłam zafascynowana. Wróciłam do domu, wypełniłam formularz i umówiłam się na rozmowę kwalifikacyjną u mnie w domu. Pomyślałam sobie, że to najwyższy czas opowiedzieć o tym rodzicom. W końcu ich przekonali. Jedynym warunkiem było właśnie to, żebym się uczyła w prywatnej, chrześcijańskiej szkole.

Jak wyglądało uzupełnienie różnic programowych?

Musiałam dodatkowo się uczyć zaocznie, żeby zaliczyć te dwa lata spędzone w Stanach. Taką możliwość wprowadził m.in. dyrektor Liceum im. Adama Mickiewicza. Zależało mi jednak głównie na tym, żeby jak najlepiej wszystko zaliczyć w Ameryce. Moi rodzice otrzymywali raporty z ocenami i komentarzami. Chciałam udowodnić, że te pieniądze nie były wydane na marne. Starałam się uczyć zaocznie, ale nie mogłam działać jednocześnie na dwa fronty. Dlatego postanowiłam, że ukończę szkołę w Stanach.

 Jak oceniasz językowe przygotowanie, które Ci dała nasza polsko-litewska szkoła?

Bardzo źle. To, czego się nauczyłam przed wyjazdem, jest zasługą przede wszystkim szkoły językowej, do której chodziłam. W naszych szkołach mamy zbyt łatwy program. W Ameryce pisałam wypracowania na 1 500 słów, u nas – 150. Nie miałam nawet takiego słownictwa, żebym mogła aż tyle napisać. Chyba warto też dawać uczniom jakieś książki do czytania. Jak ja sobie radziłam z językiem podczas mojego pobytu w Stanach? Początkowo bałam się rozmawiać. Miałam swoisty kompleks, że nikt mnie nie zrozumie. Z czasem, problem ten znikł.

Rzecz, która Cię najbardziej zaskoczyła w amerykańskiej edukacji to…?

Prawie wszystko mieliśmy dostępne w wersji elektronicznej. Zamiast podręczników papierowych były po prostu tablety. Nie było tam czegoś takiego jak dziesięć zeszytów. Mieliśmy jedną teczkę i wkładaliśmy tam kartki z zadaniami ze wszystkich przedmiotów.

Czy amerykańska szkoła mocno różni się od tej, którą pokazują nam w filmach?

Publiczne za bardzo się nie różnią. Podstawową różnicą jest chyba to, że w filmach uczniowie mają mnóstwo wolnego czasu. To nie prawda. Przerwy są dosyć krótkie. Czasem masz tylko kilka minut, żebyś mógł dojść do pracowni. Nie wygląda to tak jak u nas, że możesz sobie porozmawiać ze znajomymi na korytarzu. Czasem przerwy są oczywiście nieco dłuższe. Obiadowa trwa nawet godzinę. Wolnego czasu jest jednak rzeczywiście mało. Zazwyczaj po prostu idziesz do szkoły, a później masz zajęcia pozalekcyjne.

Amerykanie są uczeni tolerancji od małych lat. Jak sytuacja z tym wygląda w szkole?

Wszyscy tam są na jednym poziomie. Uczyłam się w katolickiej szkole, więc podczas tak zwanego prom’u nikt u nas nie wybierał królowy balu. Nikt nie mógł być wywyższony. Podoba mi się, że każdy mógł się tam czuć równy. Każdy w szkole był unikalny i był akceptowany. Każdy dziwak miał tam przyjaciela.

USA ogromną wagę przykłada też do rozwoju fizycznego młodzieży… 

WF jest tam bardzo trudny. Podnosiliśmy sztangę, mieliśmy zajęcia fitness, czasem biegaliśmy po pięć kilometrów. Musieliśmy spełniać określone standardy. Wszystkie ćwiczenia były na czas, więc mieliśmy to robić idealnie. Czasem przed lekcjami po prostu płakałam, ale w końcu wytrwałam. Na Litwie to wygląda zdecydowanie inaczej. U nas po prostu często się wagaruje.

Czy uczniowie w amerykańskich szkołach w ogóle wagarują?

O 8 rano brama się zamykała o 15 znowu była otwarta. Nie było tam czegoś takiego jak wagarowanie. Nawet podczas długiej przerwy obiadowej nie było możliwości opuszczenia terytorium szkoły. W placówkach publicznych, żeby opuścić lekcję wymagana jest kartka od lekarza. Zależy im na tym, żeby jak najwięcej osób było obecnych, bo od tego zależą wynagrodzenia nauczycieli.

Co mogłabyś powiedzieć o amerykańskich nauczycielach?

Są to przede wszystkim koledzy. Najstarszy pedagog miał około 45 lat. Nie było tam staruszków, bo tacy pracowali już raczej na uniwersytetach. W szkole kadra była bardzo młoda, więc miło się pracowało. Każdy nauczyciel miał oczywiście własne metody.

Podałabyś jakiś przykład?

Uczyłam się dużo, ale obciążenie nie było aż tak ogromne. Czasem, gdy nauczyciele prowadzili lekcję, my musieliśmy uzupełnić rozdane przez nich kartki. Były tam po prostu opuszczone słowa. Czasem przed testem mówili nam, na czym musimy się skupić. Nikt nam nie mówił, żebyśmy się uczyli wszystkiego.

Ile czasu średnio poświęca uczeń na naukę w domu? 

Tak jak na uniwersytetach mieliśmy sesję. Czasem możesz przez cały rok nic nie robić, aż w końcu przychodzi sesja i nauczyciel z historii zadaje ci do napisania trzy eseje. Wracasz z jednego egzaminu i od razu się szykujesz do następnego.

Nie ma wagarów, a czy jest ściąganie na sprawdzianach?

Ściągania w ogóle nie było. W Ameryce uczniowie mogą się nawet poskarżyć nauczycielowi, jakby ktoś próbował to zrobić. Między uczniami stawiano na ławkach przegrody. Były też kamery w pracowniach. Jak ktoś złapie cię podczas ściągania, otrzymujesz uwagę. Następnie o wykroczeniu zostają poinformowani rodzice. Za karę przychodzisz o 7 rano do szkoły i po prostu przez całą godzinę nic nie robisz i patrzysz sobie w ścianę. Jeżeli masz pięć uwag, to zostajesz wyrzucony ze szkoły.

Często można usłyszeć, że nasz system oświaty skupia się na teorii, pomijając praktykę. Jak to wygląda w Stanach?

Muszę się z tym zgodzić. Pamiętam, jak miałam przedmiot o anatomii człowieka. Oprócz teorii mieliśmy nieraz na lekcjach serce krowy, rekiny, a pewnego razu badaliśmy nawet mocz. Jak ktoś chciał zostać lekarzem, było to niesamowite doświadczenie. Na lekcjach historii skupialiśmy się również na polityce krajowej. Podczas kampanii wyborczej robiliśmy mapę, czyli swoistą prognozę tego, jaki stan na kogo odda głos. Po ukończeniu szkoły każdy uczeń po prostu się orientuje, co się u niego w państwie dzieje. Weźmy też na przykład lekcję ekonomii. Na Litwie to jest tylko teoria. My natomiast wybieraliśmy sobie zawód i sprawdzaliśmy w internecie, ile przedstawiciel tej profesji średnio zarabia. Nauczyciel dobierał nas później w pary. Moja przyjaciółka była na przykład lekarką, natomiast jej partner był bezrobotny. Musieliśmy po prostu liczyć te pieniądze, żeby wiedzieć, ile możemy zaoszczędzić, a ile wydać na jedzenie lub nieruchomość. Szukaliśmy w internecie prawdziwych domów i prawdziwych podróży. Było to doświadczenie jak najbardziej życiowe i przydatne.

Ostatnio Amerykę wstrząsają akty strzelaniny w szkołach. Jak obecnie placówki się przed tym chronią?

Raz na półrocze mieliśmy ćwiczenia, więc wiedzieliśmy jak się zachować w razie pożaru, napadu, trzęsienia ziemi i w ogóle ewakuacji. Tak, często słyszymy o strzelaninach i może się wydawać, że to w amerykańskich szkołach dzieje się ciągle. Pamiętajmy jednak, że Stany Zjednoczone to kraj bardzo duży.

Jakich rad udzieliłabyś tym, którzy marzą o takim wyjeździe do amerykańskiej szkoły?

Lepiej się tym zająć wcześniej, aniżeli w 11-stej klasie. Można opuścić sobie 10 klasę i nic na tym nie stracisz. Jeżeli natomiast opuścisz 11-stą, trzeba będzie powtórzyć ten rok. Jeżeli chcesz zostać w Ameryce na zawsze, wybieraj szkołę prywatną. Przed wyjazdem miałam mnóstwo wątpliwości, ale później nie chciałam już nawet wracać. Rekomenduję taki wyjazd każdemu. Na pewno warto.

Artykuł powstał w ramach projektu „Ludzie Znad Wilii”, który jest finansowany przez Departament Mniejszości Narodowych przy rządzie Litwy.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!