Wilno i Wileńszczyzna
Antoni Radczenko

Bracia Łowczyk. Lady Gothenburg: Punk, to kiedy coś jest szczere na 100 proc.

„ Nie warto wybierać standardowych rozwiązań, warto robić coś na przekór, aby na świecie było jak najwięcej różnorodności. Ciągle eksperymentujemy, nie stawiamy sobie żadnych granic” - twierdzą twórcy zespołu Lady Gothenburg bracia Łowczyk Witold i Waldemar.

Formację dwaj absolwenci wileńskiej „Syrokomlówki” powołali w 2015 roku. W ciągu kilku lat zmieniał się zarówno skład oraz styl zespołu. Liczba grających wahała się od kilku do kilkunastu osób. Teraz jest duet: Witold gra na gitarze, Waldemar na perkusji. Lady Gothenburg zaczynali tworzyć w stylistyce blues-rockowej, teraz zwrócili się w stronę punku lub proto-punku. Zespół przygotowuje się do wydania płyty oraz działalności koncertowej, o której poinformuje na swoim Facebooku.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem Lady Gothenburg  podczas otwarcia Festiwalu Filmu Polskiego – mówię to jako absolutnie szeregowy słuchacz – wasza twórczość od razu skojarzyła mi się z muzyką filmową,przypomniałem sobie soundtracki filmów Tarantino lub Dolana. W jakim stopniu film inspiruje waszą muzykę?

Witold: Powiem tak, muzyka tworzy atmosferę filmu, podobnie jak film ma wpływ na muzykę. Tworząc muzykę orientujemy się na pewien kontekst. Faktycznie dużo oglądamy i ciekawimy się filmem. Osobiście bardzo lubię kino. W filmie szukam pewnych scen natchnienia. Oglądając zastanawiam się w jakim kontekście dana melodia dźwięczałaby fajnie.

Jakie filmy czy reżyserzy cię inspirują?

Witold: Bardzo lubię filmy wspomnianego przez ciebie Tarantino, który ma bardzo dobre wyczucie pod względem doboru muzyki. Bardzo mi się spodobał film Christophera Nolana Interstellar, gdzie moim zdaniem, muzyka tworzyła 70 proc. całego filmu. Bez muzyki te sceny byłyby puste. Muzyka z filmów Guy’a Ritchi jest bardzo inspirująca pod względem punku czy garage rock’a. Bardzo mi się spodobało brzmienie zespołu „22 20s” w filmie „RocknRoll”. Wywarł  na mnie bardzo duży wpływ. Dzięki niemu teraźniejsze brzmienie ma właśnie taki przysmak podziemia.

Waldemar: Nie wiem. Niekoniecznie muzyka z filmów Guy Ritchie,którego też bardzo lubię,  miała wpływ na obecny kształt naszej muzyki. Zawsze słuchaliśmy przede wszystkim muzyki indie, ale od niedawna odkryliśmy włoską punkową scenę oraz wczesną amerykańską scenę punka, czyli takie zespoły jak MC5, gdy na dworze mamy jeszcze rok 1969, wszyscy grają i śpiewają o miłości, a oni wychodzą  i zaczynają śpiewać: „Kick out the jams, mothefucker”. To właśnie taka muzyka zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie i dlatego teraz idziemy w tym kierunku.

Zaczynaliście od blues rocka, ale w waszej ostatniej piosence „Fuckin Die” czuć wpływy wczesnego Billy Idola i Dead Kenedy’s. Przed kilkoma tygodniami wystąpiliście na punkowym festiwalu „Vilnius gatves vasara”. Skąd ta zmiana? Czym dla was jest punk?

Witold:Jeśli chodzi o „Fuckin die” to w pewnym sensie jest to żart muzyczny. Patrząc od strony produkcyjnej to jest po prostu miazga. Dźwięk zwyczajnie  się załamuje. Jednak słuchając go bardzo głośno oddaje  atmosferę, która panowała w czasie nagrania. Dla mnie punk to wyciskanie z siebie czegoś „na maxa” i jest to szczere na 100 proc.

Waldemar: Z całym szacunkiem do starych kumpli z zespołu, ale wcześniej nie rozmawialiśmy na temat samej piosenki, tylko na temat wykonania. Każdy myślał o własnej partii muzycznej. Teraz kiedy pożegnaliśmy się z pozostałymi członkami zespołu, nie musimy do nikogo się dostosowywać. Możemy realizować własne pomysły, bez pytania innych o zdanie. Dla mnie punk jest alternatywą dla współczesnej muzyki, która powinna być bardzo łagodna, subtelna i dopieszczona w każdym szczególe. Jednak jeśli spojrzymy na XVII-XVIII w. to tam nigdy nie było łagodnej muzyki. Bo kiedy jest chaos, to powinien być chaos, kiedy jest miłość, to gramy o miłości. Nie może być jednego standardu czy patentu dla wszystkich i na wszystkie okazje. Dla mnie muzyka powinna być głośna - chociaż w swym repertuarze mamy różne piosenki, również na pograniczu popu i alternatywy – ma być takim sprzeciwem wobec ospałego świata, który zatrzymał się w pewnym punkcie. Straciłem szacunek wobec sceny IDM (  Intelligent Dance Music – przyp. red.), która po prostu zatrzymała się w rozwoju i nie chce szukać nowych rozwiązań. Wiedzą, że mają dobry dźwięk i to im wystarcza. Inne gatunki również popadają w pewien snobizm.

Z tego co wiem poprzednio wasz skład w pewnych momentach liczył nawet 11 członków?

Waldemar: Tak. To było podczas naszego występu na Loftas Fest. Początkowo było nas sześcioro, ale postanowiliśmy zwiększyć skład do jedenastu. To było fajne doświadczenie, bo zrozumieliśmy jak to jest współpracować z taką mini orkiestrą, gdzie był saksofon, dodatkowe wokale, jamby. Jednak wówczas zrozumiałem, że tak duży skład zabija twój świat wewnętrzny. Tak duża liczba osób w zespole niepotrzebnie relaksuje, bo jest 10 osób i twoja odpowiedzialność jest 1 z 11. I to jest takie pójście na łatwiznę, bo masz świadomość, że jeśli coś zrobisz źle to inni muzycy cię wyręczą. To nie jest do końca uczciwe wobec słuchaczy. Chociaż być może z czasem powtórzymy ten projekt.

Z tego co wiem Witold studiował prawo, Waldek studiujesz na Akademii Sztuk Pięknych. Skąd pojawiła się muzyka w waszym życiu?

Witold: Wcześniej dostęp do muzyki nie był taki łatwy, jak jest dzisiaj. Przez dłuższy czas nie mieliśmy internetu. Pamiętam jak pewnego razu sąsiad nagrał mi mp3 Nirvany. To było duże odkrycie. W tamtym czasie bardzo mi się podobała taka ideologia „I Don’t Give a Fuck „ (cytat z piosenki Nirvany „Breed” – przyp.red.). Być może teraz nie słucham tak często tych piosenek, ale mogę powiedzieć, że ukształtowały moją osobowość. Zrozumiałem, że nie warto wybierać standardowych rozwiązań, że warto robić coś na przekór, aby na świecie było jak najwięcej różnorodności. Więc dopóki nie nagraliśmy swojej płyty, to ciągle eksperymentujemy, nie stawiamy sobie żadnych granic. Dlatego właśnie zagraliśmy na punkowym festiwalu. To było bardzo ważne doświadczenie. Czasami warto na scenie czuć się jak najgorzej, bo to jest pewien sprawdzian, na zasadzie czy potrafię z tych kawałków wycisnąć coś swojego.

Waldemar: U mnie to było tak, że się nudziłem, więc zacząłem grać na perkusji. Mam takie zasady, że jeśli coś mi się nudzi, to po prostu to odstawiam. Nie mam ambicji bycia najlepszym.

Czyli przyszłości nie wiążesz z muzyką?

Waldemar: Wiążę, jak najbardziej, ale moim zdaniem nie warto ograniczać się tylko do jednej rzeczy, na przykład do perkusji. Jestem raczej typem człowieka, któremu szybko się nudzi monotonia. Kiedy często grałem na perkusji, to później przez miesiąc nie mogłem grać w ogóle. Natomiast kiedy mam natchnienie, to mogę grać w pokoju przez kilka godzin. Staram się nie robić niczego na siłę, bo to wygląda nienaturalnie. Niby z jednej strony człowiek dokształca się, ale również w pewien sposób siebie rujnuje. Nie warto układać wielkich planów na przyszłość. Chwila jest najważniejsza. Tak było z Vilniaus Gatves vasara . W czwartek zadzwoniliśmy, a w piątek już graliśmy.

Wywodzicie się z polskiej społeczności na Litwie. Dla wielu ze strony polska społeczność jest bardzo konserwatywna, zamknięta. Jakie jest wasze zdanie?

Witold: Moim zdaniem jest odwrotnie. Wszystko, oczywiście, zależy od otoczenia, w którym człowiek się wychował. Jednak w moim wypadku było tak, że nasza rodzina nie zważając na cały tradycjonalizm, religijność czy poglądy, nigdy nie zabraniała mi szukać siebie. Sądzę, że mi się powiodło, bo jestem człowiekiem, który lubi poszukiwać, odkrywać coś nowego. Polacy na Litwie są w pewnym sensie w uprzywilejowanej sytuacji: znamy co najmniej cztery języki, jesteśmy bardziej otwarci na inne kultury. Oczywiście, różnie się zdarza, ale sądzę, że naprawdę możemy być otwarci i z tego mogą pojawić się bardzo piękne rzeczy.

Waszą muzykę zawsze cechowała pewna niszowość?

Waldemar: Cóż mogę powiedzieć, kiedy starasz się przypodobać większości, to przegrasz. Wszystko zaczynało się od niszy. Każdy zespół zaczynał od pewnej niszowości. Weźmy chociażby Oasis. Na początku Brit Pop to też była pewna subkultura, bo kiedy zaczynał Oasis to popularnością cieszyły się raczej takie zespoły, jak Nirvana. Jednak z czasem to się rozrosło. Podobnie było z bluesem, który obecnie stał się mainstreamem. Ludzie zazwyczaj są głodni czegoś nowego i kiedy widzą, że robisz coś ciekawego, to przyjmują to. Teraz mówią, że gramy punk. Więc postanowiliśmy pojechać na festiwal, aby zobaczyć, jak nas odbiorą prawdziwe punki. Oni mówią super, więc zaczynamy szukać nowych nisz. Takie poszukiwanie jest najważniejsze. Jest miło, kiedy ludzie odnajdują się w twojej muzyce, a kiedy wokalista Toro Bravo (kultowy zespół punkowy na Litwie – przyp.red.), który ma takie radykalne podejście do muzyki, mówi że jesteśmy ok – to jest fajne. Niszato tylko słowo. Po prostu jest dobra muzyka i zła muzyka.


Powiedziałeś, że ludzie mają głód na coś nowego. Czy jako artyści na Litwie odczuwacie ten głód?

Waldemar: Tak, ale mamy do czynienia ze śmieszną sytuacją, bo ludzie szukając czegoś nowego czekają na wiadomości z Berlina czy Londynu. Tak naprawdę na Litwie mamy sporo superowych zespołów czy to jazz, czy rock, czy eksperymentalna muzyka elektroniczna. Jednak wśród ludzi odczuwalny jest pewien kompleks, że niby jesteśmy  prowincją, że jesteśmy gorsi. Nie rozumiem tego. Nie jesteśmy żadną prowincją. Jesteśmy jednym z wielu państw Unii Europejskiej. Nie musimy się bać i ciągle patrzeć co nowego powstało na Zachodzie, aby później to zaadoptować. Sądzę, że sami jesteśmy w stanie stworzyć coś nowego i oryginalnego. I wówczas oni będą wzorowali się na nas. Kultura Europy Środkowo-Wschodniej jest piękna. Weźmy chociażby teatr Warlikowskiego czy Koršunovasa. Kocha ich  i podziwia cały świat. Nie rozumiem skąd się biorą te kompleksy, że jesteśmy postsowieckim państwem i jesteśmy w tyle o 50-100 lat za Zachodem.

Powiedziałeś, że na Litwie istnieje pewien kompleks względem tzw. Zachodu, ale wy również tworzycie po angielsku. Czy to nie jest kompleks?

Waldemar: Nie wiem, czy to jest kompleks. Po prostu wyrośliśmy na angielskiej kulturze. Znam dobrze ten język, nawet kiedy jestem w kinie to nie czytam napisów, tylko słucham oryginalnego tekstu. To nie są jakieś działania marketingowe, że miliard osób zna angielski, dlatego śpiewamy po angielsku…

Witold: Zgadzam się. Wychowaliśmy się na pewnej angielskiej czy amerykańskiej subkulturze i dlatego patrzymy na świat przez ten pryzmat.

Czy w przyszłości mogą pojawić się inne języki w waszej twórczości?

Waldemar: Gdybym miał wybór to chciałbym spróbować stworzyć coś w języku francuskim. Bardzo podoba mi się ten język. Po litewsku nie mógłbym śpiewać, bo to jednak nie jest język ojczysty.  Kiedyś śpiewałem w chórze w „Wilence” i to było fajne, ale języka polskiego nie widzę w muzyce rockowej. Oczywiście to moje osobiste zdanie.

Witold: Bardzo dobre pytanie. Mi się podoba pomysł. Może warto zrobić czytanie tekstu po polsku i zobaczyć, jak to będzie brzmiało.

A co jest dla was ważniejsze – słowa czy muzyka?

Witold: Dla mnie powinna być pewna symbioza. Gram na gitarze i śpiewam, więc dla mnie ważne jest, aby muzyka i słowa stanowiły pewną jedność.

Waldemar: Dla mnie muzyka. Słowa są ważne, ale to muzyka pozwala człowiekowi odczuwać emocje. Sądzę, że na koncercie to muzyka jest decydująca, to od niej zależy, czy człowiek słucha, myśli czy tańczy.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!