Rozmaitości
Ewelina Mokrzecka

Aleksander Radczenko: Nowa Zelandia podobała mi się bardziej niż Australia

Recepta w kwestii stosunków międzyetnicznych na wszystkich kontynentach i krajach, które odwiedziłem, jest taka sama. Te stosunki układają się dobrze tylko tam, gdzie większość narodowa rozumie, że mniejszość jest tym bogactwem, która urozmaica ogólnonarodową kulturę, tworzy wartość dodaną (np. w turystyce) i chociażby dlatego jest warta zachowania, pielęgnowania i rozwoju, zaś mniejszość rozumie jak ważne jest wyjście z getta, jak ważne jest wykształcenie własnych elit oraz lojalność wobec państwa w którym się mieszka – twierdzi wileński podróżnik, prawnik i publicysta Aleksander Radczenko.

Przed kilkunastoma dniami wróciłeś z kolejnej podróży. W jaki sposób wybierasz kierunki swoich wojaży i dlaczego na tę ostatnią wybrałeś Australię? Masz jakiś plan, listę wymarzonych krajów, do których chciałbyś pojechać?

Oczywiście, że mam taką listę! To mapa świata, którą podarował mi kiedyś brat na urodziny i która wisi u mnie nad łóżkiem (śmiech). Natomiast Australię wybrałem z prozaicznego powodu — po prostu był to ostatni kontynent na którym jeszcze nie byłem. Przed rokiem byłem na wyprawie na Antarktydę. W Afryce, Europie, Azji i Ameryce byłem już wcześniej, więc zostawała tylko Australia. Postanowiłem, że odwiedzę ją jeszcze za nim „stuknie” mi czterdziestka. I tak jakoś się złożyło, że przed kilkoma miesiącami udało mi się znaleźć wariant podróży, który satysfakcjonował mnie finansowo i turystycznie. W ten sposób na przełomie kwietnia i maja przez 10 dni podróżowałem po Australii, a następnie przez kolejnych osiem — po Nowej Zelandii. A zatem jestem na dzień dzisiejszy jedynym znanym mi Polakiem z Wilna, który był na wszystkich sześciu kontynentach świata (śmiech).

Jakie wrażenia wyniosłeś z Australii i Nowej Zelandii?

Australia jest przereklamowana (śmiech). Z drugiej strony dziesięć dni na zwiedzenie olbrzymiego kontynentu, większego od Europy, to oczywiście żart, więc po prostu zaliczyłem kilka największych atrakcji — Sydney, Góry Niebieskie, Uluru, Kata Tjuta, Cairns, Wielką Rafę Koralową — i tyle. Pewnie gdybym miał więcej czasu i pieniędzy wybrałbym przejazd samochodem przez cały kontynent z północy na południe lub z zachodu na wschód i wtedy bym poczuł go lepiej. Ponieważ w gruncie rzeczy jedynie „skakałem” samolotami i autobusami z miejsca na miejsce, Australia wydała mi się zbyt ucywilizowana, niemal europejska, a jej egzotyka – sterylna. Poza tym nie zobaczyłem tam nic takiego, czego nie widziałem już gdzieś indziej, więc może dlatego mam wobec niej mieszane uczucia. To bardzo piękny, olbrzymi kraj, ale też niezwykle drogi. Cenowo zbliżony do Norwegii.

W dzieciństwie trochę się podróżowało z rodzicami po ZSRR. Nad morze, do krewnych w Rydze, na Ukrainę, do Moskwy… Z tego, co pamiętam bardzo tego nie lubiłem

Nowa Zelandia spodobała mi się dużo bardziej. Bo tańsza (śmiech). Ale też przyroda jest tam przepiękna. Zresztą, kto oglądał „Władcę Pierścieni” lub „Hobbita” widział ją na własne oczy. Jest dokładnie taka jak w tych filmach, a nawet lepsza (śmiech). Dymiące stożki wulkanów, gejzery strzelające parą na kilkadziesiąt metrów, jeziora wrzącej wody, wodospady, paprocie sięgające kilkudziesięciu metrów wysokości, sielskie pagórkowate krajobrazy z krowami i owcami obok tropikalnej puszczy oraz Auckland — ponad milionowe miasto, którego mieszkańcy chodzą do pracy w garniturach, ale na bosaka… Nie lubię wracać do krajów w których już byłem, ale do Nowej Zelandii chętnie bym wrócił raz jeszcze. I jeszcze raz. I jeszcze raz (śmiech).

Jak zaczęła się Twoja przygoda z podróżowaniem?

W dzieciństwie trochę się podróżowało z rodzicami po ZSRR. Nad morze, do krewnych w Rydze, na Ukrainę, do Moskwy… Z tego, co pamiętam bardzo tego nie lubiłem (śmiech). Wszystko się zmieniło, gdy się nauczyłem czytać i zacząłem pochłaniać książki Juliusza Verne’a, Alfreda Szklarskiego, Karola Mya, Henryka Sienkiewicza. Zaczęły mnie pasjonować dalekie lądy, podróże i podróżnicy, geografia i historia. Potem zacząłem czytać literaturę popularno-naukową i marzyć o podróżach. Oczywiście w Związku Sowieckim, w którym nawet wyjazd do pobliskiej Polski był niezwykle skomplikowany, to były marzenia ściętej głowy. Ale się ostatecznie udało. Pamiętam, że mając chyba lat 12 przeczytałem książkę o Namibii, wówczas jeszcze okupowanej przez RPA i postanowiłem, że kiedyś na pewno tam pojadę… ZSSR upadł, granice stanęły otworem. Gdy zarobiłem pierwsze pieniądze – natychmiast wydałem je na podróż do Czech. I tak się zaczęło. Najpierw Litwa, Polska, Europa, potem coraz dalsze, bardziej odległe zakątki świata. I przed kilkoma laty – wymarzona Namibia (śmiech).

I ostatecznie odwiedziłeś wszystkie kontynenty świata, a ile krajów już masz na swoim koncie i który z nich wywarł na Tobie największe wrażenie?

Krajów nie jest zbyt wiele. Szacuję, że dotychczas odwiedziłem ich około 50. Ale nigdy nie miałem takiego planu, takiego celu, że mam obowiązkowo postawić stopę na każdym z kontynentów, chociaż tak się jakoś złożyło, czy zwiedzić jak najwięcej krajów. W przeciwnym razie wystarczy po prostu pojechać na Bałkany i wciągu dwóch tygodni zaliczyć ze dwa dziesiątki krajów (śmiech). Generalnie wybieram kraje do podróżowania raczej zgodnie z własnymi preferencjami, że chcę coś tam zobaczyć, przekonać się o czymś na własne oczy, spróbować, dotknąć, a nie żeby zaliczyć ich jak najwięcej.

Największe wrażenie do tej pory wywarła na mnie Antarktyda. To niewątpliwie najbardziej niesamowity, najmniej skalany obecnością człowieka zakątek świata, z dziewiczą przyrodą, bardzo surową i piękną jednocześnie… Ta podróż naprawdę coś we mnie zmieniła. Podróżą marzeń był też wypad do Namibii. Moim zdaniem, jednego z najpiękniejszych krajów na świecie. Bardzo zróżnicowanego, olbrzymiego, dzikiego, a jednocześnie przyjaznego nawet wobec niezbyt zaprawionego w podróżowaniu i przyzwyczajonego do komfortu podróżnika. Takiego jak ja (śmiech). Ale tych miejsc jest dużo więcej. Uwielbiam Amerykę Łacińską i Afrykę, nie przepadam natomiast za Azją, szczególnie tą południowo-wschodnią.

Największe wrażenie do tej pory wywarła na mnie Antarktyda. To niewątpliwie najbardziej niesamowity, najmniej skalany obecnością człowieka zakątek świata, z dziewiczą przyrodą, bardzo surową i piękną jednocześnie…

Swoje podróże organizujesz na własna rękę czy korzystasz z usług biur?

Różnie. Nie ma reguły. Nie jestem podróżnikiem sensu stricte, tylko takim bardziej ambitnym turystą. Komfort w podróży ma dla mnie znaczenie. Chcę na przykład mieć łóżko, gorącą wodę i toaletę – chodzi o jakieś minimalne standardy. Czasami taką podróż jest taniej załatwić na własną rękę i tak robię, chociaż to się zazwyczaj wiąże z poświęceniem mnóstwa wolnego czasu. Innym razem oferty biur podróży — szczególnie tzw. last minute — bywają tak atrakcyjne, że nie przebije tego żadna inwencja własna, więc dlaczego z tego nie skorzystać..?

Podobno podróże kształcą. Czego Ciebie nauczyły?

Przede wszystkim tolerancji. W podróżach spotykasz nowych ludzi, masz do czynienia z tradycjami innymi niż te do których się przyzwyczaiłeś, obyczajami i musisz to zrozumieć, zaakceptować. Non stop stykasz się z innością i po jakimś czasie już przestaje ona wzbudzać w tobie obawy. Stajesz się bardziej otwarty na innych, uczysz się słuchać, dyskutować, szukać kompromisów, a to procentuje również w codziennym życiu.

Podróżując jesteś w stanie zauważyć jak są np. rozwiązywane te problemy z którymi boryka się twój kraj w innych krajach albo do czego może doprowadzić ich nie rozwiązywanie. Nasi parlamentarzyści i ministrowie bardzo dużo podróżują, niestety wydaje mi się czasami, że nie wiele w tych podróżach widzą, nie wychylają nosa poza hotel, limuzynę i salę konferencyjną, a więc  niewiele się uczą. A mogliby. Na przykład o tym jak ułożyć stosunki międzyetniczne. Bo generalnie recepta na wszystkich kontynentach i krajach, które odwiedziłem, jest taka sama. Te stosunki układają się dobrze tam i tylko tam, gdzie większość narodowa rozumie, że mniejszość jest tym bogactwem, które urozmaica ogólnonarodową kulturę, tworzy wartość dodaną (np. w turystyce) i chociażby dlatego jest warta zachowania, pielęgnowania i rozwoju, zaś mniejszość rozumie jak ważne jest wyjście z getta, jak ważne jest wykształcenie własnych elit oraz lojalność wobec państwa w którym się mieszka.

A jaka była Twoja najbardziej nieudana podróż? I czy jest jakiś kraj, którego byś nie polecił?

Szczerze mówiąc nie mogę takiej podroży sobie przypomnieć. Niewątpliwie zdarzały się podróże trudne: fizycznie lub psychicznie. Zdarzały się w ich czasie jakieś niemiłe incydenty i to wtedy psuło nastrój. Jednak z biegiem czasu wszystkie negatywne przejścia się zapomina i pozostają tylko pozytywne wrażenia, a te można wynieść z każdego kraju. Wiele osób taki Luksemburg uważa za totalną dziurę, a dla mnie to jeden z najfajniejszych zakątków Europy. Każdy kraj jest wart odwiedzenia, warto jedynie pomyśleć, ile czasu trzeba na niego poświęcić. Na przykład w takim Dubaju byłem dwa dni, a i tak było to o jeden dzień za długo (śmiech).

Każdy kraj jest wart odwiedzenia, warto jedynie pomyśleć, ile czasu trzeba na niego poświęcić

Zazwyczaj podróżujesz sam. Nie boisz się?

Boje się, bo ten co się nie boi – popełnia błędy, które mogą kosztować utratę zdrowia lub nawet życia. I dlatego zawsze się zastanawiam dokąd i kiedy pojechać, dokładnie planuję i przygotowuję podróż, a w jej trakcie staram się omijać szemrane dzielnice, a jeśli akurat w kraju są jakieś rozruchy, a w Trzecim Świecie to się niestety zdarza często, trzymać się od nich z daleka. Do tej pory miałem to szczęście, że zawsze spotykałem w swoich podróżach tylko dobrych i pomocnych ludzi. Sytuacje, gdy znalazłem się w niebezpieczeństwie można policzyć na palcach jednej ręki, chociaż jeżdżę po świecie od wielu lat i nigdy nie było to jakieś bardzo poważne niebezpieczeństwo. Pamiętam, że w Meksyku, w Acapulco, taksówkarz, który wiózł mnie do fortu w centrum miasta zajechał drogę wypasionemu jeepowi, na następnym skrzyżowaniu ten jeep nas wyprzedził i zatarasował drogę, wysiadło z niego kilku uzbrojonych po zęby gangsterów. W tamtej chwili przeklinałem siebie za to, że pojechałem zwiedzać tę cholerną twierdzę, ale oni ostatecznie zobaczyli, że w taksówce siedzi gringo, wsiedli więc do jeepa i odjechali (śmiech).

Wielu osobom wydaje się, że dalekie podróże wiążą się z ogromnymi kosztami. Może są w błędzie? Jak wygląda rzeczywistość?

Niewątpliwie te koszty są spore. Na Antarktydę nie da się pojechać jak do Turcji za dwa tysiące litów. Jest jednak taniej niż się wydaje. Największy koszt to sam przelot, potem zazwyczaj jest niedrogo. W biedniejszych krajach hostel, wyżywienie, przejazdy można zorganizować naprawdę tanim kosztem, ale już atrakcje turystyczne kosztują sporo, np. wstęp do parków narodowych czy lokalne wycieczki. Generalnie dla chcącego nic trudnego. Jeśli się poświęci wystarczająco dużo czasu zawsze da się znaleźć tańszy lot nawet na koniec świata. Jeśli komfort dla nas nie polega na zatrzymywaniu się wyłącznie w czterogwiazdkowych hotelach — zawsze da się znaleźć jakiś hostel czy kemping, można zaoszczędzić na jedzeniu…

Czy planujesz już kolejną wyprawę?

Dziś nie mam jeszcze żadnych konkretnych planów, ale gdy patrzę na tę mapę wiszącą nad łóżkiem, to widzę na niej jeszcze bardzo dużo miejsca na pinezki (śmiech). Obawiam się, że chociaż co roku odwiedzam po dwa-trzy nowe kraje, życia mi nie wystarczy, żeby odwiedzić wszystkie miejsca, które chciałbym. Na przykład chciałbym przejechać słynną Route 60 przez USA, zachodnim wybrzeżem Ameryki Południowej z Ekwadoru po przez Peru, Chile aż po  Wyspę Wielkanocną… Być może kiedyś. W sumie w każdej chwili jestem gotów wyjechać tam, gdzie jeszcze nie byłem…

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!