Opinie
Barbara Jundo-Kaliszewska

Żurawski: Przypięcie wstążki Św. Gieorgija można potraktować jako strzał samobójczy

„Mniejszość polska na Litwie jest osobnym podmiotem politycznym - ma własne cele polityczne, własnych liderów i nie jest sterowalna z Warszawy“ - powiedział w wywiadzie dla zw.lt dr. hab. Przemysław Żurawski vel Grajewski.

Jak Pan skomentuje obecną sytuację Polaków na Litwie ( ich bezowocną walkę o dwujęzyczne nazewnictwo, pisownię nazwisk i in.) i zabiegi dyplomatyczne Państwa Polskiego w tej kwestii w ciągu ostatnich kilkunastu lat?

W tej grze mamy cztery podmioty: państwo litewskie, mniejszość polską na Wileńszczyźnie, państwo polskie i Rosję – osobny czynnik, który dodatkowo w tym wszystkim miesza. Państwo litewskie prowadzi politykę, której skutkiem jest antagonizowanie mniejszości polskiej na Litwie. Nie obyło się też bez błędów lokalnych Polaków, że wspomnę choćby o próbie (z początku lat 90-tych) utworzenia polskiej autonomii na Wileńszczyźnie. Nie chodzi o to, że taka próba została podjęta. Sama autonomia, jako cel polityczny Polaków na Wileńszczyźnie jest moralnie akceptowalna, jednakże ówczesny jej wymiar współpracy z Sowietami – nie.

Kwestią, rzadko uświadamianą sobie przez elity polityczne w Polsce i elity polityczne mniejszości polskiej na Wileńszczyźnie jest fakt, że mniejszość polska na Litwie jest osobnym podmiotem politycznym – ma własne cele polityczne, własnych liderów i nie jest sterowalna z Warszawy. Ma też całkowicie odmienne horyzonty polityczne – innego typu wyzwania stoją przed tą grupą, a zupełnie inne przed państwem polskim. Przywódcy społeczności polskiej na Litwie nie muszą się zajmować stosunkami z USA, Ukrainą, Rosją itd. Zajmują się kwestiami, dotyczącymi sytuacji Polaków na Litwie. Z punktu widzenia Warszawy, mamy do czynienia z konfliktem między państwem litewskim a mniejszością polską na Litwie, który jest faktem bez względu na politykę i rolę Polski. Rząd w Warszawie nie może zadecydować o zawarciu ugody bądź kontynuowaniu tego konfliktu. O tym decydują wyłącznie władze Republiki Litewskiej i społeczność polska na Wileńszczyźnie. Z punktu widzenia Warszawy pytanie nie brzmi – czy prowadzić ten konflikt. Pytanie brzmi – jaką politykę powinno mieć państwo polskie wobec faktu, że taki konflikt istnieje. Dla litewskich Polaków jest on najważniejszym wyzwaniem politycznym, dla państwa polskiego jest jednym z wielu wyzwań, przed jakimi ono stoi i z całym szacunkiem dla naszych rodaków na Wileńszczyźnie, byłoby wobec nich nieuczciwością stwierdzenie, że jest to wyzwanie dla Polski najistotniejsze.

Jaką drogę postępowania wobec konfliktu mniejszości polskiej na Litwie z władzami Republiki Litewskiej, powinna wybrać współczesna Polska?

Doświadczenia ostatnich dwudziestu paru lat wykazały brak skuteczności presji dyplomatycznej państwa polskiego na rząd Litwy. Nie jest to wynik błędów rządu polskiego, tylko kwestia nieistnienia instrumentu skutecznego nacisku. Planowanie polityczne w tym obszarze powinno jako podstawę przyjmować założenie, że państwo litewskie (przynajmniej w obecnym pokoleniu) w kwestii praw mniejszości polskiej na swym terytorium prowadzi i prowadzić będzie politykę wynikającą ze złej woli. Jeśli tylko litewskie elity rządzące będą miały fizyczne możliwości ku temu, by nie przyznawać żadnych koncesji politycznych Polakom na Litwie, to ich nie przyznają. Robienie gestów dyplomatycznych w tym względzie niewiele pomoże. Jedynym skutecznym instrumentem nacisku Polski na Litwę mogłaby być presja wojskowa, która, ze względów oczywistych, jest niemożliwa. Z uwagi na to, że jesteśmy krajami członkowskimi Unii Europejskiej, niemożliwa jest też presja ekonomiczna. W związku z powyższym, niektóre obszary sporów (pisownia nazwisk, obecność języka polskiego w przestrzeni publicznej, reprywatyzacja, manipulacje granicami okręgów wyborczych) są poza zasięgiem oddziaływania państwa polskiego. Przynajmniej bezpośredniego.

Obszarem obiecującym sukces, jest natomiast pozycja mediów polskich i szkolnictwa polskiego na Litwie. Polska ma potencjał, żeby w wymiarze kulturowym ten konflikt, bez większego wysiłku, rozstrzygnąć. Większość naszych obywateli nie pamięta, że Polska jest dziesięciokrotnie większa od Litwy. Moim zdaniem, spór z Litwinami nie powinien być rozstrzygany przez mediacje dyplomatyczne, które z braku instrumentu nacisku i z powodu złej woli Litwinów, są z góry skazane na niepowodzenie. Kluczem do sukcesu są bezpośrednie inwestycje w media, szkolnictwo polskie i inne inicjatywy kulturowe na Wileńszczyźnie. Nie można się ograniczać do TV Polonia i wsparcia dla lokalnej prasy polskiej. Polska obecność medialna na Litwie musi być masowa i wszechstronna od kultury wysokiej po popularną. Wyposażenie szkół polskich, system stypendialny dla uczniów i nauczycieli – warunki pracy i nauki muszą być lepsze niż w szkołach litewskich. Polska musi na te cele dać poważne, a nie symboliczne pieniądze. To byłaby znacznie bardziej realna polityka niż najostrzejsze nawet werbalne oskarżanie Litwy przez Polskę na wszelkich możliwych forach międzynarodowych. Nie chodzi wszak o to by sobie pogadać, poskarżyć się, lecz by osiągnąć wymierną poprawę losu litewskich Polaków. Na to potrzeba nie słów, które pozwoliłyby – gdyby były ostre – chodzić ich głosicielowi w glorii obrońcy polskości na Wileńszczyźnie, ale poza tym nic by nie zmieniały, lecz środków materialnych, które państwo polskie posiada i ma moralny obowiązek na ten cel wyasygnować.

Jak to się odbije na relacjach dwóch państw unijnych – Polski i Litwy?

Wychodząc do gry geopolitycznej, należy zaznaczyć, że Polska nie powinna występować jako państwo skarżące Republikę Litewską za łamanie praw ludności polskiej na Litwie do instytucji międzynarodowych (Rady Europy, Trybunału Praw Człowieka itd.). Grozi to utworzeniem wspólnego frontu Polski z Rosją w zakresie oskarżania wszystkich trzech państw bałtyckich o łamanie praw mniejszości narodowych. Rosyjski aparat propagandowy jest wielokrotnie potężniejszy od polskiego i litewskiego. Oznacza to, że niezależnie od naszych intencji, ostatecznie, w oczach europejskiej opinii publicznej i tak wyjdzie na to, że potwierdzamy rosyjską tezę o łamaniu praw mniejszości narodowych w państwach bałtyckich. Spór państwa polskiego, a także spór mniejszości polskiej z państwem litewskim grozi nam nie tylko ześlizgnięciem się do roli mimowolnego sojusznika Rosji przeciwko Litwie, ale także poważnym konfliktem politycznym z Litwą i co najmniej komplikacjami w relacjach z Łotwą i Estonią, co leży w interesie Rosji. Postępowania w sądach europejskich nie zmienią sytuacji Polaków na Litwie. Wytworzą one wyłącznie otoczkę propagandową, którą będzie w stanie wykorzystać Rosja do atakowania Łotwy i Estonii, wskazując, że to na co skarżą się Polacy na Litwie jest udziałem Rosjan w pozostałych państwach bałtyckich. Słabo zorientowana w realiach europejska opinia publiczna nie dostrzeże zaś fundamentalnej różnicy między uprawnionymi żądaniami Polaków, będących na Wileńszczyźnie ludnością autochtoniczną, a uzurpacjami sowieckich kolonistów z Rygi, Tallina czy Narwy.

Co to oznacza w praktyce?

To jest skłócenie dwóch, a może i czterech państw natowskich. W tej sytuacji Rosja mogłaby występować jako arbiter w relacjach Litwy i Polski, a przy okazji również obrońca mniejszości polskiej na Litwie. To stara tradycja moskiewskiego imperializmu. Wszak Rosja zawsze podbijane ziemie i ludność „wyzwalała i brała w opiekę”. Co by się stało, gdyby dowodzący obecnie rosyjskimi dywersantami w Donbasie Igor Grykin (do 31 marca 2013 r. pułkownik FSB, weteran wojen w Naddniestrzu, Jugosławii i Czeczenii), pojawił się na Wileńszczyźnie w towarzystwie „zielonych ludzików” Putina i podając się za miejscowego Polaka rozpoczął walkę o „autonomię regionów polskich”. Był „zbuntowanym mieszkańcem” Naddniestrza, potem Krymu, teraz Donbasu, może być i Wileńszczyzny, jeśli Kreml da mu taki rozkaz. Co wtedy? Polska opinia publiczna nie wiedziałaby jak ma reagować w takiej sytuacji: czy razem z Rosją wystąpić przeciwko Litwie, czy też razem z Litwinami przeciwko Polakom na Wileńszczyźnie. W ten sposób mógłby powstać spory bałagan, na którym skorzystałaby wyłącznie Moskwa. W związku z powyższym, należy czynić wszystko, by nie uwiarygadniać propagandowo takiego scenariuszu. Rosja dąży do odbudowania imperium i państwa bałtyckie, z uwagi na potencjał skłócenia wewnętrznego, mogą zostać w tym celu wykorzystane. Oprócz tego, państwa bałtyckie są rodzajem papierka lakmusowego, co do spoistości NATO.

Czy ostatnie wydarzenia na Ukrainie były tego typu testem?

Ukraina nie należy do NATO. W przypadku agresji na Krymie, Kreml nie testował spoistości NATO. Testowano odpowiedź Zachodu na agresję Rosji na suwerenne państwo w Europie. Test ten wypadł dla Kremla pozytywnie, stąd mamy kolejny test w postaci agresji w Donbasie, jak on wypadnie tego jeszcze nie wiemy. Jeśli Moskwa odniesie sukces, następnym testem może być sprawdzenie reakcji NATO na agresję na jednego spośród jego członków – nowych, małych i „nieważnych”. Może ona przybrać postać pojawienia się „zielonych ludzików” np. w Narwie, Łatgalii lub na Wileńszczyźnie.

Czy, w związku z powyższym, powinniśmy się już dziś obawiać bezpośredniego ataku ze strony Rosji?

Gwałtowność zagrożenia wzrośnie, jeśli Amerykanie zostaną zaangażowani w jakąś potężną awanturę gdzie indziej (np. w wojnę o Tajwan, wojnę koreańsko-koreańską, konflikt bliskowschodni itd.). Głównym gwarantem bezpieczeństwa w regionie są Stany Zjednoczone. Jest to mocarstwo globalne, co oznacza, że może być związane wojskowo w jakimś innym regionie. Wówczas Rosja będzie miała wolną rękę w Europie. To wszystko jest silnie zmienne w czasie i odbija się na stabilności bezpieczeństwa międzynarodowego w regionie. I o tym wszystkim Polacy na Wileńszczyźnie nie muszą myśleć, a państwo polskie powinno.

W jaki sposób należałoby pogodzić palące problemy mniejszości polskiej na Litwie i kwestie bezpieczeństwa zewnętrznego w regionie?

Zagrożenie ze strony Rosji determinuje skalę delikatności polityki polskiej wobec Litwy. Gdyby nie zagrożenie rosyjskie, polityka Polski wobec Litwy byłaby znacznie twardsza. Tymczasem, przy świadomości wrogiej postawy państwa litewskiego w stosunku do Polaków na Litwie, państwo polskie nie może w żadnym wymiarze osłabiać współpracy wojskowej z państwami bałtyckimi. W związku z powyższym, wypowiedź ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, w której „rozważał” wycofanie się Polski z misji Baltic Air Policing, jest absolutnie nie do przyjęcia. My możemy rozważać czy baza tej misji powinna być w Szawlach, z czego Litwini czerpią korzyści gospodarcze, czy też w Estonii. W tym rozumieniu należy pokazać Litwinom, że jeśli będą naruszane prawa ludności polskiej na Litwie, to będzie to powodowało straty gospodarcze: strata bazy natowskiej, miejsc pracy, inwestycji.

Trwają przygotowania do powołania międzynarodowej polsko-litewsko-ukraińskiej jednostki wojskowej. Czy ratyfikacja LITPOLUKRBAT-u oznacza nasz bezpośredni udział w ukraińsko-rosyjskim konflikcie militarnym?

Obecnie, w momencie ożywienia się polityki imperialnej Kremla, Litwa ponownie odzyskuje zainteresowanie polsko-litewską współpracą wojskową. W 2008 r. z inicjatywy Litwy zlikwidowano Litewsko-Polski Batalion Sił Pokojowych (LITPOLBAT). Uważam, że powinniśmy skorzystać z okazji i odnowić tę współpracę. Powołanie polsko-litewsko-ukraińskiej brygady nie oznacza naszego bezpośredniego udziału w walkach na Wschodzie Ukrainy – to nie jest sojusz wojskowy. To jest instrument przyciągania Ukraińców do współpracy z Zachodem. Można to pokazać chociażby na przykładzie Litwy: w 2003 r. Polska już należała do NATO, a Litwa jeszcze nie. Wówczas Polska poparła amerykańską interwencję w Iraku. Nie chodziło o to, że mieliśmy jakiś projekt, co zrobić z Irakiem. Nie była to polityka wobec Iraku. To była polityka wobec USA. Rzecz działa się przed drugą falą rozszerzenia NATO o kolejne państwa Europy Środkowej. Do Iraku pojechali Polacy, a pod ich dowództwem pojechali m.in. Litwini i Estończycy. Trzeba odróżnić miejsce demonstracji wobec USA sojuszniczej użyteczności nowych państw NATO i kandydatów do sojuszu od towarzystwa, w jakim demonstrowaliśmy. Liczyło się przede wszystkim to, z kim tam pojechaliśmy. Obecnie mamy bardzo podobną sytuację. Wspólna polsko-lietwsko-ukraińska jednostka ma posłużyć jako demonstracja tego, że Ukraińcy są zdolni do współpracy z państwami NATO.

Wracając do genezy współczesnego konfliktu władz niepodległej Litwy i społeczności polskiej na Wileńszczyźnie, chciałabym zapytać, dlaczego aktywność narodowa Polaków na Litwie na fali Jesieni Ludów w środowiskach wpływowych polskich intelektualistów (skupionych wokół „Kultury” czy „Gazety Wyborczej”) i niektórych polskich polityków była odbierana negatywnie?

Litwa była pierwszą częścią Związku Sowieckiego, która przejawiła wolę niepodległości. Istotą sowieckiego przeciwdziałania było pobudzanie ruchów odśrodkowych wewnątrz separatystycznych republik (mieliśmy przykład Osetii i Abchazji wobec Gruzji, Naddniestrza i Gagauzji wobec Mołdawii, Górnego Karabachu wobec Azerbajdżanu). Obawiano się, że Polacy na Litwie mogą się wpisać w ten nurt polityki sowieckiej niezależnie od tego, jakie będą mieli intencje. Uniknięcie konfliktu polsko-litewskiego na tle żądań autonomii dla Wileńszczyzny wymagałoby od Litwinów wielkości umysłowej i moralnej, żeby tę aktywność polską na Litwie przyjąć i zaakceptować. Zważywszy na tradycję narodu litewskiego, która była budowana na przełomie XIX i XX w. na bazie legendy antypolskiej, a nie jakiejkolwiek innej (antyniemieckiej bądź antyrosyjskiej), było to psycho-społecznie nieprawdopodobne. Stąd obawy polskich elit, że Kreml pozyska na Litwie wszystkie warunki ku temu, by zmanipulować i wykorzystać mniejszość polską. Miałaby ona wystąpić przeciwko dezintegracji ZSRR, a dezintegracja ZSRR leżała w naszym interesie.

W ciągu ostatnich kilku lat retoryka elit rządzących RP w stosunku do władz Litwy definitywnie się zmieniła, choć właściwie nadal można było udawać, że „nic się nie stało”, a mniejszość polska na Wileńszczyźnie ma wygórowane żądania…

Po podpisaniu Traktatu polsko-litewskiego w 1994 r. można było przyjmować, że Litwini dojrzewają do wypełniania zawartych w nim postanowień. Dzisiaj, po dwudziestu latach, trudno dalej udawać, że realizacja ustaleń traktatowych wymaga czasu. Skala międzypaństwowej współpracy polsko-litewskiej w wymiarze strategicznym – bez rozwiązania problemów mniejszości polskiej na Litwie – w takim wymiarze, jak była poprzednio, już nie powróci. Polska opinia publiczna na początku lat 90-tych bardzo mocno solidaryzowała się z Litwą na jej drodze ku wolności. Po wydarzeniach styczniowych 1991 r. w Wilnie, panowało przekonanie, że skoro my pierwsi rozbiliśmy zewnętrzny obóz sowiecki, a Litwini jako pierwsi – wewnętrzny, to ta więź obojga narodów jest ciągle żywa. Kiedy padły ofiary śmiertelne pod wieżą telewizyjną, to Polacy uświadomili sobie, że po raz pierwszy w dziejach zmagań obu narodów z imperializmem Kremla Rosjanie zabijali ludzi w Wilnie, nie zabijając ich jednocześnie w Warszawie. Ta skala sympatii prolitewskich w najbliższym czasie nie powróci. Litwini to zmarnowali. Każdy nowy rząd Polski, decydując się na strategiczną współpracę z Litwinami, będzie musiał rozliczyć się z kwestii Polaków na Wileńszczyźnie. Będzie to znacząco utrudniało współpracę z państwem litewskim, o ile litewskie elity rządzące nie pójdą na ustępstwa. A te, ze swojej strony, najprawdopodobniej, nie ustąpią, licząc, że Polska i tak będzie współpracowała z nimi w zakresie polityki strategicznej wobec Rosji – bo musi. I to jest prawda. Niezależnie od tego, jaką politykę Litwini uprawiają w stosunku do mniejszości polskiej na Litwie, Polska musi, w zakresie bezpieczeństwa współpracować z Litwą. W przeciwnym wypadku Rzeczpospolita działałaby na korzyść Rosji, a to oznacza, że przeciw sobie. Litwy zaś inna współpraca z Polską, niż ta na niwie bezpieczeństwa, najwyraźniej nie interesuje.

Obecnie wyjątkową popularnością cieszą się artykuły dotyczące tragedii na Wołyniu. Zauważam ogromną różnicę jeśli chodzi o pamięć II wojny światowej w społeczeństwie współczesnej Polski. Wiedza o Ponarach czy udziale Litwinów w II wojnie światowej jest znikoma. Z czego to wynika?

Faktycznie, w społeczeństwie polskim nie ma pamięci eksterminacyjnej akcji litewskiej przeciwko Polakom. Jest pamięć zbrodni niemieckich, rosyjskich i ukraińskich. Litewskich nie ma. Moim zdaniem, to wynika z niewiedzy. Jeśli chodzi o kwestie wołyńskie, w Polsce panuje niezrozumienie faktu, że pamięć o konflikcie polsko-ukraińskim jest dla Ukraińców pamięcią dwóch prowincji: Wołynia i Galicji. Ta pamięć w Równym, Tarnopolu, we Lwowie, Stanisławowie jest zupełnie inna niż w Charkowie, Dniepropietrowsku czy nawet Kijowie. Natomiast w Polsce pamięć ta jest taka sama i w Przemyślu i w Szczecinie, Naturalnie liczba ofiar zbrodni litewskich była bez porównania mniejsza, niż tych jakie padły z rąk niemieckich, rosyjskich czy ukraińskich. Poza tym Litwa jest mała. W wypadku Ukrainy można, choć to głupie, straszyć Polaków banderowcami sięgającymi po Przemyśl i Chełm, ale trudno bez śmieszności twierdzić, że się na nas rzuci Litwa i zabierze nam Sejny i Suwałki.

Wiele kontrowersji wzbudziły wystąpienia lidera Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, takie jak przypięcie tzw. „gieorgijewskoj lentoczki” czy poparcie dla rosyjskiej autonomii na Krymie. Jak to zostało odebrane w Polsce?

Polacy na Litwie nie powinni tworzyć nawet pozoru, że są instrumentem władz rosyjskich. Więc jeśli Waldemar Tomaszewski przypina sobie wstążkę św. Gieorgija, można to potraktować, jako strzał samobójczy. W tej sytuacji ani państwo polskie, ani polska opinia publiczna nie są w stanie go poprzeć. Litwini, z kolei, zyskują doskonałą amunicję propagandową. Co z tego, że Tomaszewski dostanie parę procent głosów więcej w wyborach do Parlamentu Europejskiego? Parlament Europejski jest klubem dyskusyjnym, w którym nic ważnego się nigdy nie urodzi. Problemy mniejszości polskiej na Litwie można rozwiązać wyłącznie w Wilnie.

Dr hab. Przemysław Żurawski vel Grajewski (ur. 1963 r.) – polski ekspert w zakresie spraw międzynarodowych, a w szczególności zagadnień związanych z bezpieczeństwem. Adiunkt na Wydziale Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Łódzkiego, wykładowca białoruskiego Europejskiego Uniwersytetu Humanistycznego na emigracji w Wilnie i członek Instytutu Europejskiego w Łodzi. Pracował w Ministerstwie Obrony Narodowej. Był ekspertem w Parlamencie Europejskim, odpowiedzialnym za monitorowanie polityki wschodniej UE. Jest stałym komentatorem TVP Info.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!