Opinie
Kaja Kojder

Serce Wedla (w metalowym pudle), żubrówka i prezent dla dzieciaka, czyli z czym w gości do wilniuków

Mój mąż ma ciocię Tonię. W sumie to ciocię babcię. Jej mąż był bratem ciotecznym prawdziwej babci. Jak mawia moja mama, Antka kobiety żony brata siostry syn. Ale miało być o cioci.

Otóż ciocia Tonia całe życie, czyli już ponad osiemdziesiąt lat, mieszka w małej wiosce na Podlasiu. W chałupie niemal równie starej, jak ona sama. Nie ma bieżącej wody i innego ogrzewania niż piec kaflowy. Hoduje kury, a sprzedaż jajek jest jej jedynym dochodem poza emeryturą. Ta jej chałupa ma wspólną ścianę z chałupą rodziny mojego męża. Kiedy kilkanaście lat temu zaczęłam tam przyjeżdżać z wtedy jeszcze narzeczonym, byłam zaskoczona, że nikt z rodziny nie przynosi cioci wody ze studni, nie rąbie jej drzewa, nie dzieli się z nią właśnie ugotowanym obiadem, nie robi jej zakupów (we wsi nie ma sklepu). Dość szybko jednak zrozumiałam, że nikt tego nie robi, żeby nie stawiać cioci w niezręcznej sytuacji. Według cioci bowiem każdą taką przysługę trzeba odwzajemnić. Co więcej, trzeba ją odwzajemnić przed zachodem słońca (a przynajmniej zanim kur zapieje). Za kupienie chleba (przy okazji, i tak jechaliśmy do wsi) ciocia odwdzięcza się kilogramem cebuli z ogródka. Za kilka placków z jabłkami dostajemy koszyk ziemniaków. Zawiezienie jej na rynek (na który przecież sami też jedziemy) to już grubszy kaliber – należy się przynajmniej 20 jajek. Czasem trochę się nad ciocią znęcam (nie lubimy się za bardzo) i uprzejmie odmawiam przyjęcia daru – mam mnóstwo ziemniaków, cały worek cebuli, kilkadziesiąt jajek… Ciocia się wtedy miota – wygrzebuje świąteczną czekoladę i wręcza ją jednemu z naszych dzieci, po czym z ulgą wraca do domu w poczuciu dobrze odwzajemnionego daru.

To może powiem, o co chodzi z tym darem. Był kiedyś pewien socjolog, nazywał się Marcel Mauss. Stworzył teorię wymiany darów. Opisał, jak wymiana darów wygląda i czemu służy. Teorie mają to do siebie, że często z czasem robią się ociupinę nieaktualne. A teoria wymiany darów Maussa jakoś nie! Jest aktualna do dziś. Według niej wymiana darów obowiązuje wszystkich i wszędzie. Darem jest nie tylko przedmiot, coś materialnego. Jest nim także przysługa, informacja, pomoc. Trzeba umieć dawać, ale także przyjmować i się odwzajemniać. Najlepiej przedmiotami lub przysługami o podobnej wartości. Darem jest pomoc, udzielenie informacji, ale także prezent, wręczany gospodarzom, do których udajemy się w gościnę. Jego wartość i wystawność są uzależnione od tego, kim są gospodarze i jaka to okazja ‒ nie zliczę, ile razy słyszałam, że prezent ślubny powinien być wart tyle, ile na tzw. talerzyk wydali państwo młodzi.

Ofiarowany prezent należy odpowiednio przyjąć. Tu jednak zasady są różne – w niektórych regionach należy go natychmiast rozpakować, głośno się ucieszyć i wylewnie podziękować. Gdzie indziej prezent przyjmuje się krótko dziękując i odstawiając nieodpakowany na bok.

Podarunki często są czymś doskonale zbędnym, często też krążą między obdarowującymi a obdarowywanymi. Ręka w górę, kto nie ma szuflady z nietrafionymi prezentami przechodnimi, które przy najbliższej okazji powędrują dalej… Moja rodzina kiedyś, w mrocznych latach ’80, doskonale się zabawiała, obdarowując się nawzajem co roku tym samym dezodorantem do stóp i tymi samymi podwiązkami do… skarpetek, aż prezenty zatoczyły koło i wróciły do pierwszych ofiarodawców. Rolą takich prezentów jest wyłącznie podtrzymanie rytuału, bo cóżby więcej.
Dar i przeciwdar, czyli to ciocine nieszczęsne odwzajemnianie, teoretycznie są dobrowolne – teoretycznie można nie obdarowywać i daru nie odwzajemniać. Ale w rzeczywistości, jeśli nie chcemy stracić przyjaciół i zniechęcić ludzi do siebie, tej dobrowolności nie ma.

Dawniej w Polsce i na Litwie istniał zwyczaj zwany tłoką. Była to nieodpłatna pomoc sąsiedzka w gospodarstwie, wynagradzana jedynie poczęstunkiem dla tłoczników. W sielance Syrokomli Święty Piotr, napisanej w 1860 roku w Borejkowszczyźnie, czytamy:
Wszyscy gospodarze!
Kto ma woły w parze,
Kto ma konie w bronie,
Kto ma zdrowe dłonie.
Wszyscy idźcie tłoką,
Zaorzcie głęboko itd.
Najważniejszym jednak jej elementem była wzajemność – ktoś, kto sąsiadowi pomógł, w przyszłości mógł liczyć na pomoc innych gospodarzy. Podobny system działa i współcześnie, tyle że nieco bardziej formalnie. To na przykład couchsurfing, o którym za chwilę, a także bank czasu. Uczestnicy banku czasu bezpłatnie wymieniają się swoimi umiejętnościami, ale nie bezpośrednio. Upraszczając: Hania pomoże Andrzejowi w nauce języka czeskiego, Andrzej zaopiekuje się córką Krysi. Krysia za to udzieli porady prawnej Hani. Ten system wymiany darów, w tym wypadku usług, likwiduje nierówności społeczne ‒ godzina pracy wykwalifikowanego prawnika będzie warta tyle samo, co godzina opieki nad dzieckiem.

Couchsurfing to dosłownie „surfowanie po kanapach”. Polega na tym, że ludzie oferują nieodpłatny nocleg w swoim domu. Jedni zapewniają osobny pokój z wygodnym łóżkiem, inni kawałek podłogi. W couchsurfingu uczestniczy nasza koleżanka Stefa. Pytałam, jak goście odwzajemniają dar, jakim jest udzielenie darmowego noclegu. W odpowiedzi Stefa wciągnęła wielkie pudło serków ołomunieckich – z papryką, z kminkiem, naturalnych. Przywiózł je pewien Czech – zapewne w najlepszej wierze. Próbowaliśmy je zjeść, ale się nie udało, zapach starego wychodka był nie do wytrzymania. Innym gościem Stefy była Galina z Ukrainy. Dziewczyny przez 10 dni prześcigały się: Stefa w goszczeniu, Galina w dziękowaniu. Stefa opowiada, że choć było niezwykle miło, ona wciąż czuła, że gości za mało, a Galina, że dziękuję niewystarczająco. Codziennie przynosiła ciasta, ciasteczka, czekolady i herbaty. W efekcie, kiedy Ukrainka wyjechała, Stefa w lodówce zastała śledzie, kilogram mielonego, w zamrażalniku filety, na stole super wypasioną świecę.

Moim najlepszym źródłem wiedzy na temat wymiany darów na Wileńszczyźnie jest Ewa. Nikt się lepiej od niej nie orientuje, jak należy się odwdzięczyć, co przynieść w gościnę. Zawsze więc przed wizytą u wilniuków dzwonię do niej w panice. W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia zostaliśmy zaproszeni do jej wileńskiej babci. ‒ Co przynieść ‒ zapytałam od razu. ‒ Bombonierkę ‒ odparła bez namysłu Ewa ‒ jak największą, możliwie najbardziej zdobną, najlepiej złotą. Nieważne, co w środku, ważne jest opakowanie. Raz jej babcia w Warszawie dostała landrynki, takie fikuśne, w małym pudełku, z Krakowskiego Kredensu. Była bardzo rozczarowana.
Potem pytałam Ewę, jak podziękować za sporą przysługę nieznajomej osobie. Od razu odparła: Grandiożnyj prezent! Serce Wedla (w metalowym pudle), żubrówka i prezent dla dzieciaka. Nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać.
A już parę tygodni później znów musiałam pytać ‒ z czym iść na obiad do poważanej wileńskiej rodziny. Ewa natychmiast dopytała, w jakim wieku są gospodarze i czy mamy coś z Polski. Nie mieliśmy… Szkoda, bo według Ewy dobra byłaby wedlowska bombonierka z Chopinem plus polski cydr. Jest nas czworo, więc prezent powinien kosztować ok. 20 euro. 20 euro? ‒ szwagier, któremu o tym opowiadam, łapie się za głowę ‒ ja bym kupił wino za piątaka.

A Wy z czym chodzicie w gości? Bomboniera? Wino? Kwiaty?

Felieton ukazał się 17 marca 2018 w audycji polskiej w programie LRT Klasika.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!