Opinie
Aleksander Radczenko rojsty.blox.pl

Radczenko: Refleksje (Po)Wołyńskie

Gdy się poczyta polskie media, może powstać wrażenie, że pokazy „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego w Wilnie przeszły w atmosferze konfrontacji, sporów, pikiet i nagonki ze strony Litwinów i Ukraińców. Jest to jednak wrażenie błędne.

Rzeczywiście film został dostrzeżony, wywołał dyskusję, ale generalnie wypowiedzi na jego temat były bardzo stonowane. Owszem dwie (z 19 działających na Litwie!) organizacje ukraińskie, o których nikt za bardzo nic nie wie, wystosowały do organizatorów pokazu pisemny protest. Nie było jednak pikiet, strajków okupacyjnych i rzucania jajkami czy granatami. Natomiast odbyła się spokojna i merytoryczna dyskusja z udziałem prof. Grzegorza Motyki, dr. Wołodymyra Wiatrowycza oraz litewskiego historyka prof. Alvydasa Nikžentaitisa i publicysty Rimvydasa Valatki. W ogóle „Wołyniowi” poświęca się jednak na Litwie stosunkowo niedużo uwagi, chociaż sale są pełne. I słychać na nich polską mowę, co niestety na pokazach polskich filmów w Wilnie nie jest rzeczą częstą.

Po obejrzeniu wczoraj „Wołynia” mam mieszane uczucia. Na pewno nie jest to film antyukraiński, jak twierdzą Ukraińcy. Nie jest to też film, który pokazuje, że każdy nacjonalizm jest zły, jak chce jego autor. Jest to film próbujący spojrzeć na tragedię wołyńską obiektywnie, ale oczyma Polaka. I polski reżyser ma do tego prawo. Podobnie jak ukraiński reżyser chyba miałby prawo nakręcić ten film nieco inaczej. Bardzo lubię filmy Wojciecha Smarzowskiego. Uważam go za jednego z najciekawszych, najbardziej utalentowanych współczesnych reżyserów polskich, ale z jego filmow historycznych jednoznacznie wolę „Różę”, która opowiada pewną ludzką historię niż „Wołyń”, który na skutek niekończącego się ważenia argumentów, proporcji i racji, popadł w… banał. Wbrew sloganowi reklamowemu nie jest to „film o miłości w nieludzkich czasach”, tylko przydługą rekonstrukcja wydarzeń historycznych. Historia Zosi Głowackiej-Skiby, która próbuje przeżyć w piekle, jest tylko tłem do przedstawienia podręcznikowych prawd. Podręcznik – to jednak słaby scenariusz, więc „Wołyń” staje się przez to filmem z tezą, tylko tezą banalną, że zło rodzi zło.

Rzeź wołyńska — niezależnie od tego, czy nazwiemy ją ludobójstwem (jak chce narracja polska), czy czystką etniczną (jak chce narracja ukraińska) — była czymś potwornym. Z rąk ukraińskich nacjonalistów zginęło kilkadziesiąt tysięcy Polaków (zazwyczaj kobiet, dzieci, starców), z rąk polskich — w ramach tzw. akcji odwetowych (czy można nazwać odwetem na mordercach, zabójstwa wciąż tych samych kobiet i dzieci, tylko innej narodowości?) — kilkanaście tysiący Ukraińców. Film o tych wydarzeniach mógł nakręcić tylko Wojciech Smarzowski. Reżyser, który nie boi się przemocy, śmierci, scen drastycznych. Reżyser, który jest oskarżany czasami wręcz o fascynację złem i przemocą. Ale też reżyser, którego cechuje niezwykła dbałość o szczegóły.

Zwyczaje weselne, akcenty gwarowe, piosenki, mundury żołnierzy, wnętrza wołyńskich chat, narzędzia rolnicze, a nawet meble, naczynia czy elementy ubioru wyróżniające Polaków i Ukraińców – wszystko odtworzono w „Wołyniu“ z największą pieczołowitością. Podobnie jak i sceny masowych mordów, tortur i gwałtów…

Wojciech Smarzowski we wszystkich wywiadach podkreśla, że chciał nakręcić nie film skierowany przeciwko Ukraińcom, tylko przeciwko wszystkim nacjonalizmom. Nie wiem, czy to mu się udało. Rzeczywiście próbuje przedstawić szersze tło konfliktu, zwrócić uwagę na napięte przedwojenne stosunki polsko-ukraińskie, ale też na to, że byli na Wołyniu różni Polacy (dobrzy i źli), i różni Ukraińcy (dobrzy i źli). Jednak robi to śladowo, przez aluzje. Rozmowa na weselu przy wódce. Ktoś nie ma ziemi, Polak pan, Ukrainiec cham. Niszczone cerkwie. Fanatyczni agitatorzy OUN. Notoryczne zmiany władzy. Polska, Armia Czerwona, Niemcy, UPA. Pop wzywający do tolerancji contra pop-nacjonalista, naiwny akowiec contra podstępny banderowiec. Sowieci = wódka i ateizm, Niemcy = ordung i antysemityzm, Ukraińcy = podstęp, Polacy = pusty honor. Te wszystkie ujęcia wyjaśniające genezę konfliktu ukraińsko-polskiego są jednak zbyt schematyczne, streotypowe i szablonowe. Poza tym nie wyjaśniają, jak utarczki i spory przy wódce, mogły się przerodzić w rzeź porównywalną z Srebrenicą czy Rwandą. „Wołyń” nie jest niestety studium zła drzemiącego w człowieku, tylko jego jakościowym, naturalistycznym, ale w gruncie rzeczy banalnym portretem.

Są dwa sposoby, żeby uporać się z traumatyczną przeszłością: albo można o niej rozmawiać, albo krzyczeć. Jeden i drugi sposób mają prawo do istnienia. „Wołyń” jest krzykiem. Jego największą wadą nie jest ani epatowanie przemocą (bez niej opowieść o rzezi wołyńskiej była by farsą). Jego największą wadą jest brak przysłowiowego światełka w tunelu. Widz wychodzi z filmu nawet nie tyle pełen wątpliwości i lęków – czy ratunek w ogóle jest jeszcze możliwy — co przekonany, że ratunek jest utopią. Po obejrzeniu „Wołynia” nie chciałbym, żeby Smarzowski kręcił film np. o Glinciszkach i Dubinkach.

I teraz pytanie chyba najważniejsze: czy ten film powinien był się ukazać właśnie w tym momencie, gdy Ukraina toczy wojnę z Rosją? Czy nie zostanie wykorzystany do nakręcania antyukraińskiej histerii przez kremlowską propagandę i tzw. spóźnionych kresowiaków, którzy de facto są albo kremlowską agenturą, albo pożytecznymi idiotami Putina? Oczywiście, że zostanie! Już zresztą jest wykorzystywany. Jednak ma rację litewski publicysta Rimvydas Valatka, który w odpowiedzi na te zarzuty stawiany przez stronę ukraińską napisał:

„A jeśli chodzi o to, czy film „Wołyń” Smarzowskiego ukazał się w porę czy nie, można się oczywiście zgodzić, iż lepiej by się stało, gdyby ukazał się dziesięć lat wcześniej, a nie w ubiegłym roku, jednak sztuka się przy powstawaniu kieruje nie logika polityczna, wojenną, tylko własną. Lecz Putinowi „Wołyń” pomoże nakręcać antyukraińska propagandę? Jeśli rzeczywiście jesteśmy wolni, nie powinniśmy swojego życia układać według zboczonej putinowskiej wizji świata. Najważniejsza jest nasza własna (mam na myśli i Ukraińców, i Polaków, i Litwinów) pamięć. Jeśli naród dąży do demokracji, a wiec jest na dobrej drodze, sztuka, nawet najbardziej bolesna, ma skutki terapeutyczne. Zabraniać kina o bolesnej historii tylko dlatego, że są w nim straszne aluzje do dnia dzisiejszego, nie jest ani mądre, ani demokratyczne”.

Tych słów, oczywiście, nie znajdziecie na polskich portalach, bo nie pasują do obrazu Litwinów pogrążonych w gloryfikacji Bandery i nacjonalizmu, serwowanego przez „orle pióra”. Te same „orle pióra”, które z takim zapałem dowodzą rycerskiego charakteru gieorgijewskiej lentoczki…

Film Wołyń można zobaczyć w Wilnie:
Niedziela. 2 kwietnia, 17:45 – Forum Cinemas Vingis
Wtorek. 4 kwietnia, 20:45 – Forum Cinemas Vingis

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!