Opinie
Aleksander Radczenko

Radczenko: Problemy na Litwie rozwiązują się w wyniku szczęśliwych okoliczności

Przez trudy do sukcesu. Jak często słyszeliśmy to powiedzonko w swoim życiu? Twierdzili nam to rodzice, nauczyciele, pracodawcy. W rzeczywistości jednak sukces bardzo często jest wynikiem… przypadku.

Na osiem rekordów świata kobiet i mężczyzn w lekkoatletyce — siedem ustanowiono z wiatrem w plecy, a jeden przy bezwietrznej pogodzie. Ten interesujący fakt przytacza ekonomista Robert Frank w wydanej w 2017 roku książce „Sukces i szczęście”. Frank twierdzi, że nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę szczęściarzy, którzy urodzili się w amerykańskiej klasie wyższej, są niezwykle pracowici i uzdolnieni, to i tak o najwyższych wygranych decyduje… szczęście. Dlaczego? Bo ludzie mają ograniczony biologicznie potencjał. Mogą mieć IQ 170, ale nie będą mieć IQ 1700. Mogą pracować po kilkanaście godzin na dobę, ale nikomu nie uda się pracować 100 godzin na dobę. A tymczasem w gospodarce mamy do czynienia często z dysproporcjami rzędu tysiąckrotności zasobów.

„W takich warunkach o wygranej w rywalizacji o wysokie pozycje – miliarderów, multimiliarderów, mistrzów sportowych oraz najsłynniejszych celebrytów – zadecyduje łut szczęścia: hossa na giełdzie, seks taśma, która trafi w gusta wydawców portali plotkarskich albo – jak w przypadku lekkoatletów – wiatr w plecy” — twierdzi dziennikarz i analityk rynku pracy Kamil Fejfer na łamach magazynu „Pismo”.

Czy to oznacza, że talent się nie liczy? Owszem, liczy się, ale nie jest decydujący; najbogatsi ludzie świata dysponowali zdolnościami tylko trochę wyższymi niż przeciętne; tym, co ich wyróżniało, był największy fart — wynika z opublikowanego w lutym 2018 roku badania włoskich fizyków Alessandra Pluchina i Andrei Rapisardy oraz ekonomisty Alessia Bionda. Naukowcy stworzyli komputerową symulację czterdziestoletniej kariery tysiąca osób. Każdej z nich przyporządkowali inny poziom talentu oraz wystawiali je na szczęśliwe bądź pechowe zbiegi okoliczności. Okazało się, że po czterdziestu latach najzamożniejszymi wcale nie byli ci najzdolniejsi, tylko ci, którzy mieli najwięcej szczęścia.

I dokładnie tak samo jest w polityce. Gdyby polityka była działalnością racjonalną, opartą na faktach i dowodach, moglibyśmy bez trudu stworzyć odpowiednią analizę, studium, przedstawić w nim argumenty i obliczenia, i rozwiązać każdy problem. W rzeczywistości jednak politycy nie są ani pragmatykami, ani racjonalistami. Kierują się emocjami, stereotypami, kompleksami i obawami (przede wszystkim obawą przed utratą ciepłej posady). Dlatego prognozowanie ich zachowań w oparciu o logikę jest zajęciem bezperspektywicznym i jałowym, a do rozwiązania tego lub innego problemu potrzebujemy nie analiz, a odrobiny szczęścia.

Bez emocji przyglądam się kolejnym litewskim rządom i ich zapowiedziom rozwiązania tych lub innych problemów mniejszości narodowych. Ani te zapowiedzi, ani układ rządzących partii (lewicowe, prawicowe, populistyczne), ani uczestnictwo lub nie uczestnictwo w koalicji rządowej Akcji Wyborczej Polaków na Litwie-Związku Chrześcijańskich Rodzin nie mają na sytuację żadnego większego wpływu. Problemy na Litwie się rozwiązują nie tyle w wyniku woli politycznej (o czym wszyscy są przeświadczeni), co w wyniku szczęśliwego zbiegu okoliczności.

Wielu z nas — publicystów i politologów — duże nadzieje na przełom w relacjach polsko-litewskich pokładało w rządzie Algirdasa Butkevičiusa. Koalicję rządową utworzyli lewicowcy i centryści z udziałem AWPL-ZChR. Czy mogła być lepsza konstelacja politycznych gwiazd, aby nareszcie przyjąć Ustawę o mniejszościach narodowych i o pisowni imion i nazwisk? I… nie wydarzyło się nic. W rzeczywistości, poza drobnymi poprawkami, wóz praw mniejszości narodowych w 2016 roku tkwił dokładnie w tym samym miejscu, co w roku 2012, a w stosunkach Polski z Litwą panował „zimny pokój”.

Z rządem Sauliusa Skvernelisa nikt nie wiązał żadnych nadziei. Lider nowej koalicji rządowej Ramūnas Karbauskis podczas kampanii wyborczej nie ukrywał, że jest, co prawda, nacjonalistą umiarkowanym, ale na żadne ustępstwa wobec Polaków nie jest gotów pójść. Tymczasem to właśnie obecny litewski rząd doprowadził do przełomu w relacjach z Polską. I jeśli jeszcze przed rokiem mówiliśmy ostrożnie o odwilży w polsko-litewskich relacjach, to dziś nawet opozycjonista Andrius Kubilius mówi o polsko-litewskiej „love story”. Mówi z przekąsem, bo za jego premierowania mogliśmy mówić praktycznie o polsko-litewskiej wojnie…

Czy to oznacza, że Saulius Skvernelis dokonał jakichś spektakularnych rzeczy? Czy została przyjęta Ustawa o mniejszościach narodowych? A może Polacy maja już prawo do oryginalnej pisowni swoich nazwisk? Nie. Owszem kilka całkiem poważnych problemów rozwiązano: zakończono spór litewskich kolei państwowych z Orlenem Lietuva, rozpoczęto odbudowę torów do Rengė, wznowiono nadawanie polskich telewizji na Wileńszczyźnie, akredytowano polskie gimnazja w Wilnie… Ale i rząd Butkevičiusa jakieś symboliczne kroki na rzecz litewskich Polaków wykonywał. Co więc się zmieniło? Okoliczności. Dziś Polska bardziej potrzebuje Litwy niż przed 3-4 laty, a Karbauskis potrzebuje głosów AWPL-ZChR. I okazuje się, że drobne ustępstwa nabierają zupełnie innego wymiaru.

Czy mamy więc opuścić ręce? Nie. Co do jednego ludowa mądrość się nie myli: Pod leżący kamień woda nie podpłynie. Musimy tworzyć podstawy, pisać, dyskutować, przekonywać. I być przygotowanymi na tę chwilę, gdy zaistnieją szczęśliwe okoliczności i pozwolą przesunąć to cholerne okno Overtone’a o jeden szczebel dalej. Z fartu trzeba też umieć skorzystać.

Ten komentarz ukazał się 16 października na antenie audycji polskiej litewskiego radia publicznego LRT Klasika

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!