Opinie
Aleksander Radczenko rojsty.blox.pl

Radczenko: Idea dla Wileńszczyzny

W latach 60. przez większość krajów zachodnich przetoczyła się fala protestów. Studenci, hippisi, robotnicy, działacze kontrkultury protestowali przeciwko zastanemu porządkowi rzeczy: wojnie we Wietnamie, nierównościom społecznym, patriarchalnemu społeczeństwu.

Władze odpowiedziały represjami policyjnymi, rewolucja nie wybuchła, a ruch kontrkulturowy zaczął lawinowo tracić zwolenników. Część jego sfrustrowanych i obrażonych na cały świat liderów wybrała drogę miejskiej partyzantki. RAF, Brigate Rosse, Action Directe były straszniejsze od dzisiejszych islamistów. Setki zamachów. Wybuchały bomby, porywano samoloty, mordowano policjantów, polityków i biznesmenów. Ostatecznie jednak państwo dało im radę. Inni działacze wybrali drogę pokojowej transformacji, którą lider ówczesnej niemieckiej radykalnej lewicy Rudi Dutschke nazwał „długim marszem przez instytucje”. Skoro instytucje starego systemu okazały się trwałe, to należy z ataków zrezygnować, a wprowadzić do tych instytucji swoich ludzi, którzy je zmienią od środka. Zwycięstwo będzie możliwe tylko wtedy, kiedy zmieni się społeczeństwo. Aby to uczynić, trzeba się stać „integralną częścią maszynerii” administracyjnej, medialnej, społecznej. „Marsz przez instytucje” był koncepcją długofalową, ale okazał się koncepcją skuteczną. Działacze kontrkulturowi stali się nauczycielami, urzędnikami, politykami, a nawet premierami i stopniowo zmienili społeczeństwo. Byli wyklinani i przez mainstream, i przez swoich radykalnych towarzyszy, strzelano do nich, ale to oni zmienili świat, a nie czerwoni terroryści. Podaję przykład Dutschke, ale mógłbym podać przykłady takich samych długich marszów w wydaniu konserwatystów. Mechanizm zawsze jest ten sam – lepiej budować instytucje niż burzyć. Na Wileńszczyźnie też potrzebujemy nie kolejnych filii ONR, w których uczestnicząca młodzież na całe życie zamyka się w dobrowolnym rezerwacie, a jej jedyną szansą staje się kariera szefa działu w Solecznikach czy starosty w Bezdanach, tylko takiego „długiego marszu przez instytucje”. Gdyby ktoś ogłosił konkurs „Idea dla Wileńszczyzny” zaproponowałbym zamiast niekończących się protestów, pikiet pod ambasadami USA i Danii – więcej aktywnych, świadomych swojej tożsamości Polaków w litewskiej „maszynerii administracyjnej”.

Naszym celem powinna być nie tyle liczba głosów oddanych na AWPL-ZChR, co liczba Polaków z wyższym wykształceniem. Różnica pomiędzy Polakami a Litwinami powoli się zmniejsza, ale nadal jesteśmy za nimi daleko w tyle, a wyprzedzamy jedynie Romów. Powinniśmy nie walczyć z nauczaniem języka litewskiego w polskich szkołach i przedszkolach, a wręcz przeciwnie – starać się na wszelkie sposoby to nauczanie wzmacniać, wprowadzać jak najwcześniej, robić to nauczanie jak najbardziej atrakcyjnym, a jednocześnie wzmacniać nauczanie języka polskiego, eliminować z polskich szkół język rosyjski. Potrzebujemy bowiem tysięcy Polaków świadomych swojej polskości i doskonale znających język litewski, znających go lepiej niż przeciętny Litwin, aby byli w stanie zrobić błyskotliwe kariery w administracji, w mediach, organizacjach społecznych i państwowych, w biznesie, w kulturze i sztuce… Naszym celem powinny być nie zgłaszane przez lokalnych i warszawskich działaczy ultymatywne żądania, tylko więcej polskich inwestycji na Litwie, więcej polsko-litewskich projektów, więcej uczniów i studentów z Polski na Litwie, a z Litwy – w Polsce. Musimy wykształcić publicystów świetnie poruszających się w meandrach popkultury, świetnie władających językiem litewskim, piszących nie dla niszowych polskich gazetek, a dla najpopularniejszych mediów litewskich, potrafiących bez przeszkód konkurować o dusze współczesnego litewskiego hipsterowca. Aby odnieść sukces nie możemy zamykać się w getcie czy sekcie ideologicznej. Musimy nie frondować swoim putinizmem, łukaszenkizmem czy średniowieczną wersją katolicyzmu, tylko stać się integralną częścią litewskiego społeczeństwa i uczestniczyć we współtworzeniu jego wartości. Zamiast walki — potrzebujemy pracy u podstaw!

Niestety w tej chwili sytuacja jest zupełnie inna. Każdy Polak, który zrobił karierę w litewskim biznesie czy show-biznesie, a już nie daj Boże w administracji państwowej – jest podejrzany. Każdy Polak, który działa w innej partii politycznej niż AWPL-ZChR – jest ex definitio wrogiem. A jeśli jeszcze ma własne zdanie i nie boi się je wyrazić publicznie – staje się natychmiast obiektem niekończących się ataków sowicie opłaconych internetowych trolli i nadwornych „orlich piór”. Oczywiście, że taką nagonkę rzadko kto jest w stanie wytrzymać. Więc Polacy, którzy mogliby działać na rzecz naszej społeczności, być wzorcem dla młodego pokolenia, wybierają wewnętrzną emigrację. Rezygnują ze swojej polskości, wtapiają się w większość litewską, wybierają w stosunku do polskich problemów „tumiwisizm”… Stają się — w najbardziej optymistycznym scenariuszu — „niedzielnymi Polakami”. Takimi od mszy św. po polsku, „Hej, hej sokołów” na weselu i okazjonalnych koncertów Maryli Rodowicz. Ktoś powie: i dobrze, bo pozbywamy się zdrajców. Tylko przy obecnych tendencjach wkrótce tych „nie-zdrajców” nie zostanie wcale. A wtedy dzisiejsi działacze, ocierający gęby polskością i patriotyzmem, piętnujący zdrajców, pierwsi zlituanizują swoje nazwiska (niektórzy przezornie już to zrobili) i zapiszą się do partii tautininkasów…

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!