Opinie
Małgorzata Kozicz

Prof. Zgółka: Nacjonalizm językowy Polacy mają już za sobą

"Przez długie lata mówienie gwarą, jakąkolwiek, było traktowane w polskiej szkole jako coś nagannego. Dzisiaj gwary się rewitalizuje tak, jak się rewitalizuje zabytki. Dlaczego miałby się taki Wilniuk wstydzić tego, że mówi jak Wilniuk, a nie jak Wielkopolanin?" - mówi w rozmowie z zw.lt prof. Tadeusz Zgółka, wykładowca Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, członek Rady Języka Polskiego przy Polskiej Akademii Nauk.

Małgorzata Kozicz, zw.lt: Ostatnio w Wilnie brał pan udział w konferencji poświęconej polityce językowej. Wiele się mówi o polityce historycznej, a czym jest polityka języka?

Prof. Tadeusz Zgółka: Polityka języka to dość wąski obszar, w którym politycy mają wpływ na kształt języka, na to, jak rozwija się język. Mam tu na myśli nie tylko Ustawę o języku polskim, która ma w swoich zapisach wiele wskazówek dotyczących na przykład zwalczania agresji i wulgarności języka. Mówię także między innymi o agresji językowej wśród polityków, która wydaje się być czymś naturalnym, do której się przyzwyczailiśmy. Mimo to jako członek Rady Języka Polskiego czuję się zobowiązany, żeby jej przeciwdziałać.

Kolejny ważny obszar to tak zwana kultura języka – termin znany w Polsce i właściwie niewiele gdzie indziej. Jest to obszar poprawności, który ma na celu utrzymanie pewnej normy językowej.

Istnieje także planowanie językowe. Jeśli chodzi o język polski, mamy w tej chwili do czynienia z bardzo istotnymi zmianami. Jedną z takich zmian, które już prawie się dokonały, jest ujednolicenie akcentuacji. Już nie ma wyjątków – na przykład LOgika, FIzyka, graMAtyka, prawie nie ma już wymowy akcentuacyjnej typu POszlibyśmy (mówimy poszliBYśmy). Nastąpiła pewna ekonomizacja polszczyzny, bo wszystkie wyrazy są akcentowane na przedostatniej sylabie i nie ma od tego wyjątków. Drugim takim procesem, który da się przewidzieć i najprawdopodobniej za chwilę będzie musiał zostać uznany za mniej lub bardziej poprawny, jest wymiana tak zwanych samogłosek nosowych. Nikt z Polaków już nie powie „dąb” tylko „domb”, nie powie „zęby” tylko „zemby”. Jest to proces stary, ale jeszcze do niedawna wydawało się, że samogłoski nosowe przetrwają na końcu wyrazu. Teraz już i tam ulegają zanikowi. Chodzi zatem nie o to, co by mogli czy chcieli zrobić politycy, tylko co możemy zrobić my, Polacy, w szczególności językoznawcy, dla uzyskania jakiegoś oczekiwanego przez nas stanu języka.

Językoznawcy tak łatwo godzą się na te zmiany?

Starsze pokolenie Polaków usiłuje walczyć z napływem anglicyzmów, ale z tym się chyba nie da walczyć

Przeciwdziałać się temu nie da, trzeba się z tym oswoić. Są podobno takie choroby, które najlepiej jest polubić. Następnym procesem, który jest obecny zapewne we wszystkich językach europejskich, jest napływ słów angielskich – w oryginalnej postaci lub adaptowanych do polszczyzny, jak np. mysz, adres, małpa, które w leksyce komputerowej zyskały nowe znaczenie. W tej chwili starsze pokolenie Polaków usiłuje walczyć z napływem anglicyzmów, ale z tym się chyba nie da walczyć. Komunikacja za pomocą internetu nie może się odbyć bez języka angielskiego. To jest właśnie planowanie językowe – nie tyle przeciwdziałanie czemuś, co świadome dokonywanie jakichś posunięć, które będą cywilizowały te innowacje, które już są w toku i które już są prawie zakończone.

Litewscy językoznawcy odwrotnie, próbują wymyślać litewskie odpowiedniki słów międzynarodowych, które często brzmią pokracznie, ale są lansowane jako pożądana norma.

Polacy mają już za sobą tę walkę. To było tuż po wojnie, kiedy bardziej znienawidzone były zapożyczenia niemieckie niż dzisiaj angielskie. Wtedy na przykład ogłaszano konkursy na polskie słowa zamiast niemieckich. Jeden z takich konkursów przeprowadzono w latach 50-tych: Jak inaczej nazwać szlafrok. I utworzono słowo „podomka”, które się przyjęło, funkcjonuje. Taka polonizacja była też dokonywana w języku polskim dawno, dawno temu, w XVIII-XIX wieku. Bardzo się do tego przyczynił Samuel Bogumił Linde, z pochodzenia Szwed, naturalizowany Polak, który za cel postawił sobie w swoim słowniku polonizację słów. Dlatego mamy w polszczyźnie słowo „tlen” na określenie tego, co w łacinie się nazywa „oxygenium” i co podobnie nazywa się w bardzo wielu językach. Mamy „kwas” zamiast tego co się nazywa „acidum” czy „acid” po angielsku. Oczywiście chemicy polscy mają z tym pewien problem, na przykład przy czytaniu prac w innych językach. Jest to trochę nacjonalizm językowy. Nie chcę Litwinów ostrzegać przed tym, ale my, Polacy, już przeszliśmy przez ten proces i zarzuciliśmy wiele takich pomysłów.

Może jednak logiczna jest postawa obronna Litwinów, którzy obawiają się o „czystość” swego bądź co bądź młodego języka?

Są to procesy w tym momencie już polityczne. Na przykład w Polsce określa się pewne zjawisko jako brukselizm, czyli zapożyczenia z języka „europejskiego”. Jest to język niby angielski, ale niezupełnie angielski, który tworzy się już w tej chwili na zasadzie pewnych struktur nieznanych również Brytyjczykom.

Rok 2012 Unia Europejska ogłosiła rokiem „active aging”. Polscy tłumacze z główną siedzibą w Luksemburgu przetłumaczyli to jako „aktywne starzenie si”ę. Tu się wtrąciła ówczesna rzecznik praw obywatelskich i zarzuciła tłumaczom, że jest to określenie niezgodne z poprawnością polityczną. Nie powinno się mówić o starzeniu się. Polscy tłumacze się zeźlili i przysłali do Rady Języka Polskiego pytanie – no to jak to przetłumaczyć. Zacząłem szukać w słownikach angielsko-angielskich i okazało się że „aging” od „age” – „wiek” jest stosowane w przypadku na przykład serów czy win. Ale przecież sery się nie starzeją, tylko dojrzewają, nabierają bukietu, wina tak samo. Pomyślałem jednak, że jeżeli nazwiemy to „aktywnym dojrzewaniem”, to większość Polaków pomyśli, że dotyczy to dziewczynek, które dojrzewają. Wymyśliłem coś, co nie brzmi tak elegancko dwuwyrazowo, ale oddaje istotę tego, co Unia Europejska chciała coś powiedzieć: „Aktywność przez całe życie”.

Nie wiem, czy Litwini zdają sobie sprawę, że jako członkowie Unii Europejskiej mają przed sobą również kwestie językowe. Bo Unia, póki istnieje, ma też możliwości wpływania na języki w poszczególnych krajach. Co prawda z założenia wszystkie języki w Unii są równe, w praktyce jednak są równe i równiejsze.

Kolejna kwestia językowa, która na Litwie pozostaje nierozwiązana od lat, to pisownia nazwisk w oryginale. W Polsce ta sprawa nie stanowi problemu?

Mamy w Polsce bardzo dokładnie określone zasady transkrypcji, czyli oddawania nazwisk, co tam litewskich, nawet chińskich, arabskich

Oczywiście, że nie stanowi. Mamy w Polsce bardzo dokładnie określone zasady transkrypcji, czyli oddawania nazwisk, co tam litewskich, nawet chińskich, arabskich. W każdym dobrym słowniku ortograficznym jest fragment poświęcony transkrypcji nazwisk. Im bardziej egzotyczne nazwiska, tym trudniej, ale trzeba sobie z tym poradzić.

Ale na przykład Litwini mieszkający w Polsce mogą zapisać swoje nazwiska bez transkrypcji, z użyciem liter, których nie ma w polskim alfabecie?

W polskim języku nie ma litery V, ale są nazwiska, nawet słynne polskie, na przykład Vetulani. Nie ma słów rdzennie polskich z literą x, ale nikomu nie przyjdzie do głowy, aby nazwę „Xerox” pisać przez „ks”. Każdy język powinien sobie radzić przede wszystkim z transkrypcją, ale w przypadku języków poslugujących się alfabetami łacińskimi, nie widzimy żadnego powodu, żeby nie używać znaków diakrytycznych, np. żeby nazwisko węgierskiego premiera Orbána było pisane bez kreskowanego „a”.

Jeden z argumentów przeciwników oryginalnej pisowni nazwisk to: „Jeżeli pozwolimy Polakom na ich litery, Rosjanie zaczną domagać się cyrylicy w swoich dokumentach”.

Nie wyobrażam sobie, żeby nazwisko Putin było napisane w jakiejkolwiek polskiej gazecie cyrylicą. Są zasady, jakie polskie litery odpowiadają dźwiękom rosyjskim. I zasady te określają nie politycy, a specjaliści. W przypadku języka rosyjskiego może pojawić się problem, na przykład miękki znak, nie ma czegoś takiego w alfabecie łacińskim, w związku z tym jest to spółgłoska, po której dodaje się apostrof. I to nie jest problemem, przepraszam, może ja czegoś nie rozumiem, ale przyjeżdżam z kraju, w którym nie mamy tego rodzaju problemów.

Pozostańmy przy politykach – ostatnio Rada Języka Polskiego wystosowała apel do polityków i dziennikarzy o zaprzestanie używania wyrazów brutalnych, określeń nacechowanych dużym ładunkiem ekspresji, niemanipulowanie znaczeniami wyrazów. Są to tak bardzo powszechne zjawiska?

Znam teksty pisane podczas Sejmu Czteroletniego pod koniec XVIII wieku, ileż tam było agresji!

I chyba się nasilają, chociaż…Znam teksty pisane podczas Sejmu Czteroletniego pod koniec XVIII wieku, ileż tam było agresji! Politycy mają w genach to, że muszą się zwalczać. Nie mogą do siebie strzelać, to przynajmniej słowem chcą zniszczyć się nawzajem. Aczkolwiek jako językoznawcy czujemy się odpowiedzialni za brutalizację języka, za wulgarność, agresję językową. W ramach Rady Języka Polskiego działają zespoły. Ostatnio został powołany zespół Etyki Słowa. Ma się on zajmować nie poprawnością, nie przestrzeganiem reguł gramatycznych, tylko właśnie etyką uwidocznioną w słowie. Stamtąd wysyłamy sygnały o niedopuszczalności pewnych zachowań.

A jaka jest obecnie ogólna kondycja polszczyzny?

Bardzo dobra. Mówię to zupełnie poważnie. Są ustalenia ONZ i UNESCO, które dzielą języki na wymierające, zagrożone wymarciem i bezpieczne. Polszczyzna znajduje się w strefie bezpiecznej. Nie zagraża jej w tej chwili wymieranie. W pewnym sensie wymiera populacja Polaków, ale to, że Polacy wyjeżdżają z kraju, nie znaczy, że nie posługują się językiem polskim. Na razie nie widzimy jakichś poważnych zagrożeń dla polszczyzny. Co prawda, Rada Języka Polskiego przynajmniej raz na pół roku dostaje opracowania robione przez bardzo prostych ludzi, żeby wreszcie wyrzucić te wszystkie litery, które nic nie nazywają. Jest „h” i „ch” – po co? Jest „rz” i „ż” – po co? Wszystko by się dało ujednolicić. Przeciwstawiamy się temu ze względów historycznych choćby, ale nie tylko. Miałoby to konsekwencje dla fleksji: „ogród-ogrodu”. Jak „ogród” będzie pisany przez „u” i „t” na końcu, przyzna Pani, że będzie to jakieś dziwadło językowe. Tak nie może być przecież.

W Wilnie, jak wiadomo, posługujemy się trochę innym językiem polskim niż w Warszawie. Doświadczamy także wpływów języka rosyjskiego, litewskiego, angielskiego nawet. Co Pan sądzi o polszczyźnie kresowej?

Polszczyzna kresowa ma ogromne tradycje i ogromną wartość. Pewne procesy rozpoczęły się wręcz na Kresach Wschodnich. Próbujemy robić wszystko, aby ta polszczyzna nie zanikła. Nie we wszystkich sprawach jesteśmy w stanie dopomóc tej polszczyźnie, bo w zdecydowanie większym stopniu zależy to od kraju zamieszkania Polaków – Litwy czy Ukrainy, niż od naszych wysiłków w Polsce. Robimy jednak dużo, żeby to umocnić. Niedawno odbywała się gala Ambasador Polszczyzny, podczas której nagrody za pielęgnowanie języka polskiego są przyznawane w kilku kategoriach. Nie ukrywam, że z mojej inicjatywy tytuł Ambasadora Polszczyzny poza Granicami Kraju otrzymała Katedra Filologii Polskiej Narodowego Uniwersytetu Lwowskiego im. Iwana Franki. Oni mają cały czas pod górkę. Jest to obszar zachodniej Ukrainy, obszar banderowski. Tam jest dużo gorzej niż w u was w Wilnie, ta polonistyka działa w trudnych warunkach, spróbujmy ją wesprzeć przynajmniej takim wyróżnieniem honorowym. Jakieś pieniądze za tym też idą, ale to nie jest najważniejsze.
Na Białorusi sytuacja jest trochę inna, tam język rosyjski wkrótce zdominuje całą przestrzeń publiczną. Jeżeli oni mają noblistkę, która nie zna białoruskiego…Przepraszam, ale Polacy by chyba tego nie wytrzymali.

Litwini też. A jeżeli chodzi o gwarę wileńską? Dzisiaj oczywiście nie jest to gwara taka jak w przedwojennym Wilnie, w mowie młodzieży przeplatają się zwroty litewskie i angielskie i często nie wiadomo, gdzie jest ta granica między młodzieżowym slangiem a „prawdziwą” gwarą, zresztą językoznawcy dzielą je na wiele rodzajów…Kiedy taki młody człowiek z Wileńszczyzny przyjeżdża na studia do Polski, powinien wstydzić się tego, jak mówi i dążyć za wszelką cenę do nauczenia się poprawnej polszczyzny, czy musi swoją tożsamość wileńską pielęgnować?

 Dlaczego miałby się taki Wilniuk wstydzić tego, że mówi jak Wilniuk, a nie jak Wielkopolanin

Jest to problem polski. Przez długie lata mówienie gwarą, jakąkolwiek, było traktowane w polskiej szkole jako coś nagannego. Już nie powiem, że nauczyciele bili po łapach za używanie gwary miejscowej, ale w każdym razie ją zwalczano. W tej chwili zaś odradza się bardzo intensywnie dialekt śląski. I mówienie po śląsku należy do snobizmu językowego. Mówiąc językiem potocznym, jest to szpanerstwo. W Poznaniu jest pisarz, który przetłumaczył „Lokomotywę” Tuwima i fragmenty „Małego Księcia” na gwarę poznańską. Gwary są rewitalizowane, tak, jak się rewitalizuje zabytki. Dlaczego miałby się taki Wilniuk wstydzić tego, że mówi jak Wilniuk, a nie jak Wielkopolanin? Czym gorsza jest gwara wileńska czy solecznicka? Nie ma powodu, żeby się tego wstydzić. Sądzę, że gdyby taki młody człowiek gdzieś na Uniwersytecie Poznańskim, może nie w trakcie zajęć, ale na korytarzu, mówił gwarą wileńską, byłoby to dobrze przyjęte. Mówię trochę tonem pouczającym, bo rozumiem, że zwracam się do osób, które obawiają się, że rozmawiają jakoś niepoprawnie. Obiecuję, że w Polsce nie trzeba się tego wstydzić.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!