Opinie
Ziemowit Szczerek

Nowa książka Szczerka u Ukrainie – fragment

Jedyna manifestacja faktu, że działało tu jakieś państwo – była w malowaniu. Co tylko się dało, pomalowano na żółto-niebiesko. Państwo ukraińskie nie było w stanie nadać przestrzeni własnej formy, nie umiało jej apdejtować, więc choć opanowywało ją symbolicznie. Żeby nikt jej przypadkiem nie zwinął – prezentujemy fragment książki Ziemowita Szczerka "Tatuaż z tryzubem".

Wieczór był piękny, a droga – masakra. Oznakowanie dróg – też. Przez otwarte okno auta wdychałem zapach Hałyczyny: woń łąk, spalin starych aut, pyłu z dróg. Czasem jakichś zwierząt, krów czy koni. Na wsi – zapach wsi: gnojówki, mleka, skoszonej trawy. Nagrzanych słońcem kamieni, tynku i drewna. Czasem plastiku, czasem palonej gumy. Opon, czy cholera wie czego.

Co chwila się gubiłem. Co tu kryć: drogi po prostu prawie nie było. Nie było jej widać spod dziur. Za jakiś czas, myślałem, próbując nie urwać zawieszenia, te drogi po prostu nie będą przejezdne. Nie będzie drogi, skończy się. Wyczerpie, jak wkład w długopisie. Wyglądało to wszystko tak, jakby wszyscy naprawdę uwierzyli, że niepodległe państwo jest boskim bytem, który ogarnie się sam. Z rzadka pojawiało się auto, którego kierowca, podobnie jak ja, jechał pięć na godzinę i lawirował od skraju jezdni. I mełł pod nosem przekleństwa albo, pogodzony z rzeczywistością, gadał sobie przez komórkę, jednocześnie wykręcając piruety kierownicą.

Jedyna manifestacja faktu, że działało tu jakieś państwo – była w malowaniu. Co tylko się dało, pomalowano na żółto-niebiesko. Państwo ukraińskie nie było w stanie nadać przestrzeni własnej formy, nie umiało jej apdejtować, więc choć opanowywało ją symbolicznie. Żeby nikt jej przypadkiem nie zwinął.

***

Wszystko więc było na żółto-niebiesko. Powyginane barierki przy drogach i mostach, przystanki autobusowe. Na przystankach wymalowani Kozacy z szablami, Niebiańska Sotnia z Majdanu, tryzuby, upowcy i portrety Bandery. Żeby nie zapomnieć, że szcze ne wmerła Ukrajina. Że jednak jest. Wyglądało to wszystko jak partyzanckie państwo ukraińskie. Bo Ukraina, spętana przez okoliczności wewnętrzne i zewnętrzne, niezdolna do wylewania asfaltu, malowania pasów, ogarniania wsi i miasteczek, i tych wszystkich rzeczy, które zazwyczaj robi państwo – ograniczyła się do koniecznego minimum egzystencji. I teraz wysyła tylko sygnały z podziemia: jeszcze tu jestem. Jeszcze żyję.

Malowano na żółto-niebiesko, co się dało. Tu ławeczkę, tam rynienkę. Stare, socjalistyczne place zabaw. Opony robiące za ogrodzenia. Widziałem nawet pomalowanego na żółto-niebiesko starego dostawczego ziła, który dożywał sobie swoich dni zaparkowany pod jakimś sklepem.

***

Jeździłem po zadupiach: Pustomyty, Szczerzec, Łany, Kahujów, Horbacze. Wsie były spokojne. Puste wręcz. Czasem jakiś pies poszczekał, czasem jakiś rudy kot smyknął. Czasem mijałem stare polskie cmentarzyki. Były dokładnie takie same jak stare cmentarze niemieckie na Dolnym Śląsku, w Lubuskiem czy na Pomorzu. No, może krzyże bardziej toporne, może więcej betonu, a mniej kamienia, może liternictwo nie aż tak koronkowe. Ale chodziło o to samo: kruszejące nagrobki z martwymi nazwiskami sterczące spomiędzy dzikich chaszczy, spomiędzy starych drzew. Wydawało się, że nikt już o tych nagrobkach nie pamiętał. Tu i ówdzie płowiały jakieś biało-czerwone flażki, pozostawione przez odwiedzające rodziny albo jakichś kresowych romantyków. Dookoła wytryskała bujna zieleń. Wychodziłem z tych cmentarzyków i znów zapuszczałem się w kraj. Wokół niebieściły się i żółciły pozostałości po radzieckiej cywilizacji.

***

Nowe cmentarze, ukraińskie, wyglądały prawie tak samo jak współczesne cmentarze polskie. Proste płyty, proste litery. Tu i ówdzie widać było te laserowo wycinane portrety zmarłych, tak popularne w całej Europie Wschodniej, od Kamczatki po Serbię. W Polsce z jakiegoś powodu się nie przyjęły. A przecież wschodnioeuropejskie trendy się w Polsce raczej przyjmują, od dresiarskiej subkultury począwszy, na zabudowywaniu balkonów skończywszy. A to – nie. Patrzyły więc na mnie laserowo wycięte oczy staruszek w chustkach na głowach i dziadków z przylizanymi włosami, którzy, gdyby za życia ktoś im powiedział, że będą mieli laserowo wypalone podobizny na grobach, toby się przeżegnali i uciekli ze strachu. Tu też, na cmentarzach, było żółto-niebieskie malowanie. Na płotach, na bramach. Na pomnikach ukraińskich bohaterów leżały wieńce i kwiaty. Słońce spadło już prawie na ziemię, niebo spomarańczowiało i zaczęło to wszystko wyglądać jak po zagładzie nuklearnej. Nie było to takie znów dalekie od prawdy. Apokalipsa już się na tej ziemi odbyła, i teraz wszystko powoli, spokojnie, doniszczało się. No okej, czasem coś naprawiano, ale było to naprawianie nie do końca serio, jakby w oczekiwaniu, że na prawdziwą naprawę nadejdzie jeszcze czas. Kiedyś, kiedy będzie lepiej. Za piętnaście Majdanów.

***

W miejscowości Opary na żółto-niebiesko pomalowano blaszany okap przystanku. Na tym żółto-niebieskim naszkicowano Kozaka. Ciało miał na żółtym, głowę już na niebieskim, wyglądał więc trochę tak, jakby mu ją dokręcono. W dłoniach trzymał dwie nagie szable. Stał po pas w chmurach. W oparach. Pewnie chodziło o symboliczne przedstawienie kogoś z Niebiańskiej Sotni, ale wyglądało to jak przerysowany na ścianę plakat jakiegoś fi lmu. Tak jak to robią w Afryce. Koślawo, ale z sercem.

***

Chmury, z których wystawał Kozak, były białe. Tą białą farbą z rozpędu machnięto też zdychający i kruszejący murek przy przystanku. To musiało być wygodne dla władz lokalnych, myślałem, omijając dziury w jezdni. Kupuje się żółtą i niebieską farbę i wręcza jakiemuś patriocie przejawiającemu zdolności plastyczne. Artysta patriota, myślałem, zawsze się znajdzie, namaluje, a potem jest spokój z remontem przez kolejnych parę lat.

Na zielonym, krzywym koszu na śmieci stojącym obok napisano „PTN PNH”. „Putin, poszoł na chuj”. Nikogo na przystanku nie było. W ogóle w zasięgu wzroku nikogo nie było. Porządna, prowincjonalna apokalipsa.

***

Tak samo działo się, pamiętam, na Krymie, w czasie gdy jeszcze rządziła tam Ukraina. Wszystko żółto-niebieskie. Barierki, ściany, bramy. Czasem nawet słupy. Tak jakby się spodziewali tego, co się stanie, i chcieli, żeby Rosjanie mieli w cholerę skrobania, czyszczenia, przemalowywania. Pewnie zresztą mieli. Pewnie nadal mają, bo tego ot tak sobie usunąć się nie da. Cały Krym był żółto-niebieski. To samo w Donbasie, to znaczy – tej jego części, która pozostała pod władzą Kijowa. W Krasnoarmijśku na żółto-niebiesko pomalowano gigantyczny betonowy napis z nazwą miasta na wlotówce. Przy okazji machnięto też w te kolory płaskorzeźbę krasnoarmiejca w budionówce. Nawet gwiazdy mu z czapki nie skuto. I stał tak, smutny, żółto-niebieski wojak Armii Czerwonej, jak gdyby zwycięzcy ypalilimu na czole swoje piętno. Wyglądał jak upokorzony jeniec.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!