Opinie
Jarosław Jot-Drużycki

Mocne uderzenie (obrazki z Wileńszczyzny)

Siedzimy tak sobie we trzech z Jakubem i Aleksandrem na ławeczce przy ruinach szpitala na Subocz, patrzymy na panoramę Wilna, sączymy miejscowe piwo i gadamy.

— Wilno wciąga jak rojsty — odzywa się Aleksander. Studiował w Gdańsku i nawet zastanawiał się czy nie zostać nad Bałtykiem. Ale wrócił. Po prostu ciągnęło go.
— A zresztą — dodaje po chwili — sam zobaczysz.
Przede mną rozłożyło się miasto, naszpikowane wieżami kościołów, które wcisnęły się pomiędzy kamienice. Po prawej ręce wznosi się Zarzecze, niegdyś rzemieślniczo-proletariacka dzielnica gdzie urodził się mój ojciec. Nieco na lewo płynie Wilia, „strumieni naszych rodzica”. A po drugiej stronie rzeki ciągnie się ulica Kalwaryjska ze słynnym targiem. Tam się już czuje smak prowincji — małe często parterowe drewniane domki, jakich na Litwie sporo w każdej większej czy mniejszej miejscowości. W bocznych uliczkach podobna zabudowa, mieszkańcy często nie są nawet podłączeni do kanalizacji, ale już dwieście metrów dalej pną się w niebo szklane wieżowce. Istny Singapur Północy, ale — by zachować wszelkie proporcje — na miarę powiatu.

* * *

Zguba

W Miednikach Królewskich, tuż przy białoruskiej granicy (zresztą cała Wileńszczyzna rozciąga się wzdłuż północno-zachodniej flanki Białorusi) odnowiony zamek. Na wieży dumnie łopoce litewska flaga. Ale nie ta republikańska, trójbarwna, o której prześmiewcy mówią, że symbolizuje rastafarianizm. Nie nie, to prawdziwa litewska flaga z pogonią na czerwonym polu.
— Jak ją zawiesili to z pobliskiej strażnicy służby granicznej zaraz były telefony, co to za czerwony sztandar. Sowiety się wróciły?

A w Miednikach dziś impreza patriotyczna — Święto Wojska Polskiego. Na domu kultury, zwanym tu „domem imprezowym” flagi narodowe, wewnątrz wystawa uzbrojenia Armii Krajowej. Przechadzają się po sali oficjele miejscowi i przyjezdni, ataszaty-mataszaty, wileńska inteligencja, no i dziennikarze, bo bez dziennikarzy nie odbędzie się żadne święto, żaden festyn i to nie tylko tutaj — nigdzie.

— Prezes o nas dba — redaktor Ryszard wyciąga zza pazuchy sympatyczną butelkę. Oj trzeba jej będzie ukręcić za chwilę główkę…

Na stole pod ścianą talerzyki z ciemnym chlebem, białą słoniną (ach to wspaniałe sało!) i plastrami cebuli. Pilnują tego dobra ustawione w dwuszeregu oddziały kieliszków uzbrojone w bezbarwny płyn.
— No to zdrowie!
Wychylamy. Do dna.
— Wiesz, to samagonka.
— Po-czu-łem.

Na zewnątrz sporo młodzieży. Harcerze z Litwy i Korony, chłopcy-rekonstruktorzy w polskich mundurach z lat trzydziestych. Pomiędzy stolikami przechadza się człowiek w koszulce z napisem „Polskie Wilno”. Na scenie Tadek Firma czyli Tadeusz Polkowski z Krakowa, który wykonuje patriotyczny hip-hop, o Pileckim, o Ince, o żołnierzach wyklętych.

— To do ludzi raczej nie dociera — odzywa się Jakub. — Hip-hop nie jest tu popularny.
No tak. To muzyka osiedli i dzielnic wielkich aglomeracji, a tu tego nie ma. Na Wileńszczyźnie raczej disco, lekki pop, ewentualnie rock, ale to już dla koneserów.

— No to zdrowie!

Wychylamy. Do dna.

Przebudzenie nielekkie. Powoli siadam na łóżku. Wokół półmrok. Na podłodze, na fotelach, krzesłach jakieś ubrania, łachy właściwie, szmaty. Gdzie ja jestem? Potykam się o szufladę, której widać już dawno temu znudziło się siedzieć w szafie czy komodzie. Ekshibicjonistycznie pokazuje, co ma w środku. Ale tam niewiele, jakieś zdjęcia z lat osiemdziesiątych i urzędowe papiery zapisane grażdanką. W drugiej izbie lodówka. Wyłączona. W środku ogórki popełniają zbiorowe samobójstwo przez zgnicie. Fetor. Gdzie ja jestem? No tak! Rozpoznaję gospodarza — przykryty derką chrapie w tym nieładzie. To było przecież tak — kiedy wyszedłem z imprezy…

A gdzie plecak? Gdzie plecak do jasnej cholery?! Aaa jest! Nie wiem, czemu przykryty kocem, nie wiem, czemu wpół wypakowany. Gdzie dokumenty, gdzie kasa? Leży na lodówce. Mapa? Mapa… Mapa z zeszytem i wałówką w jednej torebce zamknięta w komórce (jak tam trafiły?). Komórka? Komórka chce się naładować, choć prądu tu nie ma. Empetrójka z radyjkiem, okulary przeciwsłoneczne; remanent, szybki remanent — co najważniejsze jest. Tablet? Tablet ze zbitym ekranem, który uruchamiał się jedynie po podłączeniu myszki… Jakieś straty muszą być. Wierzę w to, że jak gdzieś coś zgubię, to na pewno kiedyś tam jeszcze zawitam, to lepsze od wrzucania pieniążka do fontanny. Naprawdę.

Twierdza

W Turgielach stawiam się po południu. Część drogi pieszo, część okazją, stopem. Chłopak, który mnie wziął unosił się co chwila nad kierownicą, aby dojrzeć czy tam daleko, na polu przy ścianie lasu pracują. Ekonom XXI stulecia.

W Turgielach kościół okazały dwuwieżowy, kilka sklepów spożywczych, zakład pogrzebowy i knajpka, do której trzeba wdrapać się po schodach. Ale zamknięta dla postronnych. Przy stole siedzą żałobnicy.

Zabudowa głównie drewniana, wielokrotnie zdobione nadokienniki. Część chat w dobrym stanie, część powoli wciąga w siebie ziemia. Tak jak i w innych wsiach i miasteczkach Wileńszczyzny. Zdjątko tu zdjątko tam.
— Co ty fotografujesz? — mężczyzna z lekkim garbem krzyczy przez ulicę.
— Co? Domki, ładne to fotografuję.
— To chodź ze mną, tam będziesz miał, co do fotografowania, to prawdziwa Брестская крепость (ros. twierdza brzeska).

Drewniana chata, dach zapadł się w pośrodku, całość przypomina z daleka gigantyczne siodło. Wchodzimy.
— Patrz — mężczyzna, Walerij ma na imię. Pokazuje mi dwoje drzwi. — Tu był areszt, po prawej trzymano mężczyzn, w lewej — kobiety. Tu masz ślady po judaszach, sam sztukowałem. Zrób zdjęcia.
Niewielkie pomieszczenia. Ile osób mogło się w nich pomieścić, jeśli rzeczywiście NKWD zrobiło tu areszt? Na stojąco to i z półsetki ludzi.
— Chodź do mnie — wprowadza mnie do sąsiedniej izby. Barłóg na łóżku, stół zasłany gazetą, łupiny od czosnku. Siadamy. Walerij wpada w słowotok, niekiedy gubią mu się wyrazy, powtarza te same formułki, zdania, opowieści. To samogon trochę zaświdrował mu językiem. Ale słucham. Walerij jest miczmanem, starszym marynarzem, służył za sowietów na łodziach podwodnych we Flocie Północnomorskiej. Pokazuje mi tatuaże.

Nagle bierze kuchenny nóż ze stołu i chwyta za ostrze. Wyprostowany kciuk przylega do ostrza, rękojeść zaczyna się powoli kołysać.
— Popatrz — wstaje, mruży oczy, nóż na ich wysokości, lekki ruch ręką w tył i nóż błyskawicznie wbija się w drzwi.
— Popatrz. Dokładnie w serce. Gdyby tam stał człowiek to już by nie żył.
Drzwi pokryte są śladami po wbitym ostrzu, wszystkie na wysokości półtora metra, może ciut wyżej. Walerij odwraca się do mnie, nóż jak metronom kiwa się w jego dłoni. Ręka idzie do tyłu…
— Chodź, nauczę cię jak się rzuca.

Gadka

Będzie padać, nie będzie? Pusta droga ciągnie się do Solecznik. Od czasu do czasu mija mnie samochód. Wreszcie coś się zatrzymuje.
— Dzień dobry, można? Po polsku, po rosyjsku, jak lepiej?
— A i tak, i tak. Mi to jedno — mężczyzna w roboczym stroju, wraca z Wilna z pracy. Polak, miejscowy Polak, nie pytam go, ale na pewno głosuje na Akcję Wyborczą Polaków na Litwie. Z samochodowego głośnika leci jakieś ruskie disco. To typowe. Zdążyłem się już przyzwyczaić, że miejscowi Polacy często używają, na co dzień rosyjskiego, oglądają rosyjską telewizję, nasiąkają rosyjską propagandą aż chwilami przykro, ale Polskę kochają, kochają szczerze. Ot Czesław, który prowadzi knajpę w Ejszyszkach, bez dwóch zdań jest patriotą. Kto tylko przekroczy próg jego lokalu pozdrawia po polsku — „dzień dobry”, ale potem już umowa kupna-sprzedaży może odbywać się w dowolnym języku używanym powszechnie na Litwie. Co do historii, szczególnie tej najnowszej jesteśmy zgodni, ale już w kwestiach politycznych idzie nam gorzej, szczególnie, jeśli mowa o Ukrainie, o sankcjach unijnych wobec Rosji, o Putinie… W rejonie solecznickim, gdzie leżą Ejszyszki, ukazuje się lokalny tygodnik „Шальчя”, wszystkie teksty po rosyjsku, choć w regionie dominują Polacy. Dlaczego po rosyjsku?
— Bo tak było, bo się przyzwyczaili, bo nie ma po co zmieniać — tłumaczy Czesław.

Zażartowałem kiedyś w towarzystwie wileńskich znajomych, że oto kupiłem podstawowy zestaw prasowy miejscowego Polaka: „Kurier Wileński”, „Tygodnik Wileńszczyzny” i rosyjskojęzyczny „Литовский курьер”.

— Prawdziwy Polak to kupuje tylko „Литовский курьер” — spointował nieoczekiwanie mój żarcik Jakub. Ten tygodnik, który bazuje na postsowieckich resentymentach i nostalgii jest w główniej mierze czytany przez Polaków. Redakcja niedawno zrobiła badania czytelnictwa i okazało się, że w miejscowościach ewidentnie rosyjskich sprzedaż ich tytułu jest znikoma, w polskich — schodzi niemal na pniu.

Napotkany w barze sześćdziesięciolatek proponuje nocleg. Po co mam się błąkać po krzakach, przecież mogę spać w normalnych warunkach. U kolegi, u Eryka. Wychodzimy. Wolnostojąca lokatorska kamienica. Gospodarz się nie dziwi, czemuż miałby mnie nie przenocować? Nagle otwierają się drzwi z naprzeciwka i ukazuje się w nich dość dobrze zbudowany jegomość w podkoszulce na ramiączka i z fajkiem w gębie.

— Co to jest? Ile razy ci mówiłem byś tu nie przychodził łajzo?
Krótka rozmowa, bardzo krótka rozmowa. Umięśniona ręka chwyta mego przewodnika za kołnierz i wyprowadza na podwórku.
— Ja też mam wyjść?
— Ty możesz zostać.
Drzwi się zatrzaskują, a ja wchodzę do Eryka. Gadka-szmatka, ruski kryminał na DVD. Pukanie do drzwi. Ach, to sąsiedzi! Andriucha i Janek z samogonem przyszli i pudełkiem szachów. Oni grają, my kibicujemy, wyprzedzamy graczy na trzy ruchy do przodu, dajemy dobre rady i zapijamy je by nie uciekły. Tylko krople uciekają, jest ich coraz mniej i pijacka klepsydra wyraźnie pokazuje, że nadszedł już czas, nadszedł czas na sen.

Przystanek

Puszcza Rudnicka. Leśna droga ciągnie się przez kilkanaście kilometrów. Sosna, piach, trochę drzew liściastych. Mapa podpowiada, że niedaleko są bagna. Niczym w Puszczy Kampinoskiej. Tu kryli się i staczali boje powstańcy styczniowi i żołnierze Armii Krajowej. Niczym w Puszczy Kampinoskiej. Ale tu kombinowali też i sowieccy „partyzanci”, a po wojnie lesiste tereny stały się poligonem. Mijam fundamenty leśniczówki „Sendków”, postawionej w międzywojniu dzięki staraniom łowczego Wileńskiej Dyrekcji Lasów Państwowych Włodzimierza Korsaka, mijam wyciosany z drzewa pomnik poświęcony powstańcom styczniowym. Sporo jest pomników bohaterów 1863. W Solecznikach Kastusia (Konstantego) Kalinowskiego, w Ejszyszkach na rynku — dzwon pamięci, podobny w Rudnikach. Żołnierze Armii Krajowej również honorowani są na miejscowych cmentarzach, czasem są to groby skrywające szczątki akowców, niekiedy indziej symboliczne. O tych, którzy walczyli i ginęli za wolną Polskę pamięta się tu cały czas.

A czy Polska pamięta? Nagle staję, dosłownie wryty w ziemię. Na wiacie autobusowej w Rudnikach wysmarowanych sprejem napis: „Tu jest Polska”. Obok kotwica Polski Walczącej. Prowokacja? Kotwicę można czasem zauważyć i w Wilnie. Namalowana na ścianie czy budce transformatorowej. Kto to robi? Może kibice Lecha-Poznań, albo chłopcy z ONR-u, którzy zapuszczają się niekiedy na Wileńszczyznę, albo i miejscowi zdesperowani młodzi Polacy. Ale na pewno nikt z Rudnik.

Siadam na ławce, wyciągam jedzenie… Oho, już go widzę. Zbliża się. Podchodzi jak łaszący się pies. Nadlatuje z boku jak sęp. Ale jest ich więcej, dużo więcej. I w Wilnie i we wszystkich tych wszystkich podwileńskich wsiach i miasteczkach. Wystarczy tylko usiąść, wyciągnąć piwo, zapatrzyć się w dal… Uprzedzam atak.

— To, co byś ty chciał, pewnie parę litów albo papieroska, co?
O sępy! Nigdzie nie bywałem, gdzie się włóczyłem samotny z plecakiem nie widziałem was tak dużo jak tu! O sępy wileńskie! Czaicie się nad nieznajomym i przystępujecie do ataku. Taki widać miejscowy zwyczaj.

— Proszę, półtora lita mogę ci dać, więcej nie mogę, nie mam.

Strzał

Boczna bita droga, szeroka na trzy czołgi wiedzie przez las. Wreszcie wieś. Kiejdzie. Siadam przed sklepem. Będzie padać, nie będzie? Podchodzi dwóch. Zaczynają po rosyjsku, jak wszyscy.

— Andriej jestem, cześć. Napijesz się z nami piwa? Co ty pijesz? To to g…no. My mamy lepsze. Chodź.

Czy warto gadać z dwudziestoparolatkami? Ja z każdym pogadam. Nie spieszę się nigdzie, no, bo jaki mam cel? Być w drodze, a w drodze spotyka się ludzi. Więc siadamy pod drzewem, jest jeszcze Kęstutis i jakieś małe knypki. Obok przystanek autobusowy, ale teraz nic nie jeździ, dopiero w roku szkolnym. Dzieci uczą się w pobliskich, oddalonych cztery kilometry dalej Jaszunach w klasach polskich, rosyjskich lub litewskich, do wyboru do koloru. A w samych Kiejdziach poza wspomnianym sklepem, przystankiem autobusowym i kapliczką nie ma nic.

Andriej opowiada różne historyjki, że siedział w kiciu, pokazuje dziargi. Na prawym ramieniu łacińskie litery układają się w napis POST, ale — jak tłumaczy — to skrót, który należy odczytać po rosyjsku: Прости отец, судьба такая (ros. przebacz ojcze taki los).

— A jest jeszcze inny — dodaje Kęstutis. — TUZ, Тюрьма уже знакома (ros. więzienie już znane).
Kiedy i za co poszedł siedzieć? Nie pytam. Nigdy nie pytam, albo ktoś mówi sam, albo nie.

Ciągnie swój monolog. O kolegach, którzy siedzieli za zabójstwo, o tym, że skończył jaszuńską polską szkołę, o tym i owym. Elokwentny, wygadany, ale widać, że gdzieś kłamie. Tylko trudno rozróżnić prawdę od fałszu. Rozmowa jak to rozmowa w takich wypadkach o wszystkim i o niczym, czasem wyrwie mu się pytanie, czy siedziałem w kiciu, czy byłem w wojsku, czy mam tatuaże.
— Masz parę litów? Piwo jeszcze kupimy.

Pijemy, gadamy, gadamy pijemy.

— Poczekaj, a może cię podwieźć? Tu pewnie jakiś znajomy będzie jechał w twoim kierunku
— Nie trzeba.
— Ale, dlaczego, popatrz.
Na drodze pojawia się terenowy samochód. Andriej zatrzymuje. Znajomy. Wsiadam, no czemu nie, za długo siedziałem, a przed zmrokiem warto byłoby dojść do jakiegoś miejsca, nocleg sobie wymościć w lesie, być bliżej Wilna, bo jutro do Wilna i powrót z tej krótkiej eskapady do Warszawy. Kierowca jedzie do pobliskiej wsi, ale to zawsze pięć kilometrów, będzie bliżej. Siadam do tyłu, Andriej za mną.
— Bo tam sklep jeszcze jest — powiada.
Jedziemy
— Masz pięć litów.
— Nie mam.
— No co ty.
— Dojedziemy, kupię piwo.
Samochód zatrzymuje się nagle na trzysta metrów przed zabudowaniami, kierowca zawraca w miejscu.
— Dalej pójdziesz prosto, na skrzyżowaniu w lewo, za cmentarzem w prawo.
— Dzięki.

Nieoczekiwany ból. Nos, szczęka. Krew spływa na plecak. Krzyk. Otwieram drzwi. Byle na zewnątrz.
— I co! — słyszę głos Andrieja — ты думал что я пиво хочу? бабки давай! (ros. myślałeś, że chcę piwa? Dawaj hajs!)
Samochód odjeżdża z piskiem opon na szutrowej drodze
— O, co ci chodzi? Czemu mnie bijesz? Coś ty mi zrobił — bardziej słyszę swój głos niż mówię.
Uspokaja się, ociera swoją koszulą krew z mej twarzy. Nie wyrwę się. Osłabiony uderzeniem, w szoku, nikogo nie ma. Sam.
— Pieniądze, ile masz?
Niestety wszystko jest na wierzchu. Całe ostanie sześćdziesiąt litów. Zabiera.
— Zostaw mi coś!
Patrzy. Wspaniałomyślnym gestem wręcza mi dwudziestolitowy banknot.
— A co to za słuchawki, pokaż co tam masz?
No i żegnam się z empetrójką z radyjkiem. Nie będę już słuchał „Radia znad Willi”.
— Tylko nie próbuj wzywać policji, bo cię i tak znajdę.
— Co będę wzywał… Ale dlaczego mnie pobiłeś?
— Tak trzeba.

Tak trzeba… Nos jest. Cały? Cały? Krzywy? Prosty. Zęby — na miejscu. Szczęka — boli. Okulary? Pewnie wypadły w aucie. Empetrójka? J…ł ją pies. Ale straty mogły być większe. Parę fantów jeszcze przy sobie miałem, k… mać. Sp…ć jak najszybciej, jak najdalej, inną drogą.

Oj Rutyno! To Ty sprawiasz, że doświadczony himalaista na wieki ląduje w przepaści. To Ty sprawiasz, że stary elektryk źle podłącza fazę, to ty wreszcie doprowadzasz do tego, że stary wyga, wagabunda, który od ćwierci wieku szwenda się po świecie po różnych dziurach, potyka się nagle na prostej drodze i w biały dzień dostaje w mordę, że aż w uszach brzęczy.

A może jednak na policję. Na policję? Policja całego świata nie lubi jednego: papierkowej roboty i psucia statystyk. Policja całego świata do perfekcji opanowała sztukę zadawania głupich pytań, po co pan tam siedział? Czemu kumał się z nieznajomymi? Ile pan ma lat? i tak go nie znajdziemy… Więc nie będę psuł statystyk. Ch… z wami wszystkimi.

* * *

— I co było potem? — pyta Aleksander..
— Potem? Doszedłem do Rakańców, wykąpałem się w rzece, w trymiga złapałem stopa, dojechałem do Rudomina, za miastem znalazłem sobie wygodne i bezpieczne miejsce w zagajniku, i poszedłem spać. Rano pojechałem do Wilna.

Siedzimy we trzech w knajpce „Alynas” gdzie leją piwa z małych, lokalnych browarów. Chłopcy śmieją się, że może mimo wszystko, mimo tych przygód, a zwłaszcza tej ostatniej wrócę kiedyś raz jeszcze do Wilna i na Litwę. Pewnie tak. Zawsze trafiałem na dobrych ludzi podczas wszystkich wędrówek, może czas był spotkać wreszcie i tych złych?

Antoni odprowadza mnie na dworzec autobusowy. Ecolines do Warszawy już czeka. Pokazuję bilet.
— Pan nie jedzie, pan jest pijany.
— Cooo???
— Pan jest pijany.
— Jestem po dwóch piwach raptem! — Antoni tłumaczy to samo stewardesie po litewsku.
— Nie jedzie i już.
Chuch piwa i obita gęba mówią za mnie, że jestem kompletnie pijany. Nie da rady. A, szczególnie, kiedy rozmowa jest z kobietą. Kobieta w uniformie, kobieta mająca władzę, jakąkolwiek władzę jest gorsza niż siedmiu Andriejów z Kiejdzi.

Stoję na przystanku i klnę, i klnę, i klnę. Autobus do Warszawy odjeżdża beze mnie. A ja zostaję w Wilnie. Bo Wilno cholera wciąga jak rojsty. Trudno się wygrzebać.

Jarosław Jot-Drużycki – polski bloger, etnograf i publicysta. Autor książki o Polakach w Czechach „Hospicjum Zaolzie”.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!