Opinie
Antoni Radczenko

Majdan: Jeśli wjedzie czołg – od razu zostanie spalony (1)RELACJA Z KIJOWA

W dzień jest raczej spokojnie. Ostrzejsza akcja rozpoczyna się dopiero wieczorem. Można to zaobserwować po zamaskowanych, uzbrojonych w kije grupkach podążających w stronę barykady, za którą stoi znienawidzony Berkut.

„Co chcemy osiągnąć? Chcemy oczyścić Ukrainę z g…na” – powiedział mi 25-letni aktywista Jura, który przybył do stolicy spod Połtawy. Protesty na Majdanie już dawno nie mają charakteru pokojowego i pierwotny cel podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE zszedł na dalszy plan. Głównym celem jest obalenie Janukowycza i „jego bandy”.

Sicz w środku miasta

Wychodząc z metra na stancji Chreszczatyk, czyli na główną aleję ukraińskiej stolicy, w mgnieniu oka z normalnej postsowieckiej metropolii trafia się do obozowiska wojennego. Falujący tłum w maskach, kaskach i z kozackimi czubami, niekończące się morze namiotów, przedziwna mozaika przeróżnych flag i sztandarów, płonące ogniska, ludzie rąbiący drewno na opał, unoszący się dym oraz zapach przygotowywanego jedzenia.

Chaos. Zero kontroli. Zaporoska Sicz. To pierwsze co przychodzi do głowy…

Wrażenie jest jednak mylące. Majdan bardziej można porównać do ogromnego mrowiska, gdzie pomimo „autorytarnego” kierownictwa, każdy wykonuje swoje zadanie: ktoś kieruje ruchem, ktoś oczyszcza jezdnię od lodu, ktoś rozdaje gorącą herbatę i kanapki, ludzie nawzajem częstują się cukierkami i papierosami. Społeczność w różnym wieku, przez nikogo nie zmuszana, przynosi dla stojących ciepłe ubrania i koce.

Z pewnością głupio byłoby negować, że Majdan nie ma wsparcia finansowego. W protest są zaangażowane poważne siły polityczne. Kłamstwem natomiast byłoby twierdzenie, że ludzie na mrozie stoją opłaceni przez złych oligarchów czy „wrogi Zachód”.

Złość w narodzie jest ogromna i ludzie są zdeterminowani stać do końca. Albo ich, albo Janukowycza…

Przepustka Nr. 468

Pytam się o centrum prasowe. Wskazują mi na zajętą siedzibę Związków Zawodowych, w którym znajduje się również Sztab Narodowego Oporu. Faktycznie gmach został zajęty jeszcze w ubiegłym roku. Początkowo władze związkowe próbowały nawet protestować, jednak bez większego entuzjazmu. Zresztą część organizacji zaoferowało swoje budynki dobrowolnie. Tak na przykład postąpił Związek Architektów, którego siedziba znajduje się niedaleko Majdanu.

„Podobnie sprawa wygląda z zajęciem gmachu administracji władz Kijowa. Opozycja wychodzi z założenia, że jest to własność społeczna. Prawo nie zabrania obywatelom i mieszkańcom stolicy na przebywanie na tym terenie. Oczywiście prawo nie przewiduje tego, że ludzie tam mogą nocować. Jednak zajęto tylko część pomieszczeń, w innych urzędnicy mogą pracować” – wytłumaczył Dmitro Krapiwenko, ukraiński dziennikarz.

Tuż przed wejściem do sztabu omija mnie chłopak niosący skrzynkę z pustymi butelkami od piwa…

„Dokąd idziesz?” – pyta przy wejściu jeden z aktywistów. „Dziennikarz. Chcę dostać przepustkę” – odpowiadam. „Pokaż legitymację” – mówi tamten. Później jest już tylko zwykła rejestracja, która jest raczej formalnością, bo nikt tożsamości nie sprawdza. Wystarczy zalaminowany blank, z byle pieczątką i napisem „press”. „Jesteś z Litwy? To fajnie” – rzuca dziewczyna wręczając przepustkę z numerem „468”.

W Centrum jest tłok. Właśnie przybył Mychajło Gawryluk, kozak z Czerniowców, który wcześniej był bity i upokarzany przez „berkutowców”. Filmik z milicyjnymi torturami ukazał się w sieci. Jego twarz jest cała posiniaczona. Od razu zostaje okrążony przez tłum dziennikarzy. „Powalili mnie na ziemię. Bili nogami. Robili zdjęcia. Potem ktoś chciał mi odciąć czub. Trzymali mnie za głowę i częściami obkrajali czub nożem. (…) Lekarze mówią, że wstrząs mózgu. Jednak być może dzięki Bogu wszystko będzie dobrze” – cichym, ale stanowczym głosem mówił kozak.

Dziennikarzy na Majdanie można rozpoznać po kaskach (kaski zresztą noszą też oddziały majdańskiej samoobrony) i specjalnych kamizelkach. Taki dress code ma też swoje minusy. „Radzę nie nosić kasku ani kamizelki, bo milicja strzela do dziennikarzy gumowymi kulami. Na ludzi w kamizelkach polują także młodzi sportowcy, zwani tituszkami” – ostrzegł przed wyjazdem znajomy polski dziennikarz.

Linia frontu

Aby lepiej się zorientować w geografii protestu, to warto umownie podzielić Majdan na dwie części. Pierwsza znajduje się na samym placu Majdan Niezależności. Tu stoi scena i tu się ulokowało miasteczko namiotowe. Na scenie ciągle ktoś przemawia: „Janukowycza do trybunału”, „On mówi o okupantach z Zachodu, a sam jest wykonawcą okupacyjnej polityki Rosji”. W przerwach między przemówieniami jest translacja ukraińskich telewizji informacyjnych. Warto dodać, że telewizje na Ukrainie są na wysokim poziomie. Co prawda, kiedy w opozycyjnych stacjach non stop lecą reportaże poświęcone protestom, to w tym samym czasie na prorządowych są wyświetlane rosyjskie seriale…

Linia „frontu”, czyli miejsce potyczek z siłami rządowymi, rozpoczyna się kilkaset metrów dalej na ulicy Hruszewskiego. Zbliżając się do „frontu” już za kilkaset metrów widać walący czarny dym oraz smród spalonych opon. Śnieg i lód jest czarny od sadzy. Słychać też wojenny huk. Stojący na barykadach biją kijami w beczki lub w jakikolwiek metal. W ten sposób denerwując stojących nieopodal „berkutowców”. Inni wykrzykują hasła („Banda precz”i „Janukowycz precz”) i wymachują flagami.

„Co oni tam stoją? Marzną. A u nas ciepło” – śmieje się mężczyzna w średnim wieku grzejąc ręce nad ogniskiem.

„Niech tylko spróbują tu wejść. Na razie tylko się bronimy, ale wszystko ma swój kres” – mówi stojący obok młody chłopak.

„A co będzie? Macie broń?” – pytam.

„Jasne, że mamy. Mamy taką broń, o jakiej im się nawet nie śniło. Niech tu wjedzie jakiś czołg – od razu zostanie spalony” – bez wahania stwierdza młody aktywista. Jego słowa potwierdza, na początku cytowany Jura, patrząc na mnie lekko zamglonym wzrokiem. „Jestem tu bez przerwy od kilku dni. Śpimy tylko kilka godzin. Mamy dyżury na zmiany. Inaczej się nie da. Wiesz, jest mróz. Trochę wypiliśmy, sam rozumiesz jaki Słowianin bez alkoholu” – opowiada Jura.

Dodaje jednak, że dzisiaj w żadnym wypadku nie pójdzie na walkę ze „specnazem”. Kiedy się zaczyna „zawierucha”, to adrenalina skacze ostro w górę, a adrenalina wymieszana z alkoholem „absolutnie znosi głowę”.

De facto na Majdanie obowiązuje zakaz spożywania alkoholu. Trudno jednak skontrolować taką rzeszę ludzi. Zresztą nie miałoby to żadnego sensu. Bo po pierwsze, obok Majdanu normalnie pracują kawiarnie, bary i restauracje. A w kilkuset metrach panuje normalne życie. Po drugie w ciągu kilku dni mego pobytu nie widziałem, ani jednego pijanego.

Do opowiadań o niesamowitych arsenałach majdańczyków trzeba podchodzić z rezerwą. Każda rewolucja rodzi swoje mity. Często takie opowiastki służą przekonaniu innych i siebie o swojej sile. „Wiesz, to mi bardziej przypomina historię o karabinie dziadka, zakopanym gdzieś w ogrodzie, od czasów wojny. Z tego co wiem, obecnie magazyny z bronią są chronione ze wzmożoną czujnością. Armia jest raczej neutralna. I to jest słaby punkt Janokowycza. Zapewne nie zdecyduje się na wariant wojskowy, bo armia raczej by go nie poparła” – podzielił się swymi spostrzeżeniami Dmitro Krapiwenko.

Płonące opony

Protestujący są odgrodzeni od „broniących prawa i porządku legitymnych władz Ukrainy” sił milicyjnych dwoma barykadami. Majdańczycy walczą przy pomocy petard, kamieni oraz koktajli. Strona rządowa odpowiada im przy pomocy pałek, gumowych kul i wody. Dlatego teren między dwoma barykadami jest pokryty lodem. Wybierając się do Kijowa warto zabrać ze sobą dobre, nie śliskie buty, bo o kontuzję bardzo łatwo…

Tuż za drugą barykadą znajduje się jeszcze przegroda ze spalonych wozów milicyjnych. Teren też jest „zajęty” przez protestujących. Ciągle tu płoną opony. Wszyscy są w maskach oddechowych, bo inaczej nie da się wytrzymać…

Byłem w Kijowie przez cztery dni. Najgorętszy był ten pierwszy, czyli ubiegły piątek. Co prawda, w sobotę też doszło do potyczek podczas zajmowaniu Ministerstwa Sprawiedliwości. Emocje były jednak znacznie mniejsze. „Rebelia” przeniosła się na prowincję. Zbuntowały się regiony. Opozycja blokowała lub zajmowała gmachy administracji publicznej.

O tym, że na barykadach zaczyna się zadyma dowiedziałem się przy stoisku polskiej fundacji „Otwarty Dialog”, która pełni rolę obserwatora. „Podobno demonstranci zaczęli rzucać koktajle mołotowa” – poinformował jeden z wolontariuszy. „To niedobrze“ – powiedział Krzysztof Bukowski, szef misji obserwatorskiej w Kijowie.

Nad barykadami unosił się dym, przez który leciały petardy, koktajle mołotowa, płonące opony…

Na drugi dzień opozycja i władze wzajemnie się oskarżały o to, kto kogo jako pierwszy sprowokował…

Link do częsci drugiej.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!