Opinie
Tomasz Otocki

Krzysztof Buchowski: Mimo wszystko mamy jakiś kapitał na przyszłość

Nie podzielam pokutującego w Polsce przekonania, że litewskiej lewicy zależy na zadawalającym Warszawę uregulowania kwestii polskiej mniejszości narodowej. Warto przypomnieć chociażby postawę socjaldemokratów w kwietniu 2010 r., kiedy gabinet Kubiliusa przedstawił projekt ustawy umożliwiającej zapis polskich imion i nazwisk w dokumentach. Także wówczas ustawa przepadła w Sejmie m.in. dlatego, że nie udało się pozyskać głosów lewicy – mówi w rozmowie z portalem zw.lt prof. Krzysztof Buchowski (Uniwersytet w Białymstoku), autor książki „Polityka zagraniczna Litwy 1990-2012”, która ukazała się kilka tygodni temu.

Wydaje się, że bilans polityki zagranicznej Litwy podczas prezydentury Dalii Grybauskaitė, także w stosunkach polsko-litewskich, będzie niejednoznaczny. Jednak cały czas warto podkreślać, że mimo politycznego zamętu bardzo dobrze rozwijają się nasze kontakty gospodarcze, kwitnie wymiana kulturalna, turystyczna i naukowa. Mimo wszystko to jednak poważny kapitał na przyszłość – dodaje Krzysztof Buchowski.

Tomasz Otocki: Polskim i litewskim czytelnikom jest Pan znany głównie jako autor książek poświęconych historii Litwy przedwojennej i dawnych stosunków polsko-litewskich. Pana publikacje „Panowie i żmogusy” czy „Litwomani i polonizatorzy” czytał niejeden słuchacz Radia znad Wilii. Teraz zwrócił się Pan w stronę polityki zagranicznej Litwy po 1990 roku. Dlaczego?

Prof. Krzysztof Buchowski: Interesuje mnie generalnie historia Litwy w XIX i XX w. Stosunki polsko-litewskie są jej nieodłączną częścią, podobnie jak najnowsze dzieje dyplomacji. W ostatnim okresie rzeczywiście więcej badawczej uwagi poświęciłem czasom po 1990 r. To fascynujący okres dla Litwy. Jednocześnie wcześniejsze doświadczenia z historią pierwszej połowy XX w. pozwoliło mi chyba lepiej zrozumieć dylematy współczesnej litewskiej polityki zagranicznej, bardzo zanurzonej w przeszłości. Bez odwołania się do dziedzictwa międzywojennej niepodległości, ale także traumy hitlerowskiej, a zwłaszcza radzieckiej okupacji nie da się pojąć dzisiejszych kroków Wilna na arenie międzynarodowej. Najnowsza książka jest także częścią szerszego projektu, w ramach którego powstały ponadto opracowania dotyczące polityki zagranicznej Białorusi i Ukrainy, oba przygotowane przez profesora Eugeniusza Mironowicza, kolegę z Uniwersytetu w Białymstoku.

Trochę nawiązując do tego, co już Pan powiedział, zapytam o to, czy patrząc holistycznie na historię Litwy od 1918 roku, widzi Pan jakąś ciągłość w polityce zagranicznej. Stosunków z Polską chyba nie ma co porównywać, ale niektóre motywy w polityce zagranicznej Litwy ciągną się – jak mówią Niemcy – „czerwoną nicią”, bo wspomnieć np. kwestię Bałtoskandii. Do tego odwoływał się „Sąjūdis” u progu niepodległości, teraz próbuje do tego motywu wrócić Grybauskaitė.

Jak wspomniałem ciągłość w polityce zagranicznej jest wyraźna, także jeśli chodzi o stosunki z Polską. Zarówno po 1918, jak po 1990 r. podstawowym zadaniem litewskiego państwa było przetrwanie w określonych warunkach geopolitycznych. W latach międzywojennych Litwa była wciśnięta między trzech potężnych sąsiadów: Niemcy, ZSRR i Polskę. Z wielu powodów uznano, że to Polska była najgroźniejszym przeciwnikiem. Powyższe założenie zdeterminowało poczynania litewskiej dyplomacji. Litwa czuła się osamotniona, odepchnięta od Europy i osaczona. W takich okoliczności narodziła się koncepcja wspomnianej przez Pana Bałtoskandii. Jej twórca, geograf i politolog Kazys Pakštas, był przekonany, że państwa bałtyckie, Litwa, Łotwa i Estonia, geopolitycznie i cywilizacyjnie w naturalny sposób ciążą ku państwom nordyckim. Promował ideę współpracy, a nawet konfederacji bałto-skandynawskiej. Innymi słowy litewskie związki z cywilizacją Zachodu powinny być rozwijane szlakiem północnym, w pewnym sensie z pominięciem drapieżnych, wielkich sąsiadów.

Czy ta koncepcja powinna być jednak aktualna także po 1990 roku?

Po 1990 r., zdaniem niektórych działaczy Sąjūdisu, sytuacja w pewnym sensie powróciła do międzywojennego punktu wyjścia. Litwa co prawda odzyskała niepodległość od ZSRR, ale zagrożenie ze strony Rosji cały czas było wyraźne. Polskie pośrednictwo na drodze do Europy programowo odrzucano. Cały czas dawały bowiem o sobie znać historyczno-kulturowe resentymenty. Dlatego z nadzieją wówczas spoglądano na rozwój współpracy z państwami skandynawskimi. Przewartościowanie pod tym względem nastąpiło na przełomie 1993 i 1994 r. za rządów lewicowych. Wydarzenia w Rosji w październiku 1993 r., a także stanowisko Unii Europejskiej i NATO w sprawie rozszerzenia tych organizacji na wschód, wymusiły zawarcie kompromisu z Warszawą i oparcie się o Polskę. Po wygranych wyborach parlamentarnych w 1996 r. to właśnie siły wywodzące się z Sąjūdisu zaczęły zabiegać o ustanowienie strategicznego partnerstwa Litwy z Polską! Cel – czyli integracja z NATO i UE – uświęcał środki. Do pomysłów Bałtoskandii zaczęto powracać kiedy polsko-litewskie partnerstwo załamało się po 2009 r.

W ciągu 22 lat, które Pan opisuje, 11 lat władzę sprawowała centrolewica, przez 11 lat ugrupowania centroprawicowe. Inaczej niż w Polsce, gdzie w podejściu do polityki zagranicznej do 2005 roku dominował konsensus lewicy postkomunistycznej i postsolidarnościej prawicy, postkomuniści litewscy i pogrobowcy „Sąjūdisu” mieli różne koncepcje polityki zagranicznej Litwy…

Rzeczywiście, w pierwszym okresie po odzyskaniu niepodległości na początku lat dziewięćdziesiątych XX w. różnice w podejściu do polityki zagranicznej między prawicą a lewicą były wyraźne. O ile większość postsajūdisowskiej prawicy stawiała na szybką integrację z Zachodem, postkomunistyczna lewica była pod tym względem sceptyczna. Akcentowano raczej konieczność „pragmatyzmu” w stosunkach z Rosją, motywowanego przede wszystkim trudną sytuacją gospodarczą Litwy. Również prezydent Algirdas Brazauskas widział swój kraj bardziej w roli pomostu na Wschód niż integralnej części Zachodu. Co ciekawe, w stosunku do Polski lewica nie była wówczas wcale lepiej nastawiona niż prawica. Jeszcze wiosną 1993 r., po wygranych wyborach parlamentarnych, lewica z różnych względów wcale nie zamierzała szczególnie naciskać na przyspieszenie porozumienia z Polską.

Przypomina to trochę obecną sytuację, gdy rządzi LSDP i szans na realne porozumienie polsko-litewskie nie widać.

Także w latach 1992-1993 rząd dusz w sprawie litewskiej polityki zagranicznej posiadały ugrupowania prawicowe. Przełom nastąpił dopiero w wyniku wspomnianych wydarzeń z jesieni 1993 r. Litewskie partie polityczne zawarły wówczas kompromis, w wyniku którego zaakceptowano wspólny cele: integrację euroatlantycką. Prezydent Brazauskas złożył oficjalny wniosek o członkostwo w NATO. Należało także uregulować relacje z Warszawą. Między innymi z tego względu na początku 1994 r. nareszcie odblokowano prace nad traktatem z Polską. W późniejszym okresie zasadniczy cel litewskiej polityki zagranicznej, czyli zakorzenienie w świecie Zachodu, nie był już poważnie kontestowany przez żadną liczącą się siłę polityczną. Co nie oznaczało oczywiście, że nie dyskutowano np. na temat sensowności bezwarunkowego oparcia się o USA po 2004 r.

W książce pisze Pan o „nowej polityce zagranicznej Litwy” po 2004 roku, zainicjowanej przez Artūrasa Paulauskasa, Antanasa Valionisa i Valdasa Adamkusa. Litwa, wzmocniona wtedy członkostwem w NATO i UE, strategicznym partnerstwem z Warszawą, chciała wtedy odkrywać rolę regionalnego gracza także w Kijowie, Tbilisi czy Mińsku. „Nowa polityka” zakończyła się wraz z kadencją Adamkusa i dojściem do władzy Grybauskaitė, która postawiła na reset z Rosją i umizgi do Łukaszenki. Czy jeśli, hipotetycznie rzecz biorąc, euromajdan zwycięży, są szanse na powrót do polityki prowadzonej przez Adamkusa?

Zdaniem twórców tej koncepcji „Nowa polityka zagraniczna” była odpowiedzią na wyzwanie, przed jakim Litwa stanęła w nowych czasach. Uznano wówczas, że zadaniem Litwy było rozszerzanie „zachodnich wartości” na obszarze byłego ZSRR w oparciu o USA. Oznaczało to jednak wyzwanie rzucone Rosji, na co zwracali uwagę krytycy polityki prezydenta Valdasa Adamkusa. Słabą stroną był także brak asekuracji na wypadek zmiany koniunktury światowej. Odejście Adamkusa dosyć przypadkowo zbiegło się z taką zmianą. Na początku 2009 r. nowa amerykańska administracja ogłosiła „reset” w stosunkach z Rosją, co w praktyce oznaczało rezygnację z prób wyparcia Rosji z Europy Wschodniej i Zakaukazia. Zmianę ogłosiła również polska dyplomacja, coraz bardziej zainteresowana naprawą własnych relacji z Moskwą, ale także wzrostem znaczenia Polski w UE. Litwa została osamotniona. Z tego wynikały próby przewartościowania polityki zagranicznej podejmowane przez nową panią prezydent Dalię Grybauskaitė. Nie wierzę jednak w rychłą możliwość powrotu zaangażowania z lat 2004-2009. Nie wskazuje na to przede wszystkim stan stosunków międzynarodowych w skali makro. Litewska polityka zagraniczna jest znacznie bardziej od nich zależna niż może wydawać się na pierwszy rzut oka.

Za pięć miesięcy koniec pierwszej kadencji Dalii Grybauskaitė, warto więc zapytać o bilans jej polityki zagranicznej. Ambicje miała wielkie: unormowanie stosunków z Mińskiem i Moskwą, większą niż okazywał Adamkus asertywność w stosunkach z Polską, włączenie Litwy do procesu decyzyjnego w regionie nordyckim. Co udało się przeprowadzić w latach 2009-2014, a co okazało się porażką?

Wydaje mi się, że bilans polityki zagranicznej Litwy podczas prezydentury Dalii Grybauskaitė będzie niejednoznaczny. Rzeczywiście mimo wielu zabiegów nie udało się zrealizować celu w postaci znaczącego polepszenia stosunków z Rosją. Warto jednak przypomnieć wysiłek pani prezydent w tym kierunku i przypomnieć, że brak poprawy był wynikiem raczej rosyjskiej arogancji niż braku dobrej woli z litewskiej strony. Podobnie było z Białorusią. Zdecydowanie pogorszyły się polityczne relacje Litwy z Polską. W tym ostatnim przypadku niektórzy litewscy komentatorzy podkreślają jednak raczej winę Warszawy, która nagle zaczęła naciskać na Wilno w sprawie polskiej mniejszości. Należy także przypomnieć o niełatwych okolicznościach, w których prezydent Grybauskaitė odstępowała od założeń „nowej polityki zagranicznej”.

Powiedzmy o tych okolicznościach.

O niekorzystnym z punktu widzenia Litwy przewartościowaniu szerszej koniunktury międzynarodowej już wspominałem. Dodajmy wyjątkowo fatalne skutki kryzysu ekonomicznego, konieczność zamknięcia elektrowni atomowej w Ignalinie produkującej 90% energii, podważenie zaufania obywateli do państwa w rezultacie tzw. sprawy Kedysa, wzrost napięć społecznych, aktywizację skrajnych nacjonalistów. Prezydent Grybauskaitė nie działała w próżni i niektóre jej kroki w polityce zagranicznej były podyktowane głównie chęcią poprawienia trudnej sytuacji gospodarczej (np. w przypadku Rosji i Białorusi). Pani prezydent nieobce były jednak także posunięcia obliczone na reakcję krajowej opinii publicznej, np. w postaci „godnościowych” demonstracji w stosunkach z Polską, a nawet z USA. Próba aktywizacji w kierunku nordyckim sprawia wrażenie kolejnego poszukiwania alternatywy dla zakleszczenia litewskiej polityki miedzy Zachodem a Wschodem. To poniekąd inicjatywa w duchu wspomnianej Bałtoskandii. Pole manewru jest jednak w tym wypadku bardzo ograniczone.

Czy wg Pana są jakieś szanse, że pod rządami socjaldemokratów, paksasowców i Partii Pracy uda się doprowadzić do normalizacji stosunków z Warszawą, czy też pozostaną one podobnie napięte co w latach 2010-2012 pod rządami konserwatystów. Czy odrzucenie ustawy o mniejszościach narodowych nie każe patrzeć na rządy centrolewicy pesymistycznie?

Nie podzielam pokutującego w Polsce przekonania, że litewskiej lewicy zależy z jakiegoś szczególnego powodu na zadawalającym Warszawę uregulowania kwestii polskiej mniejszości narodowej. Warto przypomnieć chociażby postawę socjaldemokratów w kwietniu 2010 r., kiedy konserwatywny gabinet Kubiliusa przedstawił projekt ustawy umożliwiającej zapis polskich imion i nazwisk w dokumentach. Także wówczas ustawa przepadła w Sejmie m.in. dlatego, że nie udało się pozyskać głosów lewicy. Socjaldemokraci oraz ich obecni koalicjanci są bardzo wyczuleni na nastroje opinii publicznej, a te nie sprzyjają zasadniczym zmianom w statusie mniejszości, w szczególności polskiej. Mimo że jednym z filarów rządu jest przecież AWPL. Niektóre postulaty tego ugrupowania są powszechnie interpretowane wręcz jako sprzeczne z litewską racją stanu. Z kolei Warszawa nie chce słyszeć o zmianie nastawienia do Litwy bez ruszenia spraw mniejszościowych na Wileńszczyźnie. Takie nastawienie obu stron nie skłania do snucia optymistycznych prognoz. Cały czas trzeba podkreślać, że mimo politycznego zamętu bardzo dobrze rozwijają się litewsko-polskie kontakty gospodarcze, kwitnie wymiana kulturalna, turystyczna i naukowa. Mimo wszystko to jednak poważny kapitał na przyszłość.

Dziękuję za rozmowę.

Krzysztof Buchowski, Polityka zagraniczna Litwy 1990-2012, Białystok 2013, s. 294. Krzysztof Buchowski, profesor w Katedrze Polityki Międzynarodowej Instytutu Historii i Nauk Politycznych Uniwersytetu w Białymstoku. Specjalizuje się w badaniu stosunków społeczno-politycznych w Europie Środkowej i Wschodniej, relacji polsko-litewskich oraz najnowszych dziejów Litwy. Autor książek: Polacy w niepodległym państwie litewskim 1918-1940  (Białystok 1999), Panowie i żmogusy. Stosunki polsko-litewskie w międzywojennych karykaturach (Białystok 2004), Szkice polsko-litewskie, czyli o niełatwym sąsiedztwie w pierwszej połowie XX w. (Toruń 2005),Litwomani i polonizatorzy. Mity, wzajemne postrzeganie i stereotypy w stosunkach polsko-litewskich w pierwszej połowie XX wieku (Białystok 2006). W styczniu 2014 r. udzielił wywiadu portalowi Wiadomości Znad Wilii.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!