Opinie
Antoni Radczenko

Krzysztof Buchowski: Kiedy powstawała polska republika pod Poniewieżem, to trudno było zachować łączność z Polską

W latach 1918-20 pod Poniewieżem, Kownem i na Wileńszczyźnie powstawały tzw. polskie republiki, które deklarowały chęć zachowania łączności z rodzącą się Polską. Zazwyczaj żywot tych republik był krótki, do wyjątków należą Republika Warwiszkowska i Republika Kopciowska – powiedział w rozmowie z zw.lt historyk Uniwersytetu w Białymstoku Krzysztof Buchowski, który był uczestnikiem konferencji  „Synowie Ziemi Żmudzkiej Bracia Narutowiczowie: Sygnatariusz Aktu Niepodległości Litwy Stanisław Narutowicz i pierwszy prezydent Polski Gabriel Narutowicz” w Telszach zorganizowanej przez Fundację „Pomoc Polakom na Wschodzie”.

Antoni Radczenko: W latach 1918-20 na terytorium Litwy powstawały tzw. „republiki polskie”, czyli ludność polska w poszczególnych miejscowościach ogłaszała niepodległość od rządu litewskiego. Jak silne to było zjawisko? Czy różniły się między sobą?

Krzysztof Buchowski: Nie sposób ocenić ile ich było, bo z reguły to były inicjatywy oddolne. W źródłach trudno je uchwycić, kiedy, gdzie i jaki zakres był tego zjawiska. Generalnie to było powszechne tam, gdzie mieszkali Polacy. Były zarówno pod Poniewieżem, Kownem i na Wileńszczyźnie bliżej terenów później należących do państwa litewskiego. Były też na Suwalszczyźnie. Jedna z najsłynniejszych, późniejszych tego typu inicjatyw, była słynna Republika Warwiszkowska, ale to już jest rok 1920. Natomiast w końcówce 1918 r. i w 1919 r. takich inicjatyw było sporo. Z reguły to polegało na tym, że miejscowi Polacy stali przed faktem odnawiania się, odradzania się, czy właściwie narodzin państwa litewskiego odmawiają prawa do reprezentowania siebie. W związku z czym sami brali sprawy w swoje ręce. Często nie mając żadnej styczności z rodzącą się Polską organizowali zalążki władzy i bardzo często również samoobronę. To nie miało racji bytu, bo Litwa chciała roztoczyć kontrolę nad tymi terenami. Z sukcesem, ale trwałym było przedzieranie się polskich ochotników do Wojska Polskiego. Między innymi do Dywizji Litewsko-Białoruskiej. Polacy z Litwy, nie tylko z Wileńszczyzny, w pewnym momencie stanowili znaczny odsetek żołnierzy tej dywizji. Niestety większość przypadków kończyła się tym, iż rodziny osób służących w Wojsku Polskim były karane – konfiskatą ziemi lub w inny sposób. Wielu z nich było zmuszonych do wyjazdu z Litwy. To świadczy o tym, że republiki nie kończyły się sukcesem. Jednak na przykład Republika Kopciowska , która znajdowała tuż przy późniejszej granicy z Polską, utrzymywała się niemalże do końca 1919 roku. Państwo litewskie w zasadzie nie miało jurysdykcji nad tamtym obszarem. Republika Warwiszkowska, która ma nieco późniejszą metrykę, utrzymywała się właściwie aż do 1922 roku. Państwo litewskie nie miało szans objąć władzą tegoż obszaru. Musiało podciągnąć oddział wojskowy i użyć artylerii. Warto dodać, ze w Warwiszkach Polacy przez pewien czas nawet drukowali znaczki pocztowe i utrzymywali realną władzę. To jest bardzo ciekawy teren, gdzieś tam między Niemnem a Marychą i Czarną Hańczą.

Antoni Radczenko: Gdzie znajduje dzisiaj ta miejscowść?

Krzysztof Buchowski: Na terenie Litwy przy granicy białoruskiej. Niedaleko Druskiennik. Spuścizna tych lat oporu była żywa bardzo długo i cieszyła się taką lokalna estymą.

Antoni Radczenko: Kto stał na czele tych republik? Czy to była szlachta, czy chłopi?

Krzysztof Buchowski: Różnie. Najłatwiej to było wyodrębnić w okolicach szlacheckich, gdzie z reguły drobna szlachta brała sprawy w swoje ręce. Ale na przykład pod Kopciowem, czy w Warwiszkach, to byli chłopi. Tam szlachty było niewiele, albo w ogóle jej nie było. Ci ludzie albo za sprawą pewnych bodźców zewnętrznych, na przykład przybył jakiś emisariusz organizujący opór, albo organizowali się samorzutnie, bo uważali się za Polaków i wiązali swoją przyszłość z Polską.

Antoni Radczenko: Czyli celem „polskich republik” była przynależność tych terenów do Polski?

Krzysztof Buchowski: Tak. Przy czym warto zauważyć, jeśli taka republika powstawała gdzieś pod Poniewieżem, to trudno było o zachowanie łączności terytorialnej z Polską. To było niemożliwe. Stąd tak krótki żywot takich inicjatyw. To dotyczy przede wszystkim okresu między listopadem-grudniem 1918 roku, kiedy władza niemiecka stopniowo zanikała, a latem 1919 roku. To było okres, kiedy tego typu inicjatywy były najaktywniejsze. W późniejszym okresie to były sprawy jednostkowe. Rząd litewski dostrzegał ten problem. Już po przeniesieniu się w styczniu 1919 roku do Kowna na jednym z posiedzeń premier Mykolas Sleževičius uczynił z tych republik problem. I postanowiono, że trzeba je zwalczać z wszelką mocą, ponieważ to szkodzi, generuje napięcie i ma destruktywny wpływ na państwowość litewską.

Antoni Radczenko: Jakich rozwiązań podjął się rząd litewski? Czy to były rozwiązania stricte militarne?

Krzysztof Buchowski: Były stosowane różne formy. Tu chodziło o uchwycenie władzy. Oczywiście aspekt militarny był istotny, bo bez milicji nie było nawet mowy, aby utrzymać jakikolwiek porządek. Warto zauważyć, że w grę wchodziła nie tylko polityka, ale również to, że w warunkach odchodzenia władzy niemieckiej szerzył się pospolity bandytyzm. Nie bardzo było wiadomo, co będzie z tym państwem. Czy wróci władza rosyjska? Pewnie nie. Władza niemiecka odchodziła i powstawały pytania: kto będzie rządził? Kto będzie rozdawał karty? Kto będzie utrzymywał porządek? To nie było tak, że chodziło tylko o polskość. Chodziło o porządek i władzę.

Antoni Radczenko: Czy w tamtym czasie konflikt polsko-litewski był nieunikniony?

Krzysztof Buchowski: Moim zdaniem konfrontacja była nieunikniona. Po analizie źródeł jestem absolutnie o tym przekonany. Po stronie polskiej bardzo długo wierzono, czasami nawet do tej pory się wierzy, że można było znaleźć jakieś inne wyjście. Na przykład rozwiązanie federacyjne. Moim zdaniem to było niemożliwe. Litwini odrzucali pomysł federacyjny w całości, gdyż godził w istotę litewskiej niepodległości. Polacy do dzisiaj wiedzeni sentymentem są w stanie domniemywać, że gdyby Litwini okazali się mądrzejsi, to można byłoby uniknąć późniejszej okupacji sowieckiej i lat komunizmu. Nie sądzę, że to było możliwe. To był czas, kiedy rodziły się nacjonalizmy. Rodziły się państwa narodowe. II Rzeczpospolita, wbrew nazwie, też była narodowym państwem polskim z potężną ilością mniejszości narodowych. Litwa była też państwem stricte narodowym z mniejszościami. Myślę, że w tamtym czasie, w tamtych okolicznościach, konfliktu nie dało się uniknąć.

Antoni Radczenko: To skąd brały się pomysły po stronie polskiej, aby na siłę zmusić Litwę do sojuszu, jak na przykład próba przewrotu w Kownie w 1919 roku? Czy Polska po prostu miała słabe rozeznanie odnośnie litewskich poglądów?

Krzysztof Buchowski: Tu jest kilka czynników, które trzeba brać pod uwagę. Pierwsza sprawa, to postawa samych Polaków z Kowna czy okolic. Dla nich łączność ziem litewskich z Polską była oczywista. Tego oczekiwali. Inna sprawa polegała na tym, jaką formę ta łączność przyjmie. Wierzyli, że przewrót może doprowadzić do czegoś dobrego. Trzeba pamiętać, że Stanisław Narutowicz był zaangażowany w tę sprawę. Wierzył w to święcie. Zresztą podobnie jak trochę wcześniej Michał Römer, który w kwietniu 1919 r. z polecenia Piłsudskiego jeździł do Kowna, aby namówić Litwinów do federacji. Co prawda bardzo szybko ten pomysł porzucił. Trzeba powiedzieć, że sprawa POW to jest z jednej strony efekt pewnego myślenia Polaków na Litwie, ale też efekt myślenia Polaków z Warszawy. Piłsudski, który był Litwinem historycznym absolutnie nie wyobrażał sobie, podobnie jak 99 proc. wszystkich Polaków i Litwinów historycznych mówiących po polsku, że Litwa może z Polską nie być. Opór Litwinów sprawiał, że Piłsudski zaczął rozważać metody siłowe. Bo w jego pojęciu Polska inaczej postąpić nie mogła. POWiacy uważali się za litewskich patriotów, bo w ich rozumieniu w interesie Litwy leżało odnowienie stosunków z Polską. Absolutnie, w żadnym tego słowa znaczeniu, nie uważali się za zdrajców. Tak naprawdę te dwie porażki – bo powstanie sejneńskie również uważam za porażkę, wbrew temu co mówi się w polskiej legendzie o „zwycięskim powstaniu” – to była klęska pewnego sposobu myślenia no Litwie. O tym, że tych Litwinów, tych braci zbłąkanych jak to mawiano, można było zmusić do tego, aby szli z Polską w jednym szeregu. Tylko dopiero od lata 1919 r., do Piłsudskiego powoli zaczęło docierać, że Litwini są tak zdeterminowani do budowy swego państwa oddzielonego od Polski i polskości. Bardzo długo się z tym godził i chyba do końca życia z tym się nie pogodził. W późniejszych latach, po włączeniu Wileńszczyzny do Polski, Piłsudski nie przerwanie wierzył, że kiedyś „ci w Kownie zmądrzeją” i w końcu dojrzeją, że Litwa z Polską powinny być razem. Tak naprawdę tylko po śmierci Piłsudskiego w Polsce zaczęła zwyciężać tendencja do traktowania Litwy, jako sąsiada. Nie brata, nie krewnego buntującego się, a tylko sąsiada. Normalnego w tym znaczeniu, że tą normalność można było wymusić, tak jak to uczyniła Polska w 1938 r. w postaci ultimatum.

Antoni Radczenko: Z pańskich słów wynika, że bunt Żeligowskiego i późniejsza inkorporacja Wileńszczyzny do Polski również były porażką Piłsudskiego, ponieważ nie osiągnięto stawianych celów?

Krzysztof Buchowski: Naturalnie. Trzeba pamiętać jaki był cel stworzenia Litwy Środkowej. Tym celem nie było przyłączenie Wileńszczyzny do Polski. Sama istota Litwy Środkowej kryła się w nazwie, bo oznacza, że musiała być jakaś Litwa dookoła. Przecież jeszcze była Kowieńszczyzna i Mińszczyzna. Tylko połączenie tych trzech nazwijmy Litw w Litwę historyczną miało dać miało dać efekt w postaci odrodzonego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Takie były plany, których nie ukrywał ani Piłsudski, ani jego współpracownicy, że pozyskanie czy odebranie Wileńszczyzny Litwie miało tak naprawdę zmusić lub skłonić Kowno do kompromisu. Na zasadzie: chcecie Wilna, to musicie odrodzić związek z Polską. Problem polegał na tym, że tak myśleli nieliczni. Piłsudski i może grono wąskich współpracowników. Większość polskiego społeczeństwa, większość wilnian myślała zupełnie inaczej.

Antoni Radczenko: Czego dowodem była decyzja Sejmu Litwy Środkowej o „przynależności państwowej Ziemi Wileńskiej” z 1922 roku?

Krzysztof Buchowski: Większość wilnian głosowała nogami i głosowała za przyłączeniem się do Polski. W tym sensie rok 1920 i później rok 1922, kiedy nastąpiła inkorporacja Wileńszczyzny. To były porażki Piłsudskiego. W pewnym wystąpieniu w Wilnie z 1923 roku dał temu niedwuznaczny wyraz, mówiąc, że to była katastrofa, klęska wizji odrodzonej Rzeczypospolitej. Klęska federacji. Piłsudskiemu absolutnie nie o to chodziło, ale trzeba było brać życie, jakim było. Marszałek do końca wierzył, że będzie można jakoś to odwrócić. Stąd jego różne akcje, stąd prometeizm, stąd próba podgryzania Rosji, aby po szwach narodowościowych rozlazła się Rosja bolszewicka. Ale cóż, życie próżni nie znosiło. Litwa i Polska tak naprawdę budowały swoje narodowe byty, które tak naprawdę wykluczały idee wielonarodowego państwa.

Antoni Radczenko: Więc można zaryzykować stwierdzenia, że tak naprawdę ultimatum z 1938 roku było ostatecznym uznaniem Warszawy Litwy za byt samodzielny?

Krzysztof Buchowski: Dosyć paradoksalnie pan to ujął, ale można tak powiedzieć. To uznanie szło Polsce z dużym oporem. Pewne dyplomatyczne deklaracje były już wcześniej. Jak na przykład formalne uznanie niepodległości Litwy w 1920 roku. Co prawda, odbyło się dla Polski w bardzo niecodziennych okolicznościach, bo u wrót Warszawy stali bolszewicy. W sensie dyplomatycznym wszystko było zrobione, ale w sensie mentalnym może właśnie rok 1938, albo nawet jeszcze później już po zakończeniu II wojny światowej, kiedy zaczęto uświadamiać powoli, że sytuacja się zmieniła. Litwa jest Litwa, a Polska jest Polską.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!