Opinie
Małgorzata Kozicz

Kozicz: Klikać na śmierć

Czy należycie do tych ludzi, którzy widząc wypadek, zwalniają przejeżdżając obok lub podchodzą bliżej, żeby lepiej dojrzeć bezwładne ciało przykryte foliowym workiem? Jest dreszczyk emocji – wstrząsający widok skutków czyjejś bezmyślności czy po prostu niefortunnego zbiegu okoliczności, a jednocześnie ulga – dobrze, że to nie ja. Pewnie lubicie również klikać artykuły o nieszczęściach w internecie. Ale nie lubicie się do tego przyznawać.

Nie macie więcej o czym pisać? – to częsty komentarz naszych Czytelników pod artykułami różnej treści. Czasem oburzenie wywołuje kolejny tekst o Joannie Moro, czasem zbyt uważne przyglądanie się poczynaniom jedynej słusznej partii, a czasem artykuły o ludzkim nieszczęściu. Ale to właśnie one są najlepiej czytane.

Kiedy na koniec ubiegłego roku robiliśmy podsumowanie dziesięciu najpopularniejszych artykułów, po przejrzeniu statystyk okazało się, że najczęściej czytana była informacja o samobójstwie syna znanego działacza samorządowego, który przed paroma laty w ten sam sposób pożegnał się z życiem. Oczywiście pominęliśmy ten fakt milczeniem, chociaż założę się, że wygenerowana w stylu tabloidopodobnych portali na Litwie i w Polsce informacja, zatytułowana na przykład “W minionym roku czytelnicy zw.lt najbardziej ekscytowali się tragedią rodzinną”, przyciągnęłaby kolejne wejścia i kliki.

Nie zrobiliśmy tego nie dlatego, że wbrew zasadom rynku medialnego nie zarabiamy na kliknięciach – realia, w jakich funkcjonują polskie media są nieco inne. Nie podnosiliśmy tematu, ponieważ uważamy za nieetyczne niepotrzebne epatowanie informacjami o ludzkich dramatach. Z tego samego powodu nie robiliśmy fotorelacji z pogrzebów czy nie jechaliśmy na miejsce wydarzenia przepytywać sąsiadów na temat tego, co sądzą o zmarłym i jego rodzinie – co uczyniły wszystkie litewskie portale i telewizje.

Mimo to i tak słyszeliśmy opinie, że wchodzimy z butami do czyjegoś życia, że nie powinniśmy nic pisać o sprawie z uwagi na mały wileński światek, gdzie wszyscy się znają. A przecież publikowaliśmy tylko informacje podane do wiadomości publicznej przez policję i powielone już wielokrotnie przez inne media.

Nie mamy stałej rubryki kryminałów i za każdym razem zastanawiamy się, czy zamieszczać informacje o wypadku, w którym zginęła ciężarna kobieta czy konflikcie domowym, podczas którego konkubina pozbawiła swego partnera którejś części ciała. W ogóle pomijać takie fakty milczeniem? Zamieszczać zdjęcia zmasakrowanych aut racjonalizując, że to ku przestrodze i ktoś zdejmie dzięki temu nogę z gazu? Zwycięża pragmatyzm – “będą czytać”… Popyt określa podaż.

Kwestia proporcji odpowiedzialności dziennikarza i odpowiedzialności czytelnika staje się coraz bardziej aktualna w dzisiejszym świecie, kiedy każdy może tworzyć i publikować treści. Zamachowiec z Nowej Zelandii przed niecałym miesiącem transmitował na żywo swój atak na meczety. Przez 17 minut użytkownicy Facebooka oglądali jego przygotowania do akcji, a później strzelanie do ofiar. Wideo przed zablokowaniem zostało obejrzane 4 tysiące razy. Później jednak użytkownicy próbowali ponownie opublikować nagranie 1,5 miliona razy. W większości wypadków (1,2 mln) udało się film zablokować przed publikacją, ale 300 tysięcy razy plik trafił do serwisu i dopiero później został usunięty. Zapewne w chorym umyśle zamachowca świadomość, że będzie obserwowany, była dodatkowym bodźcem do popełnienia zbrodni. Czy, a może raczej kiedy, pojawią się jego naśladowcy?

Już jakiś czas temu tak zwany demokratyczny świat przekonał się, że wolność słowa nie może być absolutna. Portale społecznościowe stosują narzędzia kontroli treści radykalnych, epatujących przemocą, podżegających do waśni. Z jakim skutkiem – przykładem choćby wyżej wymieniony zamachowiec z Nowej Zelandii, ale intencje i tendencje, załóżmy, są dobre. W artykułach o przemocy domowej media zamieszczają dane kontaktowe ośrodków pomocy, publikując informacje o samobójstwach są zobligowane podać numery telefonów zaufania. Pisząc o masakrycznych wypadkach dzienikarze przestrzegają przed nadmierną prędkością czy piciem alkoholu za kółkiem. Ale czy czytelnik skuszony jakimś krwawym tytułem zwróci na to uwagę?

Naukowcy nie mają jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy negatywne treści w mediach prowokują negatywne emocje i zachowania, czy też na przykład osoby z założenia agresywne poszukują agresywnych treści. Zapytać by też można, po co pomijać czarne strony życia, skoro tak ten świat wygląda. A przecież zawsze fantazję ludzką rozbudzały zwierzęta z dwiema głowami zatopione w formalinie czy bajki o wsadzaniu słodkich dzieciaczków do pieca.

Tylko czy rzeczywiście obraz świata przedstawiony w mediach oddaje proporcje dobra i zła, czy po prostu zło jest bardziej klikalne? Wiem, że jeżeli spędzę dwa dni na pisaniu artykułu o Bardzo Fajnym Człowieku robiącym Bardzo Wartościowe Rzeczy, nie zdobędzie on takiego zainteresowania czytelników jak byle wzmianka o bardzo złym człowieku, który utopił pieska w studni.

Zanim więc zapytamy, czy media nie mają już o czym pisać, zadajmy sobie pytanie – w co wolimy klikać.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!