Opinie
Kaja Kojder

Kaja Kojder: Dzień dobry wam, dzieci śmieci

W dzieciństwie bawiliśmy się w Króla Lula. Wybierało się Króla i witało go słowami: ‒ Dzień dobry ci, Królu Lulu. A on odpowiadał: ‒ Dzień dobry wam, dzieci śmieci. I pytał: ‒ Gdzieście były, coście robiły? Kiedy przypominam sobie dziś tę zabawę, nasuwa mi się odpowiedź: okropnie śmieciłyśmy.

Odkąd mieszkam na wsi, widzę znacznie wyraźniej, ile moja rodzina produkuje śmieci. W mieście jest łatwiej ‒ codziennie rano wynosimy worek do kontenera i zapominamy, cośmy tam wrzucili. Nawet jeśli segregujemy (w niektórych miejscach to już obowiązek), to śmieci szybko znikają z naszych oczu. Na mojej wsi odpady są odbierane raz w miesiącu ‒ innego dnia tzw. zmieszane, innego segregowane. Ostatnio wystawiliśmy przed bramę osiem żółtych worków z plastikiem. Osiem worków! Mąż się zastanawiał, czy nie przegapiliśmy aby jednego wywozu i to kolekcja z dwóch miesięcy, ale chyba jednak nie. Na Litwie i tak jest nieco lepiej niż w Polsce, bo przynajmniej butelki są skupowane. Nad Wilią widziałam mnóstwo śmieci, ale żadnych butelek ‒ w końcu każda warta jest 10 centów. W Polsce gorzej. Ponoć ostatnio przywożone są do kraju odpady zza zachodniej granicy ‒ tony, setki, tysiące ton śmieci. Śmieci są wszędzie, świat powoli w nich tonie. Najbardziej szokująca jest wielka wyspa ze śmieci, która pływa po Pacyfiku. Odpady, głównie plastiki, które trafiły do wody, połączyły się i teraz pływają razem, formując wyspę o powierzchni ponad 1,5 miliona kilometrów kwadratowych. Ponad półtora miliona kilometrów! To 24 razy więcej niż powierzchnia Litwy!

Nie da się pewnie nawet oszacować liczby zwierząt, które przez to zginęły. Najbardziej szokujące są niektóre zdjęcia ‒ bociana stojącego na wysypisku, zaplątanego w foliową torbę, borsuka, którego głowa utknęła w wyrzuconej przez kogoś w lesie puszce, czy wilka, który przeżył podobny dramat, ale z plastikowym pojemnikiem na głowie, ptaków budujących gniazda ze śmieci , odchodów słonicy, która zjadła puszkę po napoju, czy martwego wieloryba, z którego wnętrzności wydobyto prawie 30 kilogramów plastikowych śmieci.

Zastanawia mnie, co się ludziom wydaje. Że te śmieci gdzieś znikną? Że ktoś je wystrzeli w kosmos albo jakoś zutylizuje? Ale niby jak? Szkło można przerobić, papier powtórnie wykorzystać. Część plastiku też daje się wykorzystać ponownie, ale prawie nikt tego nie robi. Największym problemem jest ponoć coś tak niepozornego, jak rurki do napojów ‒ nie wychwytują ich maszyny do sortowania, a używa się ich codziennie w ilościach wręcz niewyobrażalnych. Ostatnio zapanowała moda, by do drinków wkładać dwie rurki. Po co? Nie mam zielonego pojęcia. Przecież nawet Królowa Angielska wie, jaki to śmieć, i ‒ jak czytamy w „The Times” ‒ wprowadziła zakaz używania plastikowych butelek i słomek na terenie posiadłości należących do rodziny królewskiej. Z rurek dałoby się zrezygnować – konieczne są dla niewielkiej grupy osób, np. dla niektórych chorych czy dla części osób z niepełnosprawnością. Reszta mogłaby ich po prostu nie używać. Ale co z innymi plastikami? Dziś prawie każdy przedmiot jest opakowany w plastik ‒ 10 plasterków wędliny na plastikowej tacce, orzechy w plastikowej torebce, chleb także w plastiku, mleko ‒ najgorzej ‒ bo w kartonie, czyli pojemniku tzw. wielomateriałowym, którego nie recyklinguje już prawie nikt. W plastiku jest też ser, masło, kiełbasa, ryby. W plastik pakujemy kupowane na wagę warzywa i owoce. Nie uwierzycie, że widziałam nawet obraną pomarańczę na styropianowej tacce, owiniętej w folię. Jaka szkoda, że natura nie wymyśliła jakiegoś naturalnego opakowania dla tego owocu. To oczywiście sarkazm. Plastikowe są opakowania ze śmietaną, w plastiku sprzedają chrupki i chipsy, cukierki, batoniki. Dosłownie wszystko. Nawet torebki z mąką i cukrem coraz częściej są całe plastikowe lub z papieru pokrytego plastikiem.

Pamiętam jednak lata osiemdziesiąte, kiedy na zakupy chodziłam z siatkową torbą. Moja mama śmieje się ze mnie, bo do dziś na torbę na zakupy mówię właśnie „siatka”. Ta moja siatka w dzieciństwie nie była doskonała, przez jej wielkie sznurkowe oka potrafiła wypaść butelka z mlekiem, szklana oczywiście. Pamiętam też, że po kapustę i ogórki kiszone chodziło się ze słoikiem albo z garnkiem. Nie miałeś ze sobą słoika ‒ nie ugotowałeś bigosu ani ogórkowej. Wędlinę pakowano w papier, a śledzia w gazetę. A co z drobnymi owocami ‒ czereśniami, śliwkami? Lądowały w papierowych torebkach, czy to nie oczywiste? Pamiętam też, jak babcia pod koniec tych mrocznych lat osiemdziesiątych pojechała do USA i przysłała plastikowe rurki do napojów. Ależ to był szał! Była tych rurek (zwanych słomkami, bo przecież dawniej robiło się je ze słomy) cała paczka, może z 200 sztuk. Wtedy te rurki się myło i skrzętnie chowało do szuflady ‒ żadnej jednorazowości. Szałem były też plastikowe torby, reklamówki. Kolorowe i piękne w burych początkach lat dziewięćdziesiątych. Chodziło się z taką torbą po mieście i zadawało szyku. Zachłysnęliśmy się wygodą, jaką dają jednorazowe, najczęściej plastikowe rzeczy. I choć już kiedy trafiły do nas z Zachodu, wiedzieliśmy, że strasznie zaśmiecają środowisko, rzuciliśmy się na nie, wygłodniali po latach niewygód socjalizmu. Może należałoby uznać, że już się tą wygodą nacieszyliśmy i możemy wrócić do wielorazowości?

Coraz popularniejszy robi się ruch zero waste, czyli zero śmieci, niemarnowanie. Jego uczestnicy postawili sobie za cel nieprodukowanie odpadów lub zmniejszenie ich ilości do absolutnego minimum. Naprawiają buty zamiast kupować nowe, wymieniają zepsuty suwak w kurtce. Nie kupują kosmetyków w plastikowych butelkach, po zakupy chodzą wyłącznie z własną torbą, po kapustę ze słoikiem albo innym naczyniem. Jeśli chcą kupić kawę na mieście, biorą swój własny kubek. Co ciekawe, w Warszawie ponoć rośnie liczba kawiarni, w których za kawę wlaną do własnego kubka zapłacimy nieco mniej. Zero waste’owcy starają się maksymalnie wykorzystywać posiadane przedmioty. Jeśli już w ich ręce trafi plastikowa butelka, będą jej używać wielokrotnie. Nie kupują napojów w plastiku ani też kolejnej zmory wysypisk, czyli jednorazowych maszynek do golenia. Zresztą w ogóle „jednorazówki” to dla nich coś najgorszego, akceptują je tylko np. w szpitalach. Takie totalne zero waste jest jednak trudne, przyzwyczailiśmy się do wygody, jaką dają jednorazowe przedmioty i opakowania. Może jednak spróbujemy less waste, czyli mniej śmieci. Ja robię to tak: kupuję lody w wafelku, a nie w plastikowym kubeczku, w knajpie dziękuję za słomkę do drinka, używam materiałowych toreb na zakupy, nie korzystam ze „zrywek”, czyli tych najcieńszych, kompletnie jednorazowych torebek, w które pakuje się warzywa i owoce w marketach. Wędliny i sery kupuję na wagę, pakowane w papier. Nie kupuję też wody w plastikowych butelkach, tylko biorę wodę z domu lub proszę o napełnienie wielorazowej butelki kranówką. Trudno uwierzyć, ale nawet w restauracjach zgadzają się na to bez problemu. Może w tym miesiącu wystawię choć o jeden żółty worek mniej…

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!