Opinie
Kaja Kojder

Kaja Kojder: Dlaczego się rumienię, gdy mówicie, że będziecie obcować w łaźni

Dla Polaków z Polski przyjazd do Wilna jest niezwykłym doświadczeniem ‒ przyjeżdżają do obcego w końcu kraju, a nadal mogą się posługiwać swoim ojczystym językiem w zaskakująco wielu miejscach: w sklepie, w urzędzie, w szpitalu, nie wspominając już nawet o imprezach, koncertach, wernisażach w Instytucie Polskim czy Domu Kultury Polskiej.

Mogą słuchać radia w języku polskim, czytać polskie, choć przecież litewskie strony internetowe. Mogą w końcu zapisać swoje dziecko do polskiej szkoły. Do szkoły… Ale o szkole za chwilę. Polka z Polski, mówiąca dziś do Państwa, jest zachwycona wileńską polszczyzną. Każdy mówi inaczej, każdy mówi pięknie. Czy to gwara wileńska, czy po prostu ‒ jak to nazywa mój mąż ‒ język ogólnosłowiański? Ten „ogólnosłowiański” to mieszanina polskiego, rosyjskiego, czasem pewnie i białoruskiego, a także licznych kalek z litewskiego (który słowiańskim nie jest, ale nie bądźmyż drobiazgowi). Taki język często słyszymy w Wilnie, nie rządzi się on żadnymi pisanymi zasadami i w największej mierze zależy od mówiącego: od jego pochodzenia, rodziny, z której się wywodzi, od zdobytej edukacji. Z przyjemnością słuchamy rozmów między ludźmi, którzy używają innych słów, mają inny akcent, a mimo to rozumieją się doskonale. W Polsce to sytuacja rzadka.

Polak z Polski nie ma w Wilnie prawie żadnych problemów z komunikacją, choć idealnie jest, jeśli zna jeszcze rosyjski i angielski, wtedy dogada się zarówno ze starymi, jak i z młodymi ‒ wśród tych ostatnich osób znających język polski (i rosyjski) jest chyba najmniej.

Ale wróćmy do polskiej szkoły. Tak, działalność tak wielu polskich szkół na Litwie jest dla nas zaskakująca i budująca i za to należy się największy ukłon tym, którzy od lat walczą o ich istnienie i funkcjonowanie. Na Litwie działa w sumie kilkadziesiąt polskich szkół, dzieci uczą się w nich teoretycznie po polsku, ale w praktyce… Dzieci w pierwszych klasach uczą się z podręczników tłumaczonych z języka litewskiego ‒ tylko podręcznik do języka polskiego został napisany specjalnie dla polskich szkół i w sumie zawiera niewiele błędów, między innymi moje ukochane „dać dla” zamiast „dać komuś”. To regionalizm, także w Polsce, na Podlasiu daje się prezent dla mamy, mówi się dla Zosi, robi zdjęcie dla stryjka i dziękuje dla koleżanki, jest to jednak zwrot niezgodny normą literacką i dla wielu osób w Polsce nie do końca zrozumiały. W podręczniku i ćwiczeniach pierwszoklasisty do matematyki, tłumaczonym z litewskiego, też jest trochę błędów, archaizmów i rusycyzmów. Nie mówi się „ciała geometryczne”, tylko „figury geometryczne”, nie używa się też dwukrotnie partykuły „by” ‒ nie mówimy „aby byłoby”, tylko „aby było”.

Jak pokazują badania przeprowadzone przez Agatę Chutnik z Uniwersytetu Łódzkiego, litewscy Polacy przyjeżdżając do Polski odczuwają dużą barierę językową. Chutnik prowadziła badania wśród osób, które przyjechały do Polski z Litwy na studia bądź stypendium. Były to osoby, które w domu posługiwały się językiem polskim, uważają się za Polaków i – najczęściej, co istotne! – ukończyły polskie szkoły na Litwie. Przyjeżdżają więc do Polski, do macierzy, a tam… brzmią niezrozumiale, czasem wręcz śmiesznie (za chwilę powiem, dlaczego), bywają określani mianem „ruskich”. Chutnik pisze, że zaczynają się wtedy zastanawiać, kim są, czują, że podważa się ich prawo do uznawania się za Polaka. I nie chodzi tylko o akcent.

Polska jest krajem dość homogenicznym, od wykształconego Polaka wymaga się znajomości poprawnej wersji polszczyzny, bez względu na miejsce jego pochodzenia – to czy będzie Śląsk, Podlasie, Kaszuby, czy… Wileńszczyzna. Czy tak powinno być, czy nie lepsza jest pewna różnorodność językowa i uznawanie gwar, regionalizmów za równoprawne ‒ nie odpowiem. Ale jest jak jest. Zaryzykuję dość śmiałą tezę, że niestety podręczniki w języku polskim w polskich szkołach na Litwie nie są w stanie zapewnić dzieciom edukacji w języku polskim na odpowiednim poziomie. Analizowałam wyłącznie podręczniki do pierwszej klasy, w dodatku nie wszystkie. Fama głosi, że w starszych klasach jest tylko gorzej.

Mówiłam już o błędach w książkach do języka polskiego i matematyki, ale najwięcej znalazłam ich jednak w podręczniku i ćwiczeniach do środowiska. Nie można „dowiedzieć się czyjegoś imienia”, można je poznać lub dowiedzieć się, jak ten ktoś ma na imię. Nie mówimy „ważne jest nauczyć się czytać”, „ważne jest wiedzieć”, tylko ‒ jeśli już ‒ „ważne jest, aby nauczyć się czytać”, „trzeba nauczyć się czytać”, „warto wiedzieć”, „powinno się wiedzieć”. Nie jemy „w czas”, tylko „jemy regularnie” lub „o odpowiedniej porze”, gazet się nie „bada”, tylko przegląda, analizuje. Nie mówimy też „co jest życie” ani „co jest przeszłość”, ale „czym jest życie” i „co to jest przeszłość”. Niepoprawne jest określenie „ważne jest zdobyć zawód”, tylko „ważne jest zdobycie zawodu”, ewentualnie „aby zdobyć zawód”. Nie mówimy też „co mu poradziłbyś” ani „dużo czego nie umie”, tylko „co byś mu poradził” i „wielu rzeczy nie umie”. Księżyc i Słońce nie „podzielili Ziemi po połowie”, tylko „podzieliły”, zresztą dzieci też nie zrobili i nie poszli, tylko zrobiły i poszły.
Te wszystkie formy są niepoprawne, ale nieszczególnie śmieszne. Gorzej z innymi, popularnymi na Wileńszczyźnie. Wiele z nich dla Polaka z Polski ma konotacje seksualne: po polsku można obcować z dobrą literaturą, ale obcuje się głównie płciowo, czyli uprawia seks, podobne znaczenie, choć bardzo wulgarne, ma ruchanie. Piersiki kojarzą się ze zdrobniałym określeniem biustu, a nie z owocami, a położyćsia na kimś można w zasadzie tylko w jednym, również seksualnym celu.

Odmienność kulturowa i językowa Polaków z Polski i Polaków z Litwy jest zrozumiała. Od kilkudziesięciu lat, a tak naprawdę pewnie nawet dłużej, tożsamości obu tych grup kształtowały się w jakiejś mierze odrębnie. Język polski na Wileńszczyźnie jest wyjątkowy i stanowczo jestem za tym, że warto go zachować, także w zmieniającej się formie, pełnej naleciałości, różnorodności i odmienności od literackiej polszczyzny. Język to twór żywy i znacznie ciekawsze niż naprawianie go, powinno być obserwowanie, jak się zmienia.

Sądzę jednak, że szkoła powinna być miejscem, gdzie uczy się wyłącznie polszczyzny literackiej. Bez silnego akcentu, bez lituanizmów i rusycyzmów, z odpowiednią frazeologią, poprawnym podziałem na sylaby, bez masy błędów językowych. Usłyszałam niedawno, że przyjeżdżają tacy i wszystko chcą zmieniać! Że co oni w ogóle wiedzą! Podręczniki są od dawna i komu przeszkadza, że są błędy! Przyjechała tu więc taka i się czepia. Ale czy na pewno niepotrzebnie…?

Felieton ukazał się 30.01.2018 w audycji polskiej w programie LRT Klasika.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!