Opinie
Kaja Kojder

Kaja Kojder: 7 kartek z pamiętnika, czyli rok w Wilnie

Przyjechałam do Wilna dokładnie rok temu. Trzeci raz, ale za to na długo, bo na cały rok szkolno-akademicki. Przez cały pobyt notowałam w pamięci i w dzienniczku różne zaskoczenia, zadziwienia, wrażenia. Opowiem dzisiaj, jak mi w Wilnie było. A było naprawdę dobrze!

Kartka pierwsza: mieszkanie

Wilno najpierw nieco mnie zmyliło cenami wynajmu mieszkań. Wydawały się znacznie niższe niż w Warszawie. Szybko się jednak okazało, że inaczej niż w Polsce, w Wilnie cena wynajmu obejmuje wyłącznie tzw. odstępne, czyli sumę, która w całości trafia do właścicieli. Do tego trzeba dodać wszystkie opłaty – za czynsz, światło w części wspólnej, windę, sprzątanie garaży, opłaty stałe za wodę i prąd, wywóz śmieci oraz zużycie wody, prądu i ciepła według liczników. W Warszawie (a zapewne i w innych miastach w Polsce) w podawaną w ogłoszeniu cenę wynajmu wchodzi wszystko prócz opłat za użyte media. W Wilnie zimą te dodatkowe opłaty osiągały niemal drugie tyle, co odstępne. Im tańszy wynajem (czyli mieszkanie położone dalej od centrum, w starym bloku z wielkiej płyty), tym wyższe opłaty, przede wszystkim za ogrzewanie, te budynki mają bowiem cienkie czy wręcz dziurawe ściany. Ostatecznie udało mi się wynająć mieszkanie dzięki znajomym znajomych (dzięki, Ryszard!) – nowe, wygodne, ciepłe, w pełni wyposażone.

Kartka druga: ogrzewanie

Ten temat doprowadzał mnie zarówno do śmiechu, jak i do rozpaczy. Od początku października w radiu codziennie kilka razy słyszałam, w jakich placówkach i na jakiej ulicy włączono już ogrzewanie, a gdzie mieszkańcy jeszcze czekają. Na początek idą placówki oświatowe i służby zdrowia. Potem budynki wielomieszkaniowe, czyli bloki, ale dopiero kiedy przez trzy dni pod rząd temperatura powietrza spada poniżej 10 stopni Celsjusza. Teoretycznie można by było włączyć wcześniej, wymagałoby to jednak złożenia wniosku do samorządu, a tego nie zrobią starsi mieszkańcy, bo wolą założyć piaty sweter niż wydawać większą część swojej emerytury na ogrzewanie. Na Śnipiszkach już grzeją, a na Lazdynkach jeszcze nie. Antokol – włączone, na Zarzeczu – lodówka. Na facebookowej grupie dla studentów czytałam za to o nieszczęśnikach z południa Europy, w panice kupujących kaloryfery elektryczne. Zaskoczyło mnie, że tak mało budynków wielomieszkaniowych jest ocieplonych i że ociepla się ich dosłownie kilka rocznie. W Wilnie mieszkańcy większości z nich ponoszą ogromne koszty ogrzewania, a grzeje się wszak od października nawet do maja, czyli przez większą część roku! Zaskoczyła mnie też zima. Długa, ciemna i mroźna. Nasi warszawscy znajomi zeszłorocznej zimy niemal nie zauważyli. Na Wileńszczyźnie było lodowato. Śnieg padał prawie codziennie, mróz szczypał w policzki. A jak już zrobiło się ciepło, wiosna wcale nie wybuchła, jak to się zazwyczaj w moim życiu działo. Mimo wyższych temperatur głęboko zmrożone rośliny nie kwapiły się zakwitnąć.

Kartka trzecia: jedzenie

Ależ jest drogie! W Polsce większość produktów jest tańsza, niekiedy nawet kilkukrotnie. Ale to chyba wiedzą na Litwie wszyscy, tylko ja byłam naiwna i sądziłam, że nieco zaoszczędzę. Ostatecznie mój mąż zwoził z Polski zgrzewki mleka, makarony, kasze i inne suche produkty. Podejrzewam, że nowe polskie przepisy, zakazujące handlu w większość niedziel, bardzo dotknęły mieszkańców Litwy, wyjeżdżających do Polski na weekendowe zakupy. Przecież w większości kawiarni do kawy leje się polskie mleko, z półek marketów pierwszy znika tańszy o ponad połowę polski ser, a Lidl niszczy konkurencję niskimi cenami polskich kurczaków. Na Litwie brakuje bardzo tanich sklepów, dyskontów z produktami z najniższej półki cenowej (i jakościowej). Ich obecność wymusiłaby na pozostałych sieciach obniżenie cen.

Kartka czwarta: szkoła

Mój syn poszedł do pierwszej klasy do jednej z wileńskich szkół. Kiedy opowiadałam o tym znajomym, od razu pytali, jak syn radził sobie w litewskiej szkole. Nie mieli pojęcia – i ja też wcześniej nie miałam! – że na Litwie działa aż kilkadziesiąt polskich szkół. Dla takich osób jak my to wielka wygoda. Program pierwszej klasy wydaje mi się nieco szerszy niż w Polsce, ale przyznam, że nie potrafię tego jednoznacznie ocenić, nie jestem nauczycielką. Mój syn jednak nauczył się bardzo dużo, a do szkoły chodził z przyjemnością. Trafiliśmy zresztą doskonale! Syrokomlówka przywitała nas serdecznością, a Jaś trafił do świetnej nauczycielki. Za nią tęsknimy chyba najbardziej. W szkole było bardzo dużo zajęć ruchowych i plastycznych, lekcje dla pierwszaków trwały tylko 35 minut, a przerwy były długie („za długie!” – podpowiada mi syn – „bardziej lubię lekcje!”). Mieliśmy wrażenie, że szkoła bardzo się stara, żeby mój syn, zwany w szkole „naszym Jasiem z Polski”, czuł się w niej dobrze. A to naprawdę coś wyjątkowego.

Kartka piąta: Polacy z Polski

Przed wyjazdem oboje z mężem słyszeliśmy, że w Wilnie lepiej nie mówić na ulicy po polsku, że możemy mieć problem z wynajęciem mieszkania i załatwianiem spraw urzędowych. Mówiono nam: najlepiej zapytać „Do you speak English”, i po oczywistej odpowiedzi „Yes” spokojnie przejść na rosyjski. Wszystko nieprawda. Po polsku dogadywaliśmy się niemal wszędzie. Bez problemu robiliśmy zakupy, chodziliśmy z dziećmi do lekarzy, załatwialiśmy dokumenty w urzędzie migracyjnym. Jako Polacy z Polski spotykaliśmy się z bardzo życzliwym przyjęciem, a przez prawie rok tylko dwie osoby odmówiły porozumiewania się z nami w języku innym niż litewski. To naprawdę zaskakujące, ale mieszkając w Wilnie poznaliśmy prawie wyłącznie Polaków. Nie poznaliśmy bliżej żadnego Litwina – z jednej strony rzeczywiście nie mieliśmy okazji, z drugiej moglibyśmy się porozumieć wyłącznie po angielsku – litewski do końca pobytu pozostał dla nas nieosiągalny, nauczyliśmy się w sumie kilkuset słów, a nasz syn bryluje na polskich salonach znajomością litewskiego słowa oznaczającego indyka… Jedyną rodowitą Litwinką, którą poznałam bliżej, jest urocza studentka polonistyki, zakochana po uszy w Polsce, która po pół roku nauki mogła się już po polsku dogadać. A to nie jest charakterystyka przeciętnego Litwina, przyznacie.

Spotykałam się niekiedy z zarzutami, że jako Polka z Polski nie rozumiem wileńskich realiów, skoro nie jestem z Wilna. Oczywiście, że nie. Pewnego dnia jednak brałam udział w promocji wspaniałej książki autorstwa Wilniuka z krwi i kości, mówiącego jednak polszczyzną nie wileńską, ale czysto polską – z polskim akcentem, polskim „l” i „ł” i polskimi zwrotami. Nieznające go wcześniej osoby założyły więc, że pochodzi z Polski, i próbowały mu (dość nieudolnie) udowodnić, że nie może mieć głębszego pojęcia o wileńskiej rzeczywistości.

Kartka szósta: Uniwersytet Wileński

Uniwersytet Warszawski właśnie hucznie świętuje dwóchsetlecie, dumny ze swojej historii. Wileński jest od niego ponad dwa razy starszy i to naprawdę widać. Budynki robią ogromne wrażenie, wspaniała jest biblioteka, przepiękny wydział filologii. Poziom nauczania trudno mi oceniać, trafiłam na zajęcia wybitne oraz na bardzo kiepskie, m.in. na psychologii, gdzie nauczano treści, łagodnie mówiąc, daleko odbiegających od potwierdzonej badaniami wiedzy naukowej, a dotyczących pamięci prenatalnej, czyli przenoszenia treści wspomnień matki na płód za pośrednictwem katecholamin. Spuśćmy jednak zasłonę miłosierdzia na te bzdury, mam szczerą nadzieję, że na pozostałych zajęciach z psychologii przekazywana jest rzetelna wiedza.

Kartka siódma: Ze Lwowa do Wilna

Dla części mieszkańców Polski Lwów i Wilno to jakby to samo. „Nasze Kresy” mawiają, choć niekiedy żadnego z tych miast nie odwiedzili. Mieszkałam we Lwowie ponad pół roku i niekiedy trudno mi tych dwóch miast nie porównywać. W Wilnie nieco lwowskiego charakteru znalazłam wyłącznie w niektórych rejonach Zarzecza. Znacznie więcej jednak te miasta różni. Przede wszystkim Wileńszczyzna to trochę taka Polska poza Polską. Z Polskimi szkołami, domami kultury, księgarniami, koncertami, ale też z polskimi problemami, z nieco podobną partią rządzącą. We Lwowie Polaków jest znacznie mniej, mają dużo mniejszy wpływ na politykę państwa i swojego miasta. Wymienianie jednym tchem tych dwóch miast to nieporozumienie. Wilno to stolica kraju europejskiego, niekiedy niestety z europejskimi cenami, choć bez europejskich zarobków. Doskonale rozumiem Polaków z Wileńszczyzny, których szlag trafia, kiedy są nazywani Polonią czy kiedy widzą kolejne zbiórki darów na „biednych Polaków na Kresach”. Wycieczki z Polski niekiedy przyjeżdżają z postulatem czy wręcz żądaniem „oddajcie nam nasze Kresy”, szukają na Wileńszczyźnie skansenu dawnej polskości, a niekiedy śmią twierdzić, że polskość na Wileńszczyźnie umarła. Zupełnie nie widzą, że Wilno i Wileńszczyzna nadal mają swoich rdzennych mieszkańców, podtrzymujących polskie tradycje, pielęgnujących polskie korzenie, ale potrafiących także żyć we współczesnej rzeczywistości.

Felieton ukazał się na falach LRT Klasika we wtorek 28 sierpnia 2018 roku

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!