Opinie
Antoni Radczenko

Jakub Halcewicz-Pleskaczewski: Dziadek wielokrotnie opowiadał o wojennych przeżyciach i wuju „Wilku”

Nie ufam ani krytykom, ani piewcom Akcji „Burza”. Zawsze można się obawiać, że albo upraszczają, albo wykorzystują historię do własnych celów politycznych czy publicystycznych – powiedział w rozmowie z zw.lt Jakub Halcewicz-Pleskaczewski, polski dziennikarz oraz stryjeczny prawnuk Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka”.

Antoni Radczenko: Rodzonym bratem twojej prababci był legendarny dowódca wileńskiego AK Aleksander Krzyżanowski – „Wilk”. Komendant wileńskiego AK zmarł w szpitalu więziennym w Warszawie i w okresie PRL oficjalnie jego działalność była przemilczana. Jak to wyglądało wewnątrz rodziny?

Jakub Halcewicz-Pleskaczewski: Rodzinna pamięć przechowuje takie historie. Odkąd byłem dzieckiem dziadek Julian (jego matka Jadwiga była siostrą „Wilka”) wielokrotnie opowiadał o wojennych przeżyciach i o wuju „Wilku”. Z tych opowieści układał się obraz bohatera, dowódcy, szanowanego przełożonego, z którym każde spotkanie było, bo musiało być, wyjątkowe.

Dziadek mówił o warunkach działania w konspiracji, o tym jak udawało się przechytrzyć Niemców albo Rosjan. Pokazywał dwie plamy na skórze ręki i nogi, a potem wspominał, jak w więzieniu dźgał się przemyconym gwoździem, żeby nabawić się gangreny i załatwić przeniesienie do szpitala, skąd łatwiej było uciec. Gdy wybuchła wojna, dziadek kończył 17 lat. Przeżył w tym koszmarze najlepsze lata. Wspomnieniami żył do końca, zmarł dziesięć lat temu. Do własnych wojennych historii podchodził jednak lekko, z poczuciem humoru.

Autorem najbardziej poruszającego świadectwa o „Wilku” jest on sam.

To znaczy?

W liście z ubeckiej katowni na Rakowieckiej w Warszawie pisał do córki Olgi: „Może byłem niezłym ojcem. Może popełniłem jednak błąd życiowy i nadmiernie poświęciłem się sprawie ogólnej. Trudno mi sądzić samemu, więc sądź Ty. Ogólnie jednak mój bilans życiowy jest jakby ujemny, jestem niezaprzeczalnie bankrutem w dziedzinie ogólnej, jak również w życiu prywatnym. Może winna temu moja donkiszoteria, może zbytnie ryzykanctwo, po prostu jakby pewna niezdolność do przystosowania do współczesnego życia”.

To było pożegnanie. Pisał: „Jeszcze w ubiegłym roku myślałem, że jako jedyny spadek zostawię Ci dobre imię. Ale i to jakby bierze w łeb, ponieważ zawiodło powodzenie i okazuje się, że mój cały i szczery żołnierski wysiłek był li tylko zbrodnią. Po powrocie do kraju tak chciałem odpocząć i odżegnałem się od wszelkiego rodzaju zaszczytów, odchodząc jak najdalej od polityki. Ale nie uratowało mnie to od mego dzisiejszego losu. Nie chcę nikogo obwiniać, ale sam również nie poczuwam się do żadnej winy. Mówię Ci o tym, ponieważ wiem, że mnie i moje imię, jako reprezentujące »coś«, postarają się zohydzić i zarzucić błotem, tym bardziej że bronić się nie mogę”.


Czy w twojej rodzinie panował mit czy kult Kresów?

Przekaz był taki, że życie na kresach naprawdę weryfikowało polskość i patriotyzm. Że w los Polaków na kresach wpisane są powstania i zsyłki, od których nie ma odwrotu. Tak jak to opisał Tadeusz Konwicki: „Nie wiem, czy był sens. Wiem, że był mus”. Tego wymagała przyzwoitość.

Druga wojna światowa wydawała się bliska, bo dziadek opowiadał o tym, co sam przeżył, o swoich dwóch braciach Zdzisławie i Henryku, o rodzicach, „Wilku” i innych osobach z rodziny. Ale czasami opowieść przeskakiwała do powstania styczniowego – dziadek chyba chciał powiedzieć, że w każdej sytuacji trzeba było się zachować, jak należy, czyli bić się o Polskę, a potem ponosić tego konsekwencje, tracić majątki i tułać się po świecie.

Były też opowieści o księdzu Ryszardzie Knobelsdorfie (wujku „Wilka”), którego bolszewicy wycofujący się po klęsce w Bitwie Warszawskiej zamordowali wraz z 15 innymi osobami 20 sierpnia 1920 roku. Na plecach wycięli krzyż, obcięli palec z pierścieniem prałackim i zakopali żywcem. Jego pomnik stoi przy kościele w Żupranach, obecnie w granicach Białorusi.

W końcu były opowieści z dzieciństwa, o mieszkaniu na Zarzeczu, o zabawach z żydowskim kolegą, o trzech siostrach pradziadka, które wyszły za trzech braci z rodziny Nagrabieckich – z niektórymi ich potomkami nadal utrzymujemy kontakty. Dla Henryka, starszego brata mojego dziadka, z którym często rozmawiamy, przedwojenne spotkania całej tej rozległej rodziny były czymś normalnym.

Z tego co wiem, w wileńskim AK było więcej twoich przodków. Czy mógłbyś trochę o nich opowiedzieć?

Henryk był adiutantem „Wilka”. Jest bardzo dumny, że jako jeden z pierwszych ślubował w Służbie Zwycięstwu Polski. Był też w Kedywie. Potem dostał się do niewoli, pracował przy drążeniu skał dla niemieckich łodzi podwodnych.

Zdzisław – bliźniak dziadka – podczas wojny działał w legalizacji. Wpadł i jego los był najcięższy – spędził całe lata w kopalniach na Kołymie, wrócił do Polski dopiero w 1957 roku. Później zaangażował się w „Solidarność”, a po wyborach czerwcowych prowadził biuro poselskie swojej siostry ciotecznej, Olgi, córki „Wilka”.

Zamieszkał pod Gdańskiem, bo pagórki i jeziora przypominały mu Wileńszczyznę. Na wakacje przyjeżdżał tam młody Adam Michnik, stryjeczny brat pierwszej żony Zdzisława, Krystyny Stefanowskiej, która zmarła w latach 70. Po śmierci Zdzisława naczelny „Gazety Wyborczej” napisał: „Nigdy nie zapomnę tego wiosennego poranka, gdy żołnierz AK z Wileńszczyzny, który spędził 10 lat w łagrach Kołymy, opowiedział 11-letniemu chłopcu całą prawdę o historii Armii Krajowej, o wyzwoleniu Wilna i o powstaniu warszawskim, skazanym na śmierć przez Hitlera i Stalina. Tym chłopcem byłem ja, a żołnierzem AK Zdzisław Halcewicz-Pleskaczewski – mąż mojej siostry, po latach działacz podziemnej »Solidarności«, człowiek wielkiej prawości i odwagi. W jego spokojnej i rzeczowej relacji było tyle krwi i tragedii, że wszelka dociekliwość wydawała się nie na miejscu”.

Powstały z tych historii książki?

Kilka lat temu Krzysztof Ćwiertniewski wydał książkę „W kręgu rodowym »Cioci Antosi« Michaliny z Lubiczankowskich Wieszeniewskiej”. Włączył do tej publikacji pamiętniki Józefa Halcewicza-Pleskaczewskiego, czyli brata mojego pradziadka Leona, i wspomnienia ich siostrzenicy – Haliny Jodko-Kamińskiej.

Józef był urodzonym pedagogiem. W pamiętniku opisuje życie w kresowych dworkach i sprawy szkolnictwa. Potem są wojna, aresztowania, tortury. Po amnestii wstępuje do Armii Andersa i opiekuje się junakami, wędruje przez Azję i Afrykę, wraca do Polski w 1946 roku i zostaje dyrektorem szkoły w Ostródzie, umiera w roku 1976. Jego żona Helena dożyła stu lat, mieszkała pod Poznaniem.

Z kolei Halina Jodko-Kamińska (siostrzenica Leona i Józefa) zdaje relację ze zsyłki do Kazachstanu wraz z matką Janiną – do kołchozu i na budowę obozu pracy. Po lekturze tekstów Józefa i Haliny dotarło do mnie, że wojna doświadczyła kobiety w równym stopniu – jeśli nie bardziej – jak mężczyzn, choć historia jest zwykle przez mężczyzn zdominowana.

Naprzeciw tej nierównowadze wyszła wnuczka „Wilka”, Magdalena Krzyżanowska-Mierzewska. Napisała książkę wspólnie z tatą, Jerzym Krzyżanowskim (to zbieżność nazwisk: oboje rodzice Magdaleny przed ślubem nazywali się Krzyżanowscy), pod tytułem „Według Ojca, według córki. Historia rodu”. Opowieści kobieca i męska zostały zrównane.

Ostatnio, oczywiście doceniając bohaterskość zwykłych żołnierzy i z prawa, z i lewa często krytykowane jest dowództwo AK za Akcję „Burza”, której częścią była Operacja „Ostra Brama” czy Powstanie Warszawskie. Jaki jest twój stosunek?

Nie ufam ani krytykom, ani piewcom Akcji „Burza”. Zawsze można się obawiać, że albo upraszczają, albo wykorzystują historię do własnych celów politycznych czy publicystycznych. Zdaję się na Jana Nowaka-Jeziorańskiego, który wiedział, że powstanie w Warszawie nie ma szans, a przekonanie o pomocy od aliantów jest tylko złudzeniem. Wiedział też, że polskie władze emigracyjne nie chciały i nie były w stanie podjąć decyzji „bić się czy nie bić”, a żadne polskie stronnictwo nie zgłosiło sprzeciwu wobec rozpoczęcia walk. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nie dało się powstrzymać wybuchu powstania. Taka była wtedy atmosfera. Nabrał szacunku do dowódców i delegatury rządu za nieuciekanie od odpowiedzialności po klęsce. Zdaniem Nowaka pamięć o powstaniu stała się hamulcem, który w 1956 roku uchronił Polaków przed scenariuszem węgierskim. Inni dodają, że przekonanie „nigdy więcej powstania” było istotne dla pokojowej rewolucji „Solidarności” 1980 roku i opartych na dialogu przemian demokratycznych dziewięć lat później.

Być może jest to zbyt optymistyczna interpretacja, bo dowodzi, że umiemy wyciągać wnioski z historii. Na pewno jednak nie przekonują mnie krytyczne głosy o powstaniu, tym bardziej że pierwsze pojawiły się dopiero po przegranej. Wtedy łatwo być przeciw.

Jeżeli ktoś chce krytykować powstanie dzisiaj, wystarczy, by okazał szacunek dla ofiar. Gdybanie o czymś, co było nie do uniknięcia, prowadzi do historycznych przekłamań, jest nieprzyzwoite wobec tych, którzy oddali życie, i niczego nas nie uczy.

Niecałe dziesięć lat temu spacerowałem po warszawskim placu Krasińskich z Edmundem Baranowskim – „Jurem”, podporucznikiem Armii Krajowej, żołnierzem zgrupowania „Radosław”. Pokazał mi studzienkę na skrzyżowaniu i opowiadał, jak w czasie powstania wchodził tamtędy do kanałów, by przedostać się do Śródmieścia, gdy padła starówka. Przytłaczał go ciężar powstańczych wydarzeń, które ciągle nie mają jednoznacznej oceny.

Na swym profilu na Facebooku napisałeś: „Dziś, gdy nasi ostatni dziadkowie odchodzą, najciekawsze jest rozmawianie o tym wszystkim z Litwinami”. Dlaczego?

W rodzinnych opowieściach Litwa i Litwini w zasadzie byli nieobecni. Gdy dziadek był chłopcem, dwie trzecie mieszkańców Wilna stanowili Polacy, w dalszej kolejności Litwini, Żydzi, Białorusini i inni. Litwini pojawili się jako negatywni bohaterowie w historii aresztowania Zdzisława. I we wspomnieniach dziadka o bitwie pod Murowaną Oszmianką z oddziałami gen. Povilasa Plechavičiusa. Najwyraźniej zapamiętał rozmundurowanie przegranych Litwinów i puszczenie ich w samej bieliźnie. Miał wtedy 21 lat. Należał do ubezpieczającej 9 Brygady chor. Jana Kolendy – „Małego”. W opowieściach dziadka wyglądało to jak bójka miejscowych. W ogóle dziadek nie podkreślał specjalnie różnic narodowościowych. Nie było w nim też złości ani poczucia dziejowej niesprawiedliwości, że Wilno nie jest już polskie. A przynajmniej ja tego nie zapamiętałem.

Z czasem jednak coraz bardziej brakowało mi w tych historiach Litwy. Zacząłem chodzić na otwarte spotkania z litewskimi historykami i politykami, żeby poznać litewski punkt widzenia, pamięć historyczną i obecny stan stosunków polsko-litewskich. Na jednym z nich Rimantas Miknys, dyrektor Instytutu Historii Litwy, powiedział, że między historykami polskimi i litewskimi nie ma już zasadniczych sporów, ale brakuje dialogu między społeczeństwami obu krajów i że potrzebne są choćby spotkania młodzieży. Zapaliłem się do tego pomysłu i z pomocą przyjaciół zorganizowałem serię seminariów dla studentów z Litwy w Warszawie i dla studentów z Polski w Wilnie.


I jak wyszło?

To był strzał w dziesiątkę! Spotkania dotyczyły historii i współczesności. Rozmawialiśmy na przykład o wojennej partyzantce Litwinów. Wcześniej nie miałem pojęcia, że taka w ogóle istniała… W tym czasie zawiązało się także Forum Dialogu i Współpracy im. Jerzego Giedroycia, inicjatywa intelektualistów pod kierunkiem historyka Alvydasa Nikžentaitisa. W tym środowisku wyszła praca zbiorowa „Dialog kultur pamięci w regionie ULB” pod redakcją Nikžentaitisa i Michała Kopczyńskiego. Z tej książki Polak może się dowiedzieć o powstawaniu litewskiej świadomości narodowej z Wilnem jako symbolem państwowości i poznać litewską wrażliwość.

Myślę tak: każdy z nas nosi w sobie jakąś pamięć historyczną – rodzinną, narodową. W takich miejscach jak Wilno krzyżują się pamięci historyczne kilku narodów i kultur. Może to być źródłem konfliktów. Jeśli zostawimy sprawy politykom, na pewno tak będzie i jak na razie tak jest. Jedyne, co możemy robić, to pracować nad dialogiem na poziomie społecznym, poznawać się, pielęgnować osobiste kontakty i wzajemnie dzielić się pamięcią.

Wiem, że dosyć często bywasz w Wilnie. Podoba ci się Litwa? Interesujesz się jej życiem?

Mam teraz na Litwie wspaniałych przyjaciół, Litwinów i Polaków. W Wilnie poznałem swoją żonę – oboje jesteśmy z Warszawy, tam spotkaliśmy się na ślubie przyjaciół.

Pierwsze wyjazdy na Litwę przynosiły zdziwienia, na przykład że stosunki polsko-litewskie w dużej mierze zależą od problemów nagłaśnianych przez Akcję Wyborczą Polaków na Litwie, jedyną liczącą się partię polskiej mniejszości. To powoduje patową sytuację. Przecież interesy AWPL nie są takie same jak interesy polskiego państwa. Należałoby rozdzielić politykę wobec polskiej mniejszości od polityki wobec Litwy. Innym razem zdziwiła mnie sytuacja uczniów z podwileńskiej polskiej szkoły z internatem, w którym raz spałem. Jesteśmy w Unii Europejskiej, a to było jakby miejsce zapomniane przez świat. Przyjeżdżają tam z okazji kolejnych rocznic kombatanci, polskie delegacje. A potem zostaje stara bida. Na tym przykładzie zaniedbania widać niestety skuteczność działań i polskiej mniejszości, i Litwy, i Polski.

I jeszcze jedno pozytywne zdziwienie. Kilka dni temu byłem w Warszawie na spotkaniu z litewską pisarką Birutė Jonuškaitė. Zapytana o to, jak rozumie ojczyznę, powiedziała, że po pierwsze to rodzinne strony, po drugie Litwa, a po trzecie – język litewski. To przywiązanie do języka, więc i kultury, jest w Litwinach bardzo piękne.

Jakub Halcewicz-Pleskaczewski, ur. 1984, dziennikarz, redaktor „Więzi”. Był redaktorem „Przeglądu Powszechnego” (2006–2012) i „Gazety Wyborczej” (2008–2012), publikował m.in. w „Rzeczpospolitej” i „Tygodniku Powszechnym”.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!