Opinie
Ewa Wołkanowska-Kołodziej

Ewa Wołkanowska-Kołodziej: Nie tylko śmierć i podatki

Prezydent Franklin mówił, że na tym świecie pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć i podatki. Istnieje jednak rzecz trzecia.

Poszłam niedawno do Teatru Komedia na koncert Jacka Stachursky’ego. Teatr i piosenkarz są w zasadzie rówieśnikami, każdy z nich przekroczył pięćdziesiątkę. Noszą się jednak inaczej. Ten pierwszy ma 483 pluszowe fotele koloru czerwonego i białe stiuki na ścianach niczym biżuterię. Stachursky zaś lubi chodzić w skórach, napinać biceps i jednocześnie robić buzię w ciup jak szlachcianka z kresowego dworku.

483 fanów kotłowało się przy szatni. Niektórzy w koszulkach z napisem „To ja typ niepokorny”. Wysoka brunetka przyszła w bluzie „Codziennie budzę się coraz piękniejsza, ale dziś po prostu przesadziłam”. Andrzej Suchcicki, współorganizator imprezy, w foyer obserwował zwalający się tłum. Parę dni wcześniej narzekał: „Ten koncert kosztuje nas straszliwe pieniądze i mnóstwo pracy. Co roku mówię więc, że to k… ostatni raz. Ale jak widzę reakcję publiczności, to zmieniam zdanie i myślę, a niech to diabli, warto”.

Część foteli jest pustych, bo kto może wciska się pod scenę. Gasną światła, a prowadząca pyta: „Czy wiecie, kto będzie występował?” Kilkaset rąk unosi się do góry (w niektórych dłoniach smartfony). Wszyscy wołają: „STACHURSKY!”

Wchodzi na scenę. Sala widowiskowa nieco starodawna, ale system nagłaśniający Meyer i DiGico sprawia, że w zasadzie pierwszy raz tak wyraźnie słyszę słowa piosenek: „Ofiaruję mojej dziewczynie z kwiatów Holandii utkany szlafrok, w którym utonie…” (część publiczności wstaje, jakaś para czule się obejmuje i już do końca koncertu będzie patrzeć sobie w oczy). Stachursky dalej śpiewa o tych holenderskich kwiatach: „potem wycisnę z nich soki, przyprawię kalifornijskim winem i zanurzę się z moją dziewczyną…”

Jakaś fanka wbiega na scenę, ci spod sceny wyciągają dłonie, by dotknąć artysty. Wybiera sobie jedną ofiarę i śpiewa do niej: „Wszystko tobie dziś już mogę dać…”, a potem pociesza niewybranych: „Jesteście najwspanialszą publicznością w Polsce!” „TAAAK!” – woła tłum.

Odnoszę wrażenie, że sala z tymi pluszowymi krzesłami to żywy organizm. Ktoś wstaje, ktoś śpiewa, ktoś odwraca się i idzie w kierunku drzwi, by za chwilę znowu wrócić na swoje miejsce. Tyle jest energii w tej masie, że sama kołyszę się coraz mniej drętwo.

„Widzę, że zapowiada się niezła impreza!” – woła piosenkarz. „TAAAK!”.

Stachursky’emu, podobnie jak dziewczynie przy szatni, zazdroszczę miłości własnej: „Prezydent Franklin powiedział kiedyś, że na tym świecie pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć i podatki. Ale jest jeszcze trzecia rzecz: wasza miłość do mojej muzyki!” „TAAAK!”

Na scenę są zaproszone wolontariuszki, z których najbardziej zasłużona to Aldona. 483 osoby krzyczą: „AL-DO-NA!” Aldona płacze ze wzruszenia.

Na koniec koncertu Stachursky śpiewa „Biełyje rozy”.

Kilkuset fanów odebrało płaszcze z szatni i rozeszło się do domów z wyrazem zadowolenia na twarzy.

Były to osoby z zespołem Downa i ich opiekunowie.

Organizatorami corocznego „Koncertu Marzeń” jest warszawskie stowarzyszenie „Bardziej Kochani”, założone przez Ewę i Andrzeja Suchcickich, rodziców 27-letniej Natalii z zespołem Downa. Zadzwoniłam, by pogratulować profesjonalnej imprezy i zapytać, skąd wzięli na nią kasę. „Nikt się nie rwie, żeby to finansować. Jak staramy się o pieniądze, to słyszymy, żebyśmy się nie wygłupiali, tylko zorganizowali koncert w jakiejś szkole, gdzie ktoś za darmo coś zaśpiewa. Przecież niepełnosprawnym i tak wszystko jedno” – powiedziała Ewa Suchcicka. Koncert kosztował około 65 tysięcy złotych, czwartą część tej sumy dało Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Reszta kosztów stowarzyszenie pokryło z własnej stowarzyszeniowej kieszeni.

Od kilku miesięcy na wiatach wileńskich przystanków są plakaty, na których chłopiec tuli się do misia. I hasło „Nie jestem downem, jestem człowiekiem. Przecież jeśli chorujesz na raka, nie stajesz się rakiem”. Pal licho, że trisomia 21 nie jest chorobą, tylko wadą genetyczną. Kampania ma zwrócić uwagę na to, że potoczne określenie „down” może ranić. Mnie jednak uświadomiła rzecz inną – że na Litwie w ogóle są osoby z dodatkowym chromosomem. Żyje ich tu około tysiąca, ale nigdy żadnej nie spotkałam. W dużej mierze pewnie dlatego, że w Związku Radzieckim istniała praktyka, by takie dzieci po zdiagnozowaniu zostawiać w państwowym ośrodku. Znikały więc z życia społecznego, zanim miały szanse jakkolwiek w nim zaistnieć.

W Warszawie osoby mające zespół Downa regularnie widuję na ulicy, w muzeach, w Teatrze Komedia. I dlatego cieszy mnie pierwsza tego typu kampania na Litwie. Bo na razie życie litewskich obywateli z dodatkowym chromosomem i ich opiekunów jest dla mnie równie wielką zagadką, co tekst jednej z piosenek Stachursky’ego, który śpiewa: „Jestem Żółtą Magnetyczną Gwiazdą, która otacza centralny, zielony Zamek Symbolizacji”.

Ten komentarz ukazał się na antenie Audycji Polskiej litewskiego radia publicznego LRT Klasika

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!