Opinie
Kaja Kojder

,,Cycka wytrzesz, nakarmisz i dalej poszła”. O macierzyństwie dawniej i dziś

W Polsce kilka dni temu, a na Litwie na początku maja obchodziliśmy Dzień Matki. Laurki, występy, kwiaty, prezenty. Ale matek jest mało, coraz mniej. Przyrost naturalny ciągle maleje. W Polsce rodzi się niewiele dzieci, ale na Litwie jest z tym jeszcze gorzej. Może uznacie, że jestem szalona, ale mam przekonanie, że coraz mniej kobiet rodzi dzieci, bo macierzyństwo jawi się jako bezgraniczna odpowiedzialność, niezmierzone pasmo wyzwań, obowiązków i trudnych decyzji.

,,Cycka wytrzesz, nakarmisz i dalej poszła”. O macierzyństwie dawniej i dziś
Fot. Jan Demski

Wcale nie jest łatwo być matką. Spokojnie śpiącą, pewną swoich wyborów i tego, że to, co robi, jest dla dziecka dobre.
Dramatyczne wybory zaczynają się już w ciąży – chodzić do lekarza państwowo (2 usg w ciągu całej ciąży) czy prywatnie (można podejrzeć dziecko na każdej wizycie), brać suplementy czy może niekoniecznie. A co, jeśli zasnę na brzuchu? Albo na plecach? Albo – o zgrozo – na prawym boku? Wiedzieliście w ogóle, że tylko spanie na lewym boku jest bezpieczne? A jak to kontrolować przez sen?

Rodzicielstwo to niemal rocket science. Kiedyś dzieci rodziły się po prostu. Dziś to decyzja, którą trzeba podjąć, rozważając wszystkie za i przeciw: Czy jestem w odpowiednim wieku? Czy mam wykształcenie? Dobrą pracę? Mieszkanie? Czy jestem wystarczająco dojrzała emocjonalnie? A potencjalny ojciec dziecka? Nawet jeśli tę decyzją podejmiemy, idą za nią kolejne: wspomniany wybór lekarza, boku do spania, odpowiednich suplementów dla ciężarnych. A potem jeszcze wyprawka. Tu dopiero się zaczyna. Jaki wózek wybrać? Pompowane koła czy może jednak piankowe? Z amortyzacją – na pewno. Ale jaką? Sama nie wiem, czy są jakieś jej typy. A może będę nosić w chuście, to modne i ponoć świetne dla rozwoju dziecka. No to hop, kupujemy chustę. Ale jaką? Długą czy krótką? Może kółkową? Bawełnianą czy bambusową? A może lnianą? Len brzmi tak naturalnie… Dla noworodka trzeba mieć też przecież ubranka. Przerażona sprawdzam w internecie, co to jest rampers, a co bodziak, czym różnią się śpiochy od półśpiochów. I od pajaca. Czytam, że lepiej kąpać dziecko w wiaderku niż w wanience. Dobra – myślę – wiadro w domu mam, umyję, wyparzę, odpada jeden wydatek. Ale zaraz się dowiaduję, że to jednak musi być specjalne wiaderko, a nie takie o, na pranie. Potem jeszcze kocyki, czapeczki, rajstopki, termometr do kąpieli, zapas pieluch jednorazowych. Chwila. Może jednak będę pieluchować wielorazówkami? Kilka lat temu do łask wróciły pieluchy, które się pierze. To jednak nie ta sama tetra, czyli pieluchy marlowe którą w latach 80. nasze mamy gotowały w wielkim garze z mydlinami (i z wielką frustracją). To nowoczesne tkaniny, PUL, bambus i mikrofibra. Kilkanaście typów, różne wzory, wielkości. Regulowane i onesize. Czytam w internecie, że pupka mojego dziecka będzie znacznie szczęśliwsza w takiej pieluszce. I myślę przerażona, patrząc na przygotowany zapas pampersów – czy moje lenistwo jest wystarczającym usprawiedliwieniem tego, że pupa mojego dziecka będzie nieszczęśliwa?

Potem poród. Może cesarka? Łatwiej kontrolować jej przebieg, ale to jednak poważna operacja. Może jednak naturalnie. Ponoć to lepsze dla późniejszego rozwoju dziecka. A jak już się urodzi, to jak karmić. Grzmią, że najlepiej piersią. Dobrze, karmię piersią, ale czy mogę wszystko jeść? W szpitalu zakazali napojów gazowanych i pokarmów wzdymających. Jakim cudem jednak gaz i gazy mają przeniknąć do mleka?
Nic nie wiem, nic nie rozumiem.

Martwię się, czy na pewno dobrze to moje dziecko podnoszę. Czy prawidłowo je przewijam. Fizjoterapeuci grzmią, że rodzice źle to robią i mogą je uszkodzić na całe życie. Każde podniesienie dziecka to jednocześnie lęk – a jeśli je skrzywdzę? Pamiętam do dziś, jak płakałam łzami jak groch, kiedy obcinając dziecku paznokcie po raz pierwszy, skaleczyłam je w paluszek. Płytko, to było bardziej zadrapanie. Ale dłuższą chwilę się zastanawiałam, czy jednak nie warto pokazać tego lekarzowi. Najgorsze jest to, że każda decyzja – czy to o sposobie porodu, karmienia, czy o tym, jaki wybiorę wózek, jak często i w czym będę kąpać – wydaje się kluczowa. Mam obawę, że wpłynę na całe późniejsze życie dziecka. Że jak nie zacznę stosować bobomigów, czyli języka migowego dla niemowląt, to moje dziecko nie nauczy się mówić. Że jak nie kupię materaca z włókna kokosa, to będzie miało krzywy kręgosłup. Że jeśli przekroczę o 5 minut czas, który dziecko spędza w foteliku, to je ukrzywdzę na zawsze. Że odbiorę mu szansę na sukces w życiu, jeśli zapiszę je do żłobka, w którym nie ma capoeiry (to taka sztuka walki-tańca, capoeira dla roczniaka, czujecie absurd?). No i ta nieszczęśliwa pupa w pampersie. Jak żyć, pytam się. Jak żyć?

Przytłoczona tymi wszystkim zaleceniami, tą ilością gadżetów, całkowicie niezbędnych dla malucha, zapytałam starsze kobiety, dziś już prababcie, które całe życie spędziły na wsi (na wschodzie Polski), jak radziły sobie bez tych zaleceń, bez sklepów „wszystko dla dziecka”, bez tych wszystkich przedmiotów, poradników, ekspertów od wszystkiego. Skąd brały pieluchy? Jak karmiły? Gdzie dziecko spało? Skąd wiedziały, jak się w ogóle dzieckiem opiekować? Ja przecież musiałam przeczytać cały internet, żeby to ogarnąć.

I dowiedziałam się, że dawniej wszystko było inaczej. Po pierwsze ciężarna pracowała niemalże do samego porodu: podawała siano na furę, kopała kartofle. Nie miała czasu dumać, czy płacić za trójwymiarowe usg, bo żadnego usg po prostu nie było. Rodziła w domu, czasem na polu lub w lesie. I szybko wracała do pracy. Karmiła piersią, więc brała dziecko ze sobą na pole – O tak, przewiąże ręcznika, tuda i siuda, położy i tak idzie – opowiadała mi pani Walentyna. Na polu dziecko lądowało w kołysce, katajce – kawałku materiału zawieszonym na trzech kołkach. Co jakiś czas kobieta robiła sobie przerwę w pracy: ja podbierałam, te snopki wiązałam, a potem cycka wytrzesz, nakarmisz i dalej poszła.
W ogóle na mające się narodzić dziecko nie czekało tak wiele sprzętów i gadżetów, co obecnie. Nie było wózków (upowszechniły się w latach 60.), karuzeli, wanienek, przewijaków, leżaczków, poduszek do karmienia. Do spania był pleciony kosz lub materiałowa kołyska, podwieszane na haku pod sufitem, czasem drewniane łóżeczko na biegunach, zrobione przez ojca, wuja, dziadka czy sąsiada.

Nie wierzę, że ówczesne matki nie miały macierzyńskich dylematów. Ale choć dzieci też chorowały i umierały, pewnie nawet znacznie częściej, to jednak tych wątpliwości do rozstrzygnięcia było mniej. Nie było po prostu wyboru: zamiast piętnastu typów i rozmiarów pieluch, była lniana koszula, najlepiej jak najbardziej znoszona. Znoszona? – oburzałam się – przecież dziecku należy się nowe, najlepsze. – Ano znoszona – śmiały się ze mnie – bo taka najmiększa.

Nie miały więc matki tylu dylematów, ale myślę, że przede wszystkim były mniej samotne. Dziś tuż po porodzie młoda mama jest zamknięta w domu. Boi się odwiedzin, zarazków, stresuje się tym, że nie wygląda idealnie, tym że będzie musiała przy ludziach nakarmić dziecko. I oczywiście rozumiem, że nie każda matka ma ochotę na kontakt z innymi tuż po porodzie. Ja na przykład miałam. Każdy dzień, w którym nie pokazałam swojego nowo narodzonego dziecka komuś nowemu, był dniem straconym. Po tygodniu znały je więc wszystkie sąsiadki, panie w sklepie czy listonosze. A kiedyś bywało jeszcze fajniej – tuż po porodzie, czasem nawet niemal tego samego dnia, świeżo upieczoną matkę odwiedzały koleżanki, krewne, sąsiadki. Przychodziły w odwiedki i przynosiły prezenty dla matki i dziecka, ale także jedzenie i alkohol. Co ciekawe, to nie dziecko było w centrum uwagi odwiedzających, ale właśnie matka i – przede wszystkim – dobra zabawa. Starsze kobiety opowiadają, że to był bal tylko babski, facetów nie wpuszczały, a jak już przyszli, to im ściągały portki. Dziś jako antropolożka interpretowałabym to jako obrzęd przejścia, rites de passage, czyli celebrowanie przełomowego momentu, w którym kobieta staje się matką i przyjęcie jej do grona matek.

A zarazki? Moja mama zawsze opowiadała historię o dziecku, którego rodzice wszystko wyparzali, przemywali spirytusem, prasowali ubranka i pieluchy. Nic nie mogło trafić do jego rączek, zanim nie zostało wysterylizowane. Pewnego dnia dziecko gdzieś się zapodziało. Szukają, szukają, nigdzie nie ma. W końcu je znaleźli – siedziało w szafce pod umywalką i ssało szmatę do podłogi. I ta historia ma sens. Niedawno opublikowano badania, które sugerują, że kontakt z zarazkami jest człowiekowi potrzebny i że przesadna dbałość o higienę może się przyczynić nawet to rozwinięcia się nowotworów krwi.

Więc może trzeba sobie trochę odpuścić. Kultura i społeczeństwo wymagają od nas bycia świadomą matką, która nie może popełniać błędów wychowawczych, musi zapewnić dziecku bezpieczne otoczenie, stymulujące jego rozwój fizyczny i intelektualny, a jednocześnie zawsze powinna być wypoczęta, empatyczna i uważna. Temu nie da się sprostać. Prędzej czy później nadejdzie frustracja. Może wtedy trzeba się zastanowić nad tym, że gdyby tak łatwo było skrzywdzić czy uszkodzić dziecko, to gatunek ludzki po prostu by wyginął.