Opinie
Barbara Jundo-Kaliszewska

Budzyński: Polacy na Wschodzie cieszą się zainteresowaniem młodzieży

Relacje Polski i Rosji na szczeblu rządowym wyglądają różnie i to są kwestie polityczne. Tymczasem współpraca tych dwóch narodów na płaszczyźnie społecznej może się układać na całkiem niezłym poziomie – w rozmowie z zw.lt powiedział Radosław Budzyński, doktorant w Katedrze Międzynarodowych Studiów Polonistycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, w latach 2013-2015 nauczyciel języka polskiego w Kazachstanie.

Barbara Jundo-Kaliszewska, zw.lt: Niedawno wróciłeś z Kazachstanu, gdzie pracowałeś w szkole jako nauczyciel języka polskiego. Opowiedz, proszę, co to była za szkoła i na czym polegała Twoja praca?

Radosław Budzyński: Przez prawie dwa lata pracowałem w Szkole Odrodzenia Narodowego im. Kanata Darżumana w Pawłodarze. To jest szkoła, która powstała w końcu lat 90. XX wieku, po uzyskaniu przez Kazachstan niepodległości. Została ona powołana przez Zgromadzenie Ludowe w celu utrzymania dziedzictwa mniejszości narodowych, które zamieszkują okręg pawłodarski. Oprócz Polaków, mieszkają tam m.in. Niemcy, Białorusini, Ukraińcy, Grecy, Koreańczycy – w sumie przeszło kilkadziesiąt różnych narodowości.

W Szkole Odrodzenia Narodowego naucza się kilkunastu języków, w tym: nowohebrajskiego, ormiańskiego, tatarskiego, czuwaszskiego, bułgarskiego, czeczeńskiego, azerskiego i innych. Nasza mniejszość także ma swojego nauczyciela, który przyjeżdża do Pawłodaru z Polski. Posiada on własną klasę, którą pomaga wyposażyć nie tylko okręgowe stowarzyszenie Polaków, ale również polska ambasada w Astanie, czy Polacy z kraju.

Nauczycielstwo, nie wyczerpuje definicji tego, do czego byłem tam zobligowany. Moja praca nie polegała wyłącznie na wykładaniu gramatyki języka polskiego czy literatury polskiej. Obejmowała ona również pomoc w przygotowaniu dokumentów do repatriacji, dokumentów na Kartę Polaka, tłumaczenia itd. Zajmowałem się też przygotowywaniem oraz oprawą świąt państwowych: polskich i kazachstańskich.

Skąd wziął się pomysł wyjazdu do Kazachstanu?

Chciałem pracować z Polakami mieszkającymi poza Polską. Nie myślałem konkretnie o jakimś kraju, po prostu tym chciałem się zajmować: nauczać języka polskiego za granicą, przekazywać wiadomości o języku i literaturze, o kulturze, o historii, a także współorganizować wydarzenia kulturalne. Po ukończeniu studiów podjąłem pracę w warszawskim Polonijnym Liceum „Klasyk”, tj. w takiej szkole, gdzie kształcą się dzieci polskie, bądź też potomkowie Polaków ze Wschodu, głównie z byłego Związku Radzieckiego.

To doświadczenie otworzyło mi ścieżkę do aplikowania o pracę w Ośrodku Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą (ORPEG) – instytucji podległej polskiemu Ministerstwu Edukacji Narodowej, przez którą zostałem skierowany do Kazachstanu. Z ramienia ORPEG-u w roku 2013/2014 do różnych miejsc w Kazachstanie wyjechało trzynastu nauczycieli. Ja trafiłem do ponad trzystutysięcznego miasta nad rzeką Irtysz – Pawłodaru. To było niesamowite przeżycie!

Domyślam się, że nie miałeś problemu z nawiązaniem dobrego kontaktu z lokalną społecznością?

Sama widzisz, że jestem osobą, która łatwo zawiera nowe znajomości, kontakty. Dlatego udało mi się dość szybko nawiązać nić porozumienia zarówno z lokalnymi Polakami, jak i z innymi narodowościami. Warto zaznaczyć, że w klasie polskiej często są aktywni nie tylko Polacy, ale też Białorusini, Ukraińcy czy też inni, którzy mają polskie korzenie. Bywa, że czasami nie mają oni żadnych związków z Polską, ale interesuje ich nasza kultura. Na moje zajęcia przychodzili również Kazachowie.

Co Cię najbardziej zaskoczyło w Kazachstanie, w końcu to odległa i często nieznana nam część świata?

Starałem się do tego kazachskiego wyjazdu dobrze przygotować, więc sprawdziłem z czym to się je i dużo czasu poświęciłem na odpowiednie lektury. Po przyjeździe do Pawłodaru wiele rzeczy było dla mnie na początku nieoczywistych, ale przede wszystkim po raz kolejny zdumiało mnie to, że zderzenie ze stereotypami nie zawsze jest bolesne, trudne. Przekraczamy gdzieś tę mityczną granicę Europy – jedziemy za Ural, a tu nagle widzimy Azję Środkową, która wcale nie przypomina tej Azji w naszym rozumieniu. Jesteśmy w zwyczajnym postsowieckim mieście. Tak, jakbym zobaczył wybudowaną w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku robotniczą dzielnicę w jakimś polskim mieście. Faktycznie, jak mówią historycy sztuki, od Warszawy do Władywostoku architektura powojenna ma bardzo wiele wspólnego.

Podobno już w XIX wieku mówiono, że Syberia zaczyna się nad Wisłą. W tym sensie, dla osoby mieszkającej długi czas w Polsce, było zaskoczeniem, jak wiele jest podobieństw między tak odległymi na mapie miejscami. Przecież my, z naszymi pięknymi: Krakowem, Toruniem, jaka to Syberia? A w Pawłodarze: taka sama wielka płyta, kosze na śmieci w kształcie ptaków, chodniki, po których trzeba chodzić jak linoskoczek… I chyba najbardziej zaskoczyło mnie to, jak małe było to zaskoczenie. Spodziewałem się innego świata, a tu ludzie normalnie jeżdżą starym tramwajem rano zaspani do pracy, wszystkim w grudniu jest tak samo zimno, problemy z pieniędzmi, albo ich niedostatkiem… Z drugiej strony pobyt w Pawłodarze uświadomił mi jak bardzo Polska przez ostatnie dwadzieścia lat się zmieniła, oczywiście in plus.

A klimat – jak poradziłeś sobie z siarczystymi mrozami?

Zima w Kazachstanie rzeczywiście daje popalić, albo lepiej, daje w kość. Okazało się, że byłem kompletnie nieprzygotowany – dopiero początek listopada, a pod zimową kurtkę trzeba było założyć dwa wełniane swetry. Jadąc do Kazachstanu zabrałem takie ubrania, jakie zimą nosi się tutaj, w Krakowie, gdzie obecnie mieszkam. Jednakże przy 40 stopniach poniżej zera moje rzeczy nie zdały egzaminu. Powiem szczerze, bez pomocy ludzi stamtąd byłoby mi z pewnością o wiele, wiele trudniej. Tylko nieodzowna pomoc naszych aktywistów pomogła w przetrwaniu. Na Boże Narodzenie dostałem od nich wielką czapę-uszankę, która wówczas bardzo mi się przydała. Mam ją do dzisiaj.

Oprócz oficjalnych świąt narodowych, udało Ci się zorganizować pokaz filmu pt. „Katyń”. Jak film Andrzeja Wajdy został przyjęty przez pawłodarską publiczność?

Relacje Polski i Rosji na szczeblu rządowym wyglądają różnie i to są kwestie polityczne. Tymczasem współpraca tych dwóch narodów na płaszczyźnie społecznej może się układać na całkiem niezłym poziomie. Idąc tym tropem, zwróciłem się do pani przewodniczącej Związku Rosjan („Sławianskij Kulturnyj Centr”) Tatiany Iwanownej Kuzinej. Jest ona osobą inteligentną i wykształconą, która rozumie złożoną polską-rosyjską historię i zdaje sobie sprawę, że porozumienie Polaków i Rosjan wymaga zrozumienia podstawowych kwestii historycznych.

Uznaliśmy, że dobrym gestem będzie pokaz filmu „Katyń” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Muszę sprawiedliwie oddać, że z inicjatywą wyszła p. Kuzina. Było to przedsięwzięcie organizowane przez okręgowe Stowarzyszenie Polaków i Centrum Kultury Słowiańskiej. Otrzymaliśmy pomoc finansową z Wydziału Konsularnego Ambasady RP w Astanie. Na projekcję filmu zostali zaproszeni studenci Pawłodarskiego Uniwersytetu Państwowego i innych uczelni oraz miejscowe władze kazachstańskie. Sala kinowa była wypełniona po brzegi.

„Katyń” widziałem kilkakrotnie, nigdy jednak nie oglądałem go w takiej atmosferze. Wtedy po raz kolejny w Pawłodarze ujawniło się to, co niektórzy nazywają „geniuszem miejsca”. Wtedy pytania typu: kto przetrwał wojnę? kto przeżył Katyń? były wielokrotnie spotęgowane przez poczucie miejsca. Żony, dzieci pomordowanych, które bardzo często deportowano na Wschód – to oni przetrwali. A ja ten film oglądałem na Wschodzie, w azjatyckiej części dawnego ZSRR! W miejscu, do którego deportowano między innymi Polaków. Kiedy film się zakończył (a pamiętamy, że kończy się on wymowną ciszą) cała sala kinowa – te kilkaset osób wstało i zaczęło bić brawa. Trwało to przez kilka minut. Dla większości zgromadzonych była to rzecz całkowicie nowa, o której wcześniej nie mieli pojęcia. Warto zauważyć, że większość osób na sali stanowili młodzi Rosjanie. Czy film zmusił ich do zadania pewnych pytań? Nie wiem, ale myślę, że nieprędko dane mi będzie obejrzeć film w tak niesamowitej, i wcale nie sztucznej, atmosferze.

W tym momencie chciałabym odesłać naszych czytelników do twojego bloga pt. „Dolina Irtysza” (www.irtyshvalley.blogspot.com), gdzie znajdą szczegółowe i niezwykle ciekawe sprawozdania z tej oraz innych uroczystości, jakie zorganizowałeś w trakcie swojego pobytu w Pawłodarze. Powiedz kilka słów o swoim blogu. Czy powstanie z tego książka?

Dziękuję, mam taką nadzieję. Bloga zacząłem prowadzić wtedy, kiedy po raz pierwszy wyjechałem do Pawłodaru. Miał to być dokument czy zapis moich wrażeń z wyjazdu do Kazachstanu. Gdy w czerwcu tego roku ostatecznie wróciłem do Polski, postanowiłem bloga zakończyć. Nigdy nie sądziłem, że znajdę się w tej części świata. Mój wyjazd nie tylko dawał mi taką satysfakcję, że mogłem nauczać języka polskiego, ale sam również bardzo wiele się nauczyłem. Tym doświadczeniem chętnie się dzieliłem. Większość moich czytelników pochodziła z Polski, ale bardzo często widziałem odwiedziny z krajów, w których mieszkają moi znajomi. Część z nich to cudzoziemcy, dlatego zawsze starałem się o kilka słów po angielsku. Z Kazachstanu przywiozłem kilkadziesiąt stron notatek i gigabajty fotografii. Myślę, że jest z czego wybierać i nad czym pracować. Problemem jest, jak to zwykle bywa, czas. Muszę teraz połączyć pracę naukową z porządkowaniem materiałów kazachskich i kilkoma innymi rzeczami, więc jak tylko będą jakieś nowiny, od razu się dowiesz!

Temat Polaków na Wschodzie wydaje się dziś interesować głównie środowiska starych Kresowian. Mówiąc kolokwialnie, nie jesteśmy „trendy”. Skąd się wzięła tego typu pasja u młodego krakowskiego intelektualisty?

Ja myślę inaczej. Polacy na Wschodzie cieszą się zainteresowaniem młodzieży. Drobny przykład fanpejdż „Kresów” na Facebooku ma prawie dziewięćdziesiąt tysięcy polubień, nie będę wspominał innych stron. Myślisz, że aż tylu jest „starych Kresowian”, którzy bawią się „w internety”? Ilekroć rozmawiam z uczniami w polskich szkołach jest to dla nich ciekawy temat, jeśli oczywiście ktoś potrafi ciekawie o nim opowiadać. Odmienną kwestią jest przekaz medialny, ale to już inna historia.

Właściwie wszystko zaczęło się od Litwy. Jeszcze będąc w gimnazjum występowałem w kółku teatralnym. Pojechaliśmy kiedyś na Wileńszczyznę i byliśmy podejmowani przez polskie rodziny w Turgielach. Miałem okazję zobaczyć wtedy i Wilno, i Kowno, i Troki, które to miejsca zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Zwłaszcza piękny zamek w Trokach! Wtedy po raz pierwszy, o ile dobrze pamiętam, posmakowałem kibinów. Wiele lat później ten smak przypomniałem sobie podczas wyprawy na Krym.

Być może stąd moje zainteresowanie tekstami Daniela Naborowskiego, w oparciu o które napisałem swoją pracę licencjacką z literatury staropolskiej. Na studia magisterskie wybrałem Kulturę Litwy – jest taka specjalizacja (a przynajmniej była) w ramach specjalności nauczycielskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim na Wydziale Polonistyki. To otworzyło mi szerszą perspektywę na dzieje Polski czy szerzej, dzieje Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Pracę magisterską pisałem o reportażach estońskich Józefa Mackiewicza, więc Wileńszczyzna na stale zagościła w repertuarze moich zainteresowań.

To dlatego praktyki studenckie postanowiłeś odbywać w Wilnie? Opowiesz nam o swoich wrażeniach?

Dokładnie – swoją pasję z pracą zawodową chciałem połączyć w ten sposób, że zdecydowałem się na praktyki studenckie na Litwie. Zwróciłem się o pomoc do Polskiej Macierzy Szkolnej, do pana Kwiatkowskiego i takie wsparcie otrzymałem, za co jestem litewskim Polakom ogromnie wdzięczny. Skierowano mnie do Gimnazjum Jana Pawła II w Wilnie, gdzie trafiłem pod opiekę znakomitej polonistki pani Czesławy Osipowicz. Dzięki pomocy tejże Macierzy znalazłem mieszkanie blisko szkoły, u pani Marszewskiej, która w kuchni tworzyła istne cuda! Bliny – bezdyskusyjna pierwsza klasa. Wracając zaś do spraw naukowych, wtedy po raz pierwszy (znów!) zapoznałem się ze specyfiką nauczania języka polskiego na Wschodzie i lepiej poznałem mniejszość polską. Jest to doświadczenie, którego w Polsce nigdy nie zdobyłbym na takim poziomie.

Czy pracując w Kazachstanie, zdarzyło Ci się porównywać naszą młodzież z Polakami z Pawłodaru?

Trudno by było o podstawę porównania. W Kazachstanie nie miałem wielu uczniów w tym wieku – osoby w wieku wileńskich licealistów najczęściej chodziły już na zajęcia uniwersyteckie, albo wyjechały na studia do Polski. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że zarówno z młodymi Wilnianami, jak i młodzieżą z Pawłodaru pracowało mi się bardzo dobrze. Niesłychanie ważny był dla mnie ich entuzjazm, motywacja. To mogę powiedzieć z perspektywy czasu, wtedy jednak absolutnie nie przyszły mi do głowy takie zestawienia.

Z innej beczki, ale może dla czytelników z Litwy będzie to ciekawe, ze spraw litewskich w Kazachstanie właśnie, wspomnę jeszcze o spotkaniu z ambasadorem Republiki Litewskiej p. Rokasem Bernotasem. Ambasador przyjechał z wizytą do Pawłodaru. Jako że w „Domu Przyjaźni”, w budynku w którym mieściła się nasza szkoła uznano, iż nic nie będzie bliższego kulturowo Litwie niż Polska, miałem przyjemność oficjalnego powitania Jego Ekscelencji tradycyjnym „laba diena”. Ambasador, jako że pochodzi z Wilna – odpowiedział kilka słów po polsku. Czego jak czego, ale Polaka, z Polski, który powie mu dzień dobry w jego języku, na pewno się nie spodziewał. Uważam, że był bardzo miły polsko-litewski akcent.

Jakie masz plany na najbliższą przyszłość? Czy chciałbyś jeszcze kiedyś pojechać z podobną misją na Wschód?

Obecnie jestem doktorantem w Katedrze Międzynarodowych Studiów Polonistycznych, gdzie kontynuuję moją przygodę z wielokulturowym dziedzictwem dawnej Rzeczypospolitej. Piszę rozprawę dotyczącą Gustawa Manteuffla, wybitnego dziejopisa Inflant Polskich. Priorytetem jest dla mnie doktorat. Jestem na przedostatnim roku studiów doktoranckich, więc wciąż mam przed sobą zaliczenia, egzaminy i cały ten studencko-doktorancki entourage. Dobrze ujęłaś tego typu wyjazd. Faktycznie jest to „misja”, a nie tylko i wyłącznie praca. Oczywiście nie mam tu na myśli obowiązków Jamesa Bonda, ani działalności religijnej, ale odpowiedzialne zadanie do spełnienia. Czy chciałbym pojechać? To pytanie retoryczne. Może w najbliższym czasie nie będzie to inny kontynent, jak w przypadku Kazachstanu, ale nad bliższą zagranicą pewnie nie zastanawiałbym się dwa razy.

Bardzo Ci dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów na niwie naukowej oraz zawodowej!

Dziękuję.

——————————————————————————————

Radosław Budzyński – doktorant w Katedrze Międzynarodowych Studiów Polonistycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. W latach 2013-2015 nauczyciel języka polskiego w Szkole Odrodzenia Narodowego im. Kanata Darżumana w Pawłodarze w Kazachstanie. W roku szkolnym 2012/2013 pracował w PLON „Klasyk” w Warszawie. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim, bałtystykę na Uniwersytecie Warszawskim i w School of Slavonic and East European Studies w University College of London (Wielka Brytania). Stypendysta Rządów Litwy (2010) i Łotwy (2013).

Rozmawiała:
Barbara Jundo-Kaliszewska – historyk, tłumacz, niezależna publicystka.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Radar Wileński – Poinformuj nas!